Monthly Archives: Czerwiec 2012

Czas na lokalne festiwale?

Coraz więcej w Polsce dużych miejskich festiwali, lecz cały czas brakuje festiwali lokalnych. Wydarzeń które nie tylko zapewniają rozrywkę, lub są jednodniowymi piknikami z handmadem (w miastach) albo kaszanką (na wsiach), a realnie integrują społeczność lokalną za pomocą kultury. Zresztą na Zachodzie festiwalomania wywodzi się właśnie z małych, środowiskowych wydarzeń, które rozrosły się często w potężne imprezy. Takie było na początku nawet samo słynne Glastonbury. W 1970 roku do biletu (za 1 funta) gratis dodawano szklankę mleka od wypasanych na miejscu krów.

Podobnie mała Festa do Bonfim stała się prekursorem dzisiejszego brazylijskiego karnawału. Festiwal był kulturalno-religijnym przeżyciem. Dziś jest przede wszystkim turystyczną atrakcją. Albo nowojorski Pulasky Day organizowany od 1936 roku przez Polonię. Dziś to już jednak raczej folklorystyczna impreza niż kulturalne przeżycie. Powrót do tradycji można jednak zauważyć. Jednym z najciekawszych z nowego nurtu lokalnych festiwali jest Bloomsbury Festival zorganizowany w Londynie po raz pierwszy w 2011 roku.

Mające się odbywać cyklicznie wydarzenie jest przedłużeniem projektu naukowego „Bloomsbury Project”, który miał zbadać niesamowitą drogę dzielnicy Bloomsbury w XIX wieku do stania się londyńskim centrum życia intelektualnego. „Festiwal jest świętem współczesnego Bloomsbury: kwitnącego miejsca pionierskich projektów, twórczych eksperymentów, międzynarodowej współpracy i pięknych przestrzeni publicznych. Jesteśmy dumni, że kontynuujemy tradycje społecznej integracji i poszukiwań twórczych, które kwitły tu od wieków” – ogłaszają nieco górnolotnie organizatorzy imprezy. W praktyce przekłada się to na niemal 60 wydarzeń, w których podczas pierwszej edycji wzięło udział przeszło 50 tys. osób.

Lecz idzie nie tyle o ilość, co podejście do społeczności lokalnej, przestrzeni publicznej i organizację. Przy tej ostatniej spotkało się przeszło stu partnerów: organizacji pozarządowych, komercyjnych firm, instytucji publicznych, a także osób prywatnych. Choć Bloomsbury Festival jest profesjonalnie przygotowanym wydarzeniem nie opiera się na jednym organizatorze a całej sieci powiązań między ludźmi. Jego pierwszym sukcesem było połączenie sił między bardzo różnymi podmiotami, m.in. mieszczącym się w dzielnicy British Museum a lokalną artystką Emily Tracy i pasażem handlowym – ulokowanym zresztą w niezwykłym budynku autorstwa Patricka Hodgkinsona – The Brunswick. W sumie w organizację zaangażowało się ponad 1000 osób. Wsparcie finansowe również zapewniły lokalne przedsiębiorstwa, np. zarządca centrum biurowego, firma pośrednicząca w obrocie nieruchomościami i sklep z elektroniką.

Już to wspólne zaangażowanie pomogło zbudować kulturową wspólnotę między wieloma mieszkańcami Bloomsbury. Jednym z wydarzeń festiwalu był The Ideas Market, cykl spotkań intelektualistów i twórców mieszkających w Bloomsbury. Cykl został pomyślany jako początek ścisłej współpracy między pisarzami, artystami, architektami, wydawcami i innymi ludźmi kultury.
Z drugiej strony przygotowano wydarzenia o skali międzynarodowej – m.in. wystawę Parviza Tanavoli, wybitnego irańskiego rzeźbiarza – których nie powstydziłyby się duże festiwale. Kolejna edycja rozpocznie się 20 października.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Jak zrazić do siebie dziennikarzy

Namówieni przez kilku znajomych – głównie kulturalnych – dziennikarzy postanowiliśmy przygotować wpis o tym, co najbardziej irytuje pracowników mediów w kontaktach ze specjalistami od promocji. Niektóre z grzechów mogą na stałe zamknąć PR-owcom drogę do mediów.

Samochwalstwo. Dla większości PR-owców wszystko musi być najlepsze, największe, najdroższe, pionierskie, innowacyjne. Zachwalają produkty, wydarzenia, usługi niczym lektor w telesklepie. Nie zważają, czy informacja jest zgodna z prawdą. Liczą, że dziennikarz złapie się na tani lep. Nic z tego. Informacja powinna być przekazana tak, aby sam dziennikarz stwierdził, że to, co mu proponujemy może przedstawiać dla niego wartość.

Błędy. „Zespół XXX jest jedynym polskim zespołem, nagrywającym płytę w studio XXX”. Nazwy zamaskowaliśmy celowo, aby nie można było zidentyfikować agencji, od której wyszła informacja. To niestety jej autentyczna treść. Po takim początku żaden dziennikarz nie będzie czytał dalej. Z treści informacji wynika, że zespół XXX jest jedyną polską grupą. Błędy interpunkcyjne, a także gramatyczne czy nawet ortograficzne to niestety smutny standard.

Brak warsztatu. Zasada jest prosta: aby dziennikarz przeczytał uważnie informację prasową musi dostać taką, pod którą sam by się podpisał. Powinna zawierać atrakcyjny tytuł, lead, właściwą treść i puentę. Informacje w punktach, skopiowane z Wikipedii notki, tekstów kuratorskich lub materiały w stylu: „Zapraszamy na nasz festiwal w dniach 8-9 czerwca” niemal na 100 procent nie zostaną przeczytane.

Nękanie. Dziennikarz: „Dzwoni do mnie dziewczyna od promocji i pyta czy napiszę o płycie hip-hopowej. Mówię, że nie, bo piszę o sztuce. Kolejnego dnia dzwoni jej koleżanka. Trzeciego znów ta pierwsza. I przekonują, że może jednak się skuszę”. Gdy dziennikarz nie jest zainteresowany, to oznacza, że dotarliśmy do nieodpowiedniej osoby. Liczba wykonanych telefonów i osób dzwoniących nie zmieni tego faktu.

Niewiedza. Zasada jest prosta – promujemy książkę musimy ją przeczytać, film – obejrzeć, płytę –  przesłuchać kilka razy. Pozornie jasne, ale nie zawsze praktykowane. PR-owiec: „Artyści z naszej stajni są najciekawszymi wschodzącymi gwiazdami”. Dziennikarz: „Dlaczego?”. PR-owiec: „To już pytanie nie do mnie”. Specjalista od relacji z mediami musi żyć tym, co robi, stać się znawcą zanim zacznie przekonywać innych.

Irytacja. Zapanowała moda na intrygujące tematy wysyłanych do mediów e-maili. „Jutro ktoś zginie” – to zapowiedź kryminału, „On zmieni świat” – zapowiedź płyty debiutanta. Dziennikarz codziennie otrzymuje od kilkudziesięciu do kilkuset maili od PR-owców. Czyta tylko te, które go zainteresują. Jeśli zajmuje się kulturą nie będzie otwierał maili zaadresowanych jak do pracowników Pudelka. Modne, z pozoru intrygujące tytuły wiadomości w rzeczywistości tylko irytują.

Wymuszone kumpelstwo. „Dzwoni do mnie dziewczyna i od razu wali Mariuszu. Po głosie wnioskuję, że jest co najmniej 30 lat młodsza”. Faktycznie w  świecie dziennikarskim z rzadka używa się formy „pan/pani”. Jednak PR-owiec to ktoś, kto przychodzi z zewnątrz i po prostu musi pamiętać o manierach.

Spóźnienia. „Prosiłam XXX o materiał o wystawie. XXX to przecież jedna z najważniejszych galerii w Polsce. Dzwoniłam codziennie, przez cztery dni. Przysłali piątego dnia. A ja nie napisałam zapowiedzi, bo nie tylko było za późno, ale też po prostu mnie wkurzyli”. Szczególnie od instytucji państwowych trudno często dziennikarzom otrzymać potrzebne informacje. PR-owcy powinni dostosować się do często szybkiego trybu pracy dziennikarza. Muszą przewidzieć jakich materiałów potrzebuje dziennikarz. Posiadać zarówno skondensowany, gotowy tekst, jak i rozbudowane materiały, zdjęcia, po prostu wszystko.

Promowanie siebie. Zamiast nazwy instytucji, wydarzenia w wysyłanej informacji na pierwszym miejscu pojawia się nazwa agencji. Podobnie w tytule e-maila. Dopiero dalej znajdują się informacje czego dotyczy wiadomość. Celem agencji PR jest dbanie o dobro i wizerunek klienta, a w takich przypadkach trudno to dostrzec. Także dziennikarzowi.

*Wszystkie przykłady i cytaty są (niestety) prawdziwe.

3 komentarze

Filed under Uncategorized

Od bawełny do kultury

Historia łódzkich inwestycji kulturalnych jest długa, bolesna, pełna efektownych planów i mało efektywnych działań. Głośno było o staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, ciszej mówiło się o spektakularnej porażce. Miało w Łodzi powstać centrum Davida Lyncha, a wyniku zawieruchy wokół niego wyniósł się z miasta festiwal Camerimage. Planowano budowę Specjalnej Strefy Sztuki, a trwa spór z autorami projektu architektonicznego. Miała być Łódź miastem festiwalowym, ale rok od powstania pomysłu zrezygnowano z niego tnąc listę festiwali, zostawiając zresztą wcale nie najciekawsze z nich. W końcu od lat mówi się o łódzkim Inkubatorze Kultury. Miał być pierwszym w kraju, wyprzedziło go jednak już kilka innych, m.in. w Szczecinie i Bielawie.

Wyprzedziła go także konkurencja wewnętrzna, łódzka. Do tego tworzona za pieniądze prywatne, a nie publiczne. I zapewne dużo mniejsze – powstanie Inkubatora Kultury ma kosztować 31 milionów złotych. Mowa o Widzewskiej Manufakturze, nie mającej zresztą nic wspólnego z centrum handlowym Manufaktura. Jej nowe życie opisał w dzisiejszym wydaniu łódzkiej „Gazety Wyborczej” Jędrzej Słodkowski. Fabryka Widzewskich Zakładów Bawełnianych „Wi-Ma” nie działa od trzech lat. Jej prezes, Stanisław Zaręba postanowił nie sprzedawać budynków, lecz tchnąć w nie nowe życie, przywracając zarazem przedwojenną nazwę. Chce stworzyć centrum społeczno-kulturalne, które stanie się miejscem rozwoju dla artystów, ale też będzie zarabiać dzięki przeznaczeniu części przestrzeni na działalność handlową. „Zwiastunem było otwarcie jesienią ubiegłego roku centrum muzycznego Bajkonur: sali koncertowej, kawiarni, prywatnej szkoły muzycznej, studia nagraniowego i sal prób, w których ćwiczy dziś ponad dwadzieścia łódzkich kapel” – pisze Jędrzej Słodkowski.

Trudno powiedzieć, czy Stanisław Zaręba przyjrzał się przykładowi warszawskiego Soho Factory i postanowił przenieść pomysł do Łodzi odrzucając z niego całą snobistyczną oprawę. Na pewno jest blisko udowodnienia, że na polski grunt da się przenieść kulturalno-biznesowe centra znane z Zachodu. Do dziś udało mu się sprowadzić do Widzewskiej Manufaktury kilka przedsięwzięć, które choć kulturalne nie znaczą wcale, że będą mało dochodowe. W dawnych zakładach bawełnianych jest już nie tylko klub, ale i udało się do nich sprowadzić grupę filmowców, pracownię konserwatorską, galerię. W przyszłości ma pojawić się wiele innych firm sektorów kreatywnych, ale i doraźnych działań artystycznych, m.in. koncerty muzyki poważnej. Wszystko to bez blasku fleszy, konferencji prasowych z udziałem włodarzy miasta. W końcu bez wielu milionów z publicznych pieniędzy. Wydaje się, że Łódź wreszcie, siłą jednego człowieka, pokazuje, że jednak potrafi przestawić się na przemysły kreatywne, a nie tylko o nich mówić.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Pożyczka dla kultury

Pod koniec maja w Wielkiej Brytanii ruszył program Creative Industry Finance. Zarządzany przez Arts Council England fundusz to kolejny pomysł na finansowanie kultury w czasach kryzysu. Na razie funkcjonuje jedynie w Londynie. Po rocznym okresie pilotażowym zapadnie decyzja czy oferta ma zostać przedłużona i rozszerzona o inne miasta oraz regiony.

Program ma na celu wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw działających w obszarze kultury oraz przemysłów kreatywnych. Ale nie tylko. Ma także w wymienionej grupie poprawić umiejętność przekładania kultury na komercyjny zysk. Przewidziano dwa rodzaje wsparcia – porady i ćwiczenia z biznesowym doradcą lub możliwość pożyczki, której suma nie może przekraczać 25 tys. funtów.

Model z pozoru jest podobny do znanych w Polsce unijnych dotacji, o które mogą starać się także firmy sektora kreatywnego. Przy czym dotacje unijne wydają się być atrakcyjniejsze finansowo, bowiem są bezzwrotne, natomiast Brytyjczycy muszą oddać całość pieniędzy wraz z 10 proc. odsetek. Creative Industry Finance ma jednak istotną zaletę – firmy działające w obrębie kultury nie muszą tak jak w Polsce konkurować o dotacje z wielu różnych programów z przedsiębiorstwami z wielu innych dziedzin. Muszą za to istnieć co najmniej sześć miesięcy. Przyznając unijne dotacje często wyklucza się podmioty działające rok, czy dwa, a preferuje nowo powstałe, które zazwyczaj utrzymują się na rynku bardzo krótko. Brytyjczycy chcą więc zapewnić kulturalnym przedsiębiorcom rozwój, wspierać pomysły, które przeszły już półroczną próbę funkcjonowania na rynku. Oprocentowana pożyczka ma także prowadzić do zwrotu funduszy do funduszu Creative Industry Finance, co z kolei – w każdym razie w teorii – doprowadzi do tego, że poza początkowym wkładem program będzie się finansował samodzielnie i działał przez długie lata.

Do programu dopuszczono także prowadzących jednoosobowe firmy artystów. Słusznie zakazano użycia funduszy na spłatę długów, czy pokrywanie już istniejących wydatków. Terminy spłat pożyczki będą ustalane indywidualnie i rozłożone na rok, dwa lub trzy lata. Przy kwocie 10 tys. funtów miesięczna rata przy założeniu trzyletniej spłaty wyniesie 322 funty. Program powstał dzięki współpracy Arts Council z kilkoma instytucjami – wspierającą rozwój przedsiębiorczości organizacją East London Small Business Centre, zarządzającą muzycznymi prawami autorskimi UK Music i wspierającemu rozwój nowoczesnego rzemiosła Crafts Council. Czy  Creative Industry Finance odniesie sukces, okaże się za dwanaście miesięcy.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Muzeum tyłem do widza

Niedawno pisaliśmy o ponownym otwarciu Muzeum Narodowego w Warszawie widzianym oczami jego konstruktorów. MNW miało stać się instytucją otwartą na odbiorcę, nowoczesną, przyjazną. W gmachu przy Alejach Jerozolimskich faktycznie zapanowała nowa estetyka, nowa myśl dotycząca ekspozycji prac. Niestety spora część zapowiedzi pozostała jedynie w planach. Udała się akcja promocji nowego otwarcia z Dodą w roli głównej. Po nim do Muzeum powrócił stary duch.

Na całym świecie panuje niepisana zasada wpuszczania dziennikarzy do muzeów za darmo. W końcu nie tylko odwiedzają oni wystawy z zawodowego obowiązku, ale też przyczyniają się znacznie do ich promocji. Muzeum Narodowe postanowiło ten porządek zmienić i odwrócić się plecami do mediów. Ten pozorny drobiazg, w końcu dziennikarza stać na wydanie 20 zł, stał się jedną z głośno dyskutowanych w środowisku spraw. Jeśli MNW boi się rzesz dziennikarzy, którzy pracują w pismach komputerowych i będą chcieli korzystać z przywileju może wprowadzić zasadę: wpuszczamy za darmo tylko piszących o sztuce. Albo jak londyńska Tate Gallery może wprowadzić wymóg wysłania zapytania e-mailem. I nie musi sobie wcale strzelać w kolano.

Zastanawia też realizację polityki otwarcia się na szerokie rzesze odbiorców przez podniesienie cen biletów. I nie tylko biletów. Jednorazowa wizyta w MNW może kosztować całkiem sporo. Policzmy. Bilet na wystawę czasową kosztuje aktualnie 20 złotych, wejście na ekspozycję stałą jest 5 złotych tańsze (bezpłatne, gdy kupimy wejściówkę na pierwszą z wymienionych). Broszura poświęcona wystawie czasowej w Zachęcie kosztuje 5 złotych, w wielu zagranicznych muzeach jest bezpłatna. Jednak w MNW taki przewodnik kosztuje 18 zł. Podobne broszury dotyczące galerii stałych można kupić po 9 zł. Katalog wystawy czasowej „Wywyższeni” to koszt 120 złotych. Wstęp na wystawę, trzy broszury (bez których trudno wystawy oglądać) to 56 złotych. Jeśli zdecydujemy się na zakup katalogu, to ubywa nam z portfela 176 zł. Sporo.


„Hamlet polski” Jacka Malczewskiego przed Cafe Lorentz, nową kawiarnią w gmachu MNW.
Ceny wydawnictw w sklepiku MNW zdają się być tak skonstruowane, aby przede wszystkim odstraszać. Wspomniany katalog „Wywyższonych” jest o 20 zł droższy niż katalog wystawy Damiena Hirsta w londyńskiej Tate. Ceny pozostałych, niemuzealnych wydawnictw albumowych (np. Phaidona) są ok. 20 proc wyższe niż w warszawskich księgarniach. Muzeum mogłoby uczynić ze swojego sklepiku źródło dodatkowego dochodu, czołowe w Warszawie miejsce, do którego przychodzi się po wydawnictwa specjalistyczne, ale jak widać samo tego nie chce.

Choć na terenie MNW można już korzystać z darmowego WiFi, cały czas brakuje możliwości kupienia biletów za pomocą strony internetowej. Podobnie nie da się za jej pośrednictwem zarezerwować przewodnika. Opcja niekoniecznie potrzebna pojedynczym zwiedzającym, jednak bardzo przydatna dla zorganizowanych grup, m.in. szkolnych wycieczek. Zresztą mimo nowego otwarcia Muzeum Narodowe nie doczekało się uruchomienia nowoczesnej strony internetowej. Na aktualnej informuje, że właściwa znajduje się cały czas w budowie.

Funkcjonowanie Muzeum Narodowego w Warszawie wiąże się ze sporymi kosztami. Jednak ani podnoszenie cen, ani zniechęcanie dziennikarzy nie zwiększy zysku. Wręcz odwrotnie. Wielki i godny podziwu projekt unowocześnienia MNW nie będzie mógł odnieść sukcesu bez widza. A o niego trzeba zacząć walczyć nie tylko akcjami z Dodą.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized