Monthly Archives: Styczeń 2011

2011 rokiem e-booka?

Ubiegły rok zakończył się sporymi zmianami na rynku książek elektronicznych. Rewolucji jednak nie będzie. Powód? Cena.

Rok 2010 był dla e-booków w Polsce przełomowy. Do gry wszedł Empik
z czytnikiem OYO. Empik wraz z firmą digitalizującą dane Virtualo, zaczął mocną ekspansję na rynku książek elektronicznych. Virtualo współpracuje również
z e-księgarniami Gandalf oraz Amazonka.

Tym samym narodził się poważny gracz na rynku. Ale i on nie wystrzega się podstawowego błędu operujących na tym rynku. Nie daje odpowiedzi, po co czytelnik ma sięgać po książki elektroniczne. W założeniu najbardziej konkurencyjna miała być cena. Jednak elektrniczne książki za 9,99 zł to mit. Dziś różnica między publikacjami papierowymi a elektronicznymi wynosi średnio 10 zł. To za mało, by zachęcić masowego odbiorcę.

Wydawcy zrzucają odpowiedzialność na dystrybutorów, ci na wydawców. Nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje. A przecież w przypadku wersji elektronicznej odpadają koszty druku, transportu czy obsługi zwrotów. Jednak takie argumenty nie przemawiają do wydawców. Ceny ani drgną. Jednak dystrybutorzy i tak zacierają ręce.

Z Virtualo współpracuje już 70 polskich wydawnictw. W 2010 roku można było po raz pierwszy nabyć nowości wydawnicze w formie e-booka Świata Książki, W.A.B. oraz Czarnej Owcy. Niedawno dołączyły takie oficyny jak Wydawnictwo Literackie, Fabryka Słów i Prószyński i S-ka. Empik z Virtualo w pierwszym kwartale tego roku chcą już mieć w ofercie 10 000 e-książek. Wybór spory, ale czy ktoś je kupi?

 

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Nabijanie w sztukę

„Po pierwsze to sztuka może być biznesem i jest biznesem. Ludzie lokują pieniądze, kupując dzieła sztuki” – zapewnia prezenter Maciej Orłoś w wywiadzie na łamach pisma „Art & Business”. W styczniowym wydaniu magazynu znajdziemy zresztą także kilka innych artykułów zachęcających do tego typu inwestycji. Z kolei powołany niedawno do życia ekskluzywny klub będzie w lutym nauczać „sztuki inwestowania w sztukę”. Piękne hasło. Niestety kryją się pod nim głównie złudne obietnice.

Przeżywamy w Polsce boom na przekonywanie, że na sztuce stracić nie można, a zarobić się da i to niemało. Trudno powiedzieć, czy wśród ekspertów faktycznie dominuje przekonanie o nieomylności tej tezy, czy może chodzi
o nabicie w butelkę osób z aspiracjami. Prawda jest zupełnie inna. Na sztuce zarobić można. Ale można sporo stracić. Rynek sztuki pełen jest spekulantów, przed którymi nie chroni jak w przypadku giełdy żadna instytucja nadzorcza. Specjaliści, którzy twierdzą, że kupowanie sztuki da się porównać z rynkiem papierów wartościowych najwyraźniej sami nie wiedzą, co mówią.

„Rynek sztuki współczesnej można porównać do holenderskiej „tulipanowej gorączki” z XVII wieku. Nowa, bogata klasa średnia rzuciła się wtedy na tulipany. Ceny poszły w górę, inwestorzy i spekulanci weszli na rynek. Ceny znów zaczęły szybować. Aż cebulka tulipana kosztowała tyle, co dom. I wtedy nastąpił proces odwrotny. Inwestorzy zauważyli, że rynek został przeszacowany i wszystko się załamało” – stwierdził brytyjski krytyk, znawca rynku sztuki Ben Lewis. I miał 100 procent racji.

Weźmy takiego Damiena Hirsta. Jego prace były kupowane właśnie nie przez kolekcjonerów, a inwestorów. Kupowali po kilkanaście lub kilkadziesiąt milionów dolarów. Dziś prace Hirsta osiągają maksymalne ceny w wysokości kilkuset tysięcy. Co na to eksperci, którzy twierdzili, że brytyjski artysta jest pewniakiem, na którym się nie straci? Z drugiej strony żaden z nich nie przewidział sprzedaży pracy „Walking Man” Alberto Giacomettiego za ponad 104 miliony dolarów i nagłego skoku cen szwajcarskiego rzeźbiarza. Eksperci cenę dzieła Giacomettiego wyceniali na maksimum 50 mln.

Dodajmy do tego postać Jose Mugrabiego. To największy na świecie kolekcjoner prac Warhola, który przyznaje się otwarcie do manipulowania cenami dzieł mistrza pop-artu. Zbierając swoją kolekcję niejednokrotnie celowo przepłacał. Wszystko po to, aby podnosić wartość posiadanych przez siebie prac i w przyszłości sprzedać je ze sporym zyskiem. Co na to eksperci? Co doradzą swojemu klientowi, gdy któryś z kolekcjonerów ogłosi wyprzedaż grając na spadek cen danego artysty? Takie przypadki świat sztuki zna. Wystarczy spojrzeć na działania Charlesa Saatchiego, który wiele sław wypromował i kilka doprowadził do upadku.

Rynek sztuki charakteryzuje się bardzo słabą przejrzystością. Wycena dzieł zależy od wielu subiektywnych czynników. Ta na aukcja nie jest zupełnie miarodajna. Czy w takim wypadku można sztukę traktować jako inwestycję? Tak, ale tylko gdy jest to nasza druga motywacja. Pierwszą musi być chęć kolekcjonowania.

5 Komentarzy

Filed under Uncategorized

Wątpliwa łódzka kreatywność

Łódź od kilku lat próbuje przyjąć jakąś strategię promocyjną. A może słuszniej byłoby napisać, że jakąkolwiek. Łódzcy decydenci wiedzieli, że promować miasto trzeba, ale zamiast długotrwałej strategii wybierali zawsze doraźne, krótkotrwałe i w efekcie mało skuteczne działania. A to wykreowali Kapitana Kulturę, a to chcieli być Zieloną Stolicą Europy, jeszcze innym razem nadali sobie tytuł Miasta Festiwali. A wcześniej organizowała akcję „Łódź Festiwalowa”. Barwne etykiety, ale czy którakolwiek z nich została przez nas zapamiętana? Raczej nie. Po części dlatego, że większość z nich nijak miała się do rzeczywistości. Ze względu na brak ścieżek rowerowych i kompletne ignorowanie unikalnych gatunków zwierząt żyjących na terenie miasta z ekologią Łódź nigdy nie miała zbyt wiele wspólnego. Z tymi festiwalami też się do końca nie zgadzało.

O tytuł Europejskiej Stolicy Kultury Łódź walczyła w momencie kiedy z miasta wyniósł się bardzo znaczący festiwal Camerimage. Między organizatorami istniejących imprez toczy się walka o to, który festiwal jest ważniejszy, a który ma marginalne znaczenie dla miasta. Kilka dni temu do tego sporu przyłączyły się łódzkie władze, które także postanowiły dowiedzieć się jaką wartość promocyjną mają łódzkie festiwale. Kryterium mającym to zmierzyć byłaby m.in. ilość informacji jaka ukazała się w mediach przy konkretnym wydarzeniu. Wśród ekspertów mających oceniać wartość promocyjną festiwali mają się znaleźć przedstawiciele świata sztuki, animatorzy kultury, ale i marketingowcy. Od wyników będzie zależało, które inicjatywy mogą liczyć na dofinansowanie ze strony miasta. Należy spytać, czy festiwale mają służyć tylko „wartości promocyjnej miasta”, czy może jednak też jego mieszkańcom.

Ostatnio światło dzienne ujrzała też przygotowywana przez dziewięć miesięcy
(i za 600 tys. zł) przez firmę Demo Effective Launching „Strategia zarządzania marką Łódź”. Jej autorzy proponują by promować miasto hasłem „Centrum przemysłów kreatywnych”. Niestety, mimo że samo pojęcie przemysłów kreatywnych istnieje od lat 90., a ostatnio staje się coraz modniejsze, tego typu slogan z niczym się nie kojarzy, nie mówi nic o Łodzi. Co gorsza Jacek Sadowski, prezes Demo sam ma problemy z udzieleniem odpowiedzi na pytanie, co wynika z proponowanego przez jego firmę hasła.

„Cel jest następujący: żeby za pięć lat każdy, kto przyjedzie do Łodzi mógł zweryfikować, że miasto rzeczywiście jest centrum kreatywnych przemysłów. Odtąd większość działań miasta powinna być podporządkowana takiemu myśleniu. Nawet jeżeli nauczyciel będzie opracowywał program zajęć, powinny być tam elementy kreatywności” – mówił w rozmowie z „Dziennikiem Łódzkim”. I już wszystko jasne. Chodzi o zawartość elementów kreatywnych w kreatywności.

Koncepcja Demo została ostro skrytykowana. Zarzuca się jej, że nie wykorzystuje specyfiki Łodzi, że mogłaby dotyczyć w zasadzie każdego innego polskiego miasta. A to początek naprawdę długiej listy, na której pojawia się też przekręcanie nazw łódzkich ulic czy nieznajomość faktów dotyczących miasta i imprez się w nim odbywających. Najgorsze jest jednak, że strategia wcale strategią nie jest. To momentami bardzo bałaganiarski zbitek diagnoz, definicji, pomysłów. Warto dodać o jeszcze jednym problemie, autorstwie poszczególnych części tzw. strategii. Jak twierdzi Maja Ruszkowska-Mazerant, redaktor naczelna magazynu „Purpose – przedsiębiorczość w kulturze” większość tez znajdujących się w dokumencie to pomysły, które pojawiały się na łamach magazynu „Purpose” przez ostatnie 6 lat.

8 Komentarzy

Filed under Uncategorized

Zjednoczone Emiraty Sztuki

Nad Zatoką Perską zrozumiano, że inwestowanie w sztukę się opłaca.
Pojęli to nie tylko kolekcjonerzy, ale przede wszystkim rządy Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru. Do tej pory kojarzone z piaskiem, ropą naftową
i nieprzyzwoicie bogatymi szejkami kraje mają szansę stać się miejscami utożsamianymi ze sztuką.

30 grudnia w Katarze zostało otwarte pierwsze na świecie muzeum współczesnej sztuki krajów arabskich, Arab Museum of Modern Art. Już dwa lata temu otwarto tam Museum of Islamic Art. Sztuka w ujęciu zachodnim nigdy nie była domeną krajów arabskich. Malarstwo pojawiło się tam właściwie dopiero
w XIX wieku. Ale i tak tworzyła je i interesowała się nim jedynie nieliczna elita.


Dopiero w roku 1986 rodzina królewska Kataru kupiła pierwszy obraz do liczącej dziś sześć tysięcy prac kolekcji. Już w XXI wieku została powołana do życia specjalna instytucja, Qatar Museums Authority, w której władzach zasiada
m.in. były premier Francji (urodzony w Maroku) Dominique de Villepin. Katarczykom pomaga także Jeff Koons, jeden z najważniejszych współczesnych artystów. Katar inwestuje nie tylko w sztukę islamską, ale i zachodnią.

Pod koniec zeszłego roku w Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich odbyły się też drugie Abu Dhabi Art. Dopiero drugie, a media zajmowały się nimi niemal jak Art Frieze w Londynie czy Art Basel, które są imprezami z wieloletnią tradycją. W Abud Zabi pojawiło się 50 galerii z 18 państw. Oczywiście stawiły się najlepsze komercyjne galerie świata, jak White Cube z Londynu czy Zwirner Gallery z Nowego Jorku.

W Abu Zabi powstaje właśnie Guggenheim Museum. Będzie to pierwsze muzeum pod tym szyldem poza Stanami Zjednoczonymi i Europą, a zarazem największe ze wszystkich, które do tej pory powstały. Zaprojektował je słynny architekt Frank Gehry. Osoby odpowiedzialne za politykę kulturalną ZEA dobrze rozumieją, że trudno byłoby zbudować markę nowej instytucji od zera. Trwałoby to latami. Ściągnięcie  Guggenheim do Abu Zabi właściwie rozwiązuje ten problem. Mało tego, budynek Guggenheim Museum ma sąsiadować z Louvre Abu Dhabi. Za 108 milionów euro powstanie pierwszy oddział Luwru poza Francją. I tym razem projekt przygotował uznany architekt, Jean Nouvel. Otwarcie planowane jest na przełomie lat 2012 i 2013. Oba obiekty powstają na sztucznej wyspie, która ma stać się centrum artystyczno-kulturalnym nie tylko samego miasta, ale i całego regionu. A kto wie, w przyszłości może nawet świata.

2 Komentarze

Filed under Uncategorized

Kanapka z Szymborską, Wajda jak zegarek

Millward Brown SMG/KRC przeprowadziło badania. Zbadało wizerunek ludzi kultury i porównało je z markami komercyjnymi. Wyniki mogą wydawać się ciekawe.

Wizerunek damy Orderu Orła Białego zdaniem ekspertów SMG/KRC jest podobny do Winiar. Pozytywne odczucia do noblistki żywi 91 proc. badanych. Jej talent i zdolności twórcze jako wysokie ocenia 92 proc. respondentów. Między innymi na tych podstawach analitycy firmy ustalili, że Szymborska „wizerunkowo podobna jest do brandów”: Tissot, ING, Soraya i właśnie Winiary.

Natomiast 72 proc. ankietowanych ceni Katarzynę Grocholę. Jej zdolności twórcze pozytywnie ocenia 74 proc. badanych. To pewnie dlatego Grochola zdaniem Millward Brown SMG/KRC jest jak Knorr, Gillette, czy Rexona.

Z kolei Krzysztof Penderecki jest bliski markom BPH, Orlen, Mercedes, Tissot. Firma produkująca zegarki, bank BPH oraz Mercedes kojarzy się także z Andrzejem Wajdą. Tu jednak należy dodać jeszcze markę Nissan.

Jak SMG/KRC to wyliczyło, zmierzyło i dopasowało? Chyba oni sami tylko to wiedzą. Za to teraz smarując kanapkę majonezem mamy poczucie, że ocieramy się o Nobla.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

W Waszyngtonie to się czyta

Badania naukowców z Connecticut State University pokazują, że najwyższy poziom czytelnictwa w Stanach Zjednoczonych w 2010 r. wykazali mieszkańcy Waszyngtonu. Dalej uplasowały się: Seattle, Minneapolis, Atlanta, Pittsburg, San Francisco. Na szarym końcu znalazł się stan Kalifornia. Największe spadki odnotowano w Bostonie i Miami.

Jak zmierzono poziom czytelnictwa? O pozycji w rankingu decydowała dostępność bibliotek, liczba wypożyczanych w nich książek, sprzedaż w księgarniach, cyrkulacja prasy i liczba publikacji najróżniejszych periodyków.

Pierwszy taki ranking opublikowano w 2003 roku. W porównaniu z poprzednimi edycjami, naukowcy zauważyli tendencję wyraźnego spadku czytelnictwa gazet. W 2003 roku 55 proc. mieszkańców największych amerykańskich miast w ciągu tygodnia czytało gazety. W niedzielę ten poziom wzrastał do 75 proc. Dziś sytuacja wygląda dużo gorzej. Tylko jedna trzecia mieszkańców USA czyta gazety w dniach pracy, a w niedzielę ledwie połowa.

Ciekawe jakie wyniki byłyby w polskich miastach. Pewnie wygrałby Kraków, ale kto dalej?

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Chuck z Czech

Co prawda o świętach już wszyscy zapomnieli, ale musimy przytoczyć znaleziony w sieci dowcip.

Co Chuck Norris wręcza swoim bliskim na Święta Bożego Narodzenia? Nic. Nie musi. Wystarczy, że pozwoli im tylko do siebie podejść.

Zabawne? Wcale. Polacy lubią się śmiać z Chucka Norrisa. Tyle tylko, że czasem im talentu do tego brakuje. Z Czechów też lubią się śmiać. Ale to Czesi postanowili wykorzystać dzielnego stróża prawa będącego ikoną popkultury do reklamy. Sukces przerósł najśmielsze wyobrażenia.

Cykl krótkich filmików reklamowych dla T-Mobile podbił już serca nie tylko Czechów. Stał się przebojem ostatnich tygodni na YouTube.

Reklamówki przygotowane przez agencję Saatchi & Saatchi pokazują Chucka Norrisa w świątecznych sytuacjach. Norris z nimi sobie nie radzi.

Kampania zaowocowała nadspodziewanym zwiększeniem sprzedaży usług operatora. Czeskie media szacują, że gaża aktora wyniosła pół miliona dolarów. Ale skok sprzedaży produktów T-Mobile był zaskoczeniem nawet dla największych optymistów. Kampanię przygotowano precyzyjnie. Setki tysięcy odsłon na YouTube, profil kampanii na Facebooku (40 tys. fanów), uworzono nawet wirtualną miejscowość Czakowice (chuckovice.cz) ze świątynią Czakolin i grą dostępną on-line.

Święta Bożego Narodzenia i Chuck Norris. To mogli wymyślić tylko Czesi. Ale my też gościliśmy ostatnio znanych aktorów w reklamach. Danny DeVito i Gerarda Depardieu, którzy występowali dla jednego z banków. Ktoś pamięta jeszcze te reklamy?

1 komentarz

Filed under Uncategorized