Tag Archives: social media

Z kulturą do Millenialsów czyli Tinder, Snapchat i Kik Messenger

Facebook traci młodych użytkowników. Pokolenie Y, tak zwani Millenialsi, korzystają z internetu inaczej niż osoby urodzone dekadę wcześniej. Chętniej wysyłają do siebie snapy, flirtują na Tinderze, czatują na Kiku, niż uaktualniają statusy na Facebooku. Ten ostatni zresztą jest dla marek narzędziem coraz droższym. Dlatego komunikacja w mediach społecznościowych z młodym odbiorcą – powoli, ale już zauważalnie – zaczyna omijać Facebooka. Także w kulturze. Czy – mówiąc ściślej – głównie w popkulturze.

Tinder czyli randka z prawnikiem, panią doktor i zombie

W Stanach Zjednoczonych Tinder stał się ostatnio ulubionym narzędziem w rękach dużych stacji telewizyjnych, używanym do promocji kolejnych odsłon popularnych seriali. Jego potencjał, jako pierwsza wykorzystała USA Network, emitująca serial „Suits” („W garniturach”). W lipcu 2013 roku, tuż przed premierą trzeciego sezonu serii o prawnikach z Nowego Jorku, użytkownikom Tindera po wejściu do aplikacji od razu ukazywały się profile bohaterów prawniczej opowieści: odnoszący sukcesy Harvey Specter, przystojny Mike Ross lub atrakcyjna Rachel Zane. Po polubieniu profilu, użytkownicy otrzymywali dostęp do ekskluzywnych materiałów związanych z serialem, takich jak zapowiedzi oraz nagrania audio i video z pozdrowieniami od aktorów. Dzięki kampanii USA Network udało się zwiększyć rozpoznawalność „Suits” wśród osób, które na co dzień nie oglądają telewizji i nie miały wcześniej styczności z serialem. Głównie pośród mężczyzn w wieku 18-34 lata, będących trudną do pozyskania widownią.

SUITS

Inną fikcyjną flirciarą na Tinderze była Mindy Lahiri z „The Mindy Project” („Świat według Mindy”). Mindy to młoda ginekolog wciąż poszukująca miłości. Dlaczego nie szukać jej przez służącą do tego aplikację? Na Tinderze powstał profil młodej pani doktor. Osoba, która go polubiła automatycznie dostawała wiadomość zachęcającą do oglądania zbliżającego się odcinka serialu, w którym, Mindy wypróbowuje właśnie Tindera w poszukiwaniach swojego księcia z bajki. Producenci ze stacji FOX i twórcy aplikacji nie ujawnili zasad współpracy, ale zapewne opierała się na opłacalnym dla obu stron barterze – product placement w zamian za reklamę natywną. Kampania nie została jednak dobrze przyjęta przez użytkowników aplikacji – nikt chyba nie lubi rozmawiać z internetowym botem. Zebrała także sporo negatywnych komentarzy w mediach. Za przykład może posłużyć BuzzFeed, który na swojej stronie napisał: „Obecność na Tinderze »Świata według Mindy« może oznaczać jedną z najbardziej znanych randkowych motywacji: desperację”.

MINDYdobry

Użycie Tindera, jako narzędzia promocji bodaj najlepiej udało się stacji TVNZ emitującej serial „The Walking Dead”. Głównie dzięki stworzeniu autentycznych profili osób, zaskakującemu zakończeniu oraz utrzymaniu kampanii w zabawnej konwencji. TVNZ we współpracy z agencją kreatywną Young & Shand przywróciło do życia kilka seksownych zombie w Auckland w Nowej Zelandii. W rzeczywistości były to pracownice agencji, którym udało się zebrać 500 „matchy” wśród młodych mężczyzn, z którymi następnie nawiązały dialog. Nagle podczas rozmowy zaczynały dziać się dziwne rzeczy. Piękne dziewczyny zamieniały się w straszne zombie. „Jedną z rzeczy, która szczególnie była dla nas ekscytująca, to minimalny poziom negatywnych reakcji” – powiedział Chris Hooper, kierownik marketingu stacji TVNZ. Jedynie trzech rozmówców wyraziło swoją dezaprobatę. W wyniku kampanii TVNZ zwiększyła prawie o połowę oglądalność „The Walking Dead” wśród mężczyzn w wieku 18-25 lat, przejmując tym samym część widowni konkurencyjnego kanału TV3.

Tinder to aplikacja randkowa, umożliwiająca wyszukiwanie osób interesującej nas płci oraz wieku, znajdujących się w pobliżu naszej lokalizacji. Odkrywanie kolejnych profili następuje po przesunięciu: w prawo, co oznacza „tak” lub w lewo na „nie”. W ten sposób zbieramy tzw. „matche”, czyli dobrane pary. Tylko wtedy możemy rozpocząć konwersację z potencjalnie nową znajomością.

Snapchat – rządzą „Dziewczyny”

Serial „Girls” („Dziewczyny”) produkowany przez HBO jest wyjątkowo mocno promowany za pomocą mediów społecznościowych – Twittera, Facebooka, Pinteresta, Instagrama i Tumblra. Kilka dni przed premierą trzeciej serii powstał także profil na Snapchacie, o czym regularnie informowano w innych kanałach, głównie na Twitterze serialu. Tweety zachęcały do dodania „Girls” do swoich kontaktów na Snapchacie. Fani mogli poczuć się jak prawdziwi kumple przyjaciółek z Nowego Jorku – uzyskali dostęp do znacznie bardziej osobistych treści, niż te udostępniane na Twitterze lub Instagramie. Jako pierwsi zobaczyli zdjęcia z premiery trzeciej odsłony serialu, zrobione osobiście przez aktorki i wysłane prosto z czerwonego dywanu. Później, w każdą niedzielę otrzymywali przypomnienia o zbliżających się odcinkach, w postaci zabawnych grafik, które jednocześnie były wskazówkami na temat tego, co się wydarzy w danym odcinku. „Snapchat fantastycznie wpasowuje się w demografię widzów, dla których kierowany jest serial »Girls«” – tłumaczył Lindsey Pearl, kierownik ds. social media i marketingu HBO. Pearl dodaje, że konto „Girls” jest jednym z najchętniej obserwowanych na Snapchacie, a jego sukces tkwi w założeniu, aby komunikować się z fanami w ich własnym języku, myśleć jak oni oraz dawać im poczucie tej unikalnej bliskości „jeden na jednego”. W styczniu 2015 „Dziewczyny” powracają na ekrany telewizorów, o czym już przypominają swoim fanom na Snapchacie.

GIRLS

Biorąc pod uwagę wiek użytkowników Snapchata, nie mogło tam również zabraknąć jednej z najbardziej popularnej wśród nastolatków stacji telewizyjnej. MTV UK dołączyło do aplikacji wraz ze swoim reality show „Geordie Shore” („Ekipa z Newcastle”). O swojej obecności w tym medium społecznościowym MTV informowało widzów na Twitterze „Geordie Shore” oraz w reklamie telewizyjnej, przedstawiającej ekipę na fotkach z wakacji. Tweet zachęcający do znalezienia „Ekipy z Newcastle” na Snapchacie został podany dalej 281 razy, 140 użytkowników dodało go do ulubionych, a 11 odpowiedziało. W jednym z komentarzy czytamy: „Właśnie dodałem @mtvgeordieshore na Snapchacie! Chyba uzależnię się teraz od telefonu!”. Fani, którzy dodali do swoich kontaktów na Snapchacie profil „Geordie Shore” otrzymywali ekskluzywne zdjęcia uczestników programu w niecodziennych stylizacjach, nagrania wideo zapowiadające premierę szóstej odsłony reality show oraz materiały zdradzające pojawienie się nowych osób w ekipie. „Snapchat w pełni nadaje się do działań kreatywnych przy promocji szóstego sezonu »Geordie Shore«, torując nam drogę bezpośrednio do naszych fanów poprzez ich ukochane urządzenia. Ponadto zapewnia im natychmiastowy dostęp do wszystkich niezbędnych informacji na temat programu, a nam pozwala na kontakt z widzami w czasie rzeczywistym, zwłaszcza że oglądalność telewizji cały czas ulega zmianie” – tłumaczył wybór tej platformy Jo Bacon, zastępca kierownika ds. marketingu i komunikacji MTV UK.

GEORGIESHORE

Snapchat jest mobilną platformą do dzielenia się zdjęciami, popularną głównie wśród nastoletnich użytkowników smarfonów. Znakiem rozpoznawczym tej aplikacji jest to, że otrzymane zdjęcie tzw. „snap” możemy oglądać tylko przez dziesięć sekund, później ulega autodestrukcji. Jakiś czas temu Snachat stał się bohaterem głośnej afery, kiedy do sieci wyciekło setki tysięcy nagich zdjęć jego użytkowników. Nie wszystkim jednak aplikacja służy do przesyłania erotycznych fotek, czy zdjęć z mocno zakrapianych imprez.

Kik Messenger czyli pocztówki dla nowego pokolenia

Pierwszą kampanią przy użyciu tej platformy była promocja nowego albumu zespołu One Direction w 2013 roku. Brytyjski boys band cieszy się ogromną popularnością wśród nastolatek na całym świecie i posiada stale powiększające się grono „wyznawczyń” tzw. „Directionders”. Użytkownicy Kika, w szczególności nastolatki, idealnie wpasowują się w grupę odbiorców takich zespołów jak One Direction. Kampanię prowadziła agencja IPG Media Lab, której ideą było stworzenie platformy, zapewniającej fanom zespołu interaktywną zabawę i ułatwiającej im wspólne dzielenie się treścią na temat One Direction. Treścią tą była 1D Kik Card, unikalna kartka zespołu dostępna tylko dla użytkowników Kika. Dzięki specjalnym naklejkom można było ją indywidualnie ozdabiać i przesyłać do innych fanów poprzez aplikację. Co więcej, fani mogli również odblokować ekskluzywną zawartość dla całej społeczności Kika, kupując promowany album „Midnight Memories”. Kiedy 5 tysięcy sztuk zostało sprzedanych użytkownikom platformy, zespół udostępnił treść w postaci specjalnych nagrań wideo, zdjęć oraz wpisów zespołu na Twitterze. „Mamy nadzieję, że inne marki dostrzegą wartość kampanii One Direction na naszej platformie i uznają, że to taka sama wartość dla nich. To sposób na wzbudzenie emocji i zaangażowania dla wielu różnych kategorii” – mówił rzecznik prasowy Kika, Heather Galt. Za tę kampanię Kik Messenger otrzymał w 2014 roku nagrodę Smarties przyznawaną przez Mobile Marketing Association za najbardziej efektywne kampanie marketingowe na świecie z wykorzystaniem aplikacji mobilnych.

ONEDIRECTION

W następnym roku tę wartość dostrzegła agencja Adaptly przy okazji promowania filmu dla młodzieży „The Giver” („Dawca Pamięci”) produkcji The Weinstein Company. Była to pierwsza w historii tego typu kampania promująca film. Reklama „The Giver” na Kiku zawierała kartkę – plakat filmu, zwiastun, pytania ciekawostki i filmowe naklejki, którymi użytkownicy ozdabiali plakat, a następnie udostępniali w rozmowach z innymi użytkownikami. Grupą docelową filmu byli młodzi ludzie, a 185 milionów użytkowników Kika to w szczególności osoby w wieku 18-24 lat. Według prezesa Adaptly Nikhila Sethi „największą potęgą Kika jest to, że pomaga markom tworzyć niezwykle intymne porozumienie ze swoimi odbiorcami. Bo cóż może być bardziej intymne, niż dostarczanie przeżyć prosto do telefonu w czyjeś kieszeni?”

GIVER

Kik to aplikacja na smartfony służąca do komunikacji, w której wystarczy jedynie znać nazwę użytkownika, aby wysłać mu wiadomość. Oficjalnie: „Kik pozwoli ci połączyć się z każdym, z kim chcesz rozmawiać. Nieważne jak się poznaliście – w szkole, na ulubionym portalu społecznościowym, czy grze online. Wystarczy, że zapytasz: »Jaki jest twój Kik?«”. Aplikacja nie wymaga dzielenia się numerem telefonu, co uważane jest za jej największą zaletę. Według badań Distimo, zajmującej się analizą aplikacji mobilnych, Kik był trzecią z kolei wśród najczęściej pobieranych aplikacji na Androida i iOS’a.

Trudno powiedzieć, czy aplikacje mobilne takie jak Tinder, Snapchat i Kik zrewolucjonizują marketing internetowy i doprowadzą do klęski promocji na Facebooku oraz innych „standardowych” portalach społecznościowych. Jedno natomiast jest pewne: w świecie Millenialsów musisz być tam, gdzie są oni – w ich telefonie. Muszą mieć cię zawsze w swojej kieszeni lub torebce. Póki co, jedynie kultura komercyjna dostrzegła szansę zaistnienia wśród użytkowników opisanych aplikacji. Jednak i ta bardziej poważna prędzej czy później będzie musiała zacząć z nich korzystać.

[IK]

Reklamy

2 Komentarze

Filed under Uncategorized

Minimum formy, maksimum efektu – Tumblr w promocji sztuki

Zdaniem ekspertów firmy badawczej Millward Brown dominującym trendem medialnym w 2014 roku będzie – zgodnie z postępującą od lat modą – format mikro. Materiał ma być krótki, treściwy, wyrazisty i multiplikowany na wielu platformach. Najbardziej pożądane będą formy wizualne – zdjęcia i mikrowideo. Przeciętny odbiorca decyduje o atrakcyjności danej w treści w przeciągu 1/20 sekundy, a materiał przykuwa jego uwagę na niewiele dłużej. Największą liczbę „klików” zgarną zatem ci, którzy będę w stanie zainteresować użytkownika poświęcającego na przeglądanie strumienia nowości z internetu jednorazowo zaledwie kilka minut, cudem wyjętych z napiętego harmonogramu codziennych działań. Minimalizm, wizualność i dostępność danej treści na wielu ekranach – oto czego oczekuje dzisiejszy odbiorca. Na gruncie tym wzrasta popularność platform mikroblogowych takich jak Twitter czy Tumblr. „Followersów” i chętnych do „szerowania” zyskują teksty nie dłuższe niż SMS, krótkie nagrania i pojedyncze fotografie.

Tumblr (2)

Tumblr

Założony w 2007 roku przed Davida Karpa Tumblr szybko zdobył sobie popularność, w rankingach plasując się na wysokim miejscu, tuż za Pinterestem, a przed Instagramem. W maju ubiegłego roku został wykupiony przez Yahoo!, co spotkało się z krótkim protestem użytkowników. Obecnie na Tumblerze znajduje się ponad 150 milionów blogów (dane z końca 2013 roku). Zdecydowana większość użytkowników tej platformy to ludzie bardzo młodzi (13-24 lat). Na uwagę zasługuje fakt, że osoby korzystające z Tumblera są wyjątkowo do tego medium przywiązane, spędzają na nim dużo więcej czasu niż użytkownicy Facebooka czy Twittera. Najpopularniejsze formy udostępniania treści na Tublerze to zdjęcia oraz mikroanimacje w postaci GIFów.

Sposobów na wykorzystanie Tumblera w sztuce jest kilka, w zależności od oczekiwanego efektu. Zawsze jednak celem będzie stworzenie wizualnej sieci stymulującej do działania i jednoczącej użytkowników. Najsłynniejszym i odnoszącym najbardziej spektakularne sukcesy kanałem w kategorii „sztuka” na Tumblerze jest blog Museum of Modern Art w Nowym Jorku. W celu pozyskania kolejnej grupy odbiorców MoMA zdecydowało się na jednoznaczne dopasowanie bloga do gustu nastoletniej publiczności – tak, aby nie było wątpliwości, że to platforma silnie stargetowana, dedykowana konkretnemu użytkownikowi, nie zaś pośrednia forma, której egzystencja dowodzi jedynie znajomości aktualnych trendów w social media. Celem, jaki przyświecał twórcom kampanii promocyjnej na Tumblerze, było nie tyle przyciągnięcie młodzieży do fizycznie istniejącego budynku muzeum, co raczej stworzenie wirtualnej sieci jednoczącej i angażującej użytkowników. MoMA Teens to nie miejsce, w którym można po prostu zamieszczać zdjęcia, ale społeczność, z którą odbiorca może się identyfikować, dzięki której może aktywnie uczestniczyć w życiu kulturalnym.

MOMATEENS

MoMA Teens

Sposobem na osiągnięcie autentyczności było pozyskanie twórców treści wprost z grupy docelowej. Tylko nastolatek wie, co naprawdę kręci ludzi w jego wieku – to banalne na pozór założenie stało się kluczem do sukcesu. Jednym z aktywnych „content creatorów” jest dziewiętnastolatka, Alya Albert, zaangażowana w pracę dla MoMA już od dwóch lat. Tumblr był medium, w którym czuła się swobodnie, dlatego rozpoczęcie blogowania dla MoMA nie wymagało przygotowania, stanowiło rodzaj naturalnego przejścia od prywatnej strony do strony instytucji kulturalnej. MoMA Teens przykuwa uwagę jaskrawymi kolorami i wyrazistą grafiką. Strona dzieli się na kilka kategorii: blog, na który składają się posty z zabawnymi obrazkami, oryginalnymi grafikami i GIFami oraz ogłoszeniami o wystawach i inicjatywach podejmowanych przez muzeum; galerię, w której zamieszone są zdjęcia dokumentujące udział młodych ludzi w organizowanych przez MoMA akcjach oraz zakładkę „kursy” pozwalającą na zapoznanie się z aktualną ofertą warsztatów dla nastolatków. Kontent jest starannie dobrany – na czasie, zabawny, ale wciąż nawiązujący do sztuki współczesnej. MoMA udało się uniknąć dwóch poważnych zagrożeń: stworzenia kolejnej strony reklamowej oraz przekształcenia strony w przeciętnego bloga z „klikalną”, ale miałką zawartością. Tumblr zyskał sporą liczbę polubień, jednak dla twórców z pewnością ważniejszy jest fakt, że blog stał się medium rzeczywiście angażującym młodych ludzi w działalność związaną ze sztuką, zyskał status wirtualnej przestrzeni szerzącej idee, z którymi można się utożsamiać.

Tumblr może być także wykorzystywany jako miejsce, gdzie można pokazać te fragmenty kolekcji, które nie weszły w skład oficjalnej wystawy. Treść bloga jest czymś dodatkowym, bonusem dedykowanym osobom, dla których sama wystawa czy zbiór to za mało. Keith Haring Foundation wykorzystało ten pomysł przy okazji wystawy poświęconej pamiętnikom Haringa w Brooklyn Museum. Skany stron, których nie pokazano w gablotach, pojawiały się stopniowo na Tumblerze. Rzecz świetna dla fascynatów – dzienniki można było spokojnie przeczytać, poświęcić im więcej uwagi niż podczas zwiedzania muzeum. Funkcją takiego bloga jest raczej zwiększanie i podtrzymywanie zainteresowania u miłośników Haringa niż pozyskiwanie rzeszy „followersów”. To strategia zupełnie inna niż obrana przez MoMA, mniej spektakularna, ale na swój sposób skuteczna. Wystawa zyskuje na wielkości, staje się elementem ogromnej całości, buduje się wokół niej napięcie dzięki stopniowemu prezentowaniu nowych treści. Tumblr Fundacji Haringa to kolejny przykład bardzo przemyślanej strategii doboru kontentu do ściśle określonej grupy odbiorców.

Keith (2)

Keith Haring Foundation

San Francisco Museum of Modern Art obrało sobie jako cel zaktywizowanie odbiorców. Jednak nie zwykłej młodzieży, lecz kreatywnych, młodych artystów, którzy marzą o zaprezentowaniu swojej twórczości. W każdy piątek na Tumblerze SFMoMa pojawia się dzieło początkującego twórcy. Swoje prace może przesłać każdy za pomocą prostego formularza na stronie. Prezentowane są oczywiście tylko wybrane działa, co podnosi rangę tych, którym się udało. Przesłane prace zebrane są w osobnej zakładce, co wyróżnia je spośród innych materiałów zamieszczonych na Tumblerze. Dzięki tej strategii muzeum może w prosty sposób wspierać mniej znanych artystów, dać im szansę na wyjście z cienia, jednocześnie zaś staje się atrakcyjne dla grupy odbiorców, dla której „piątkowe posty” zyskały status stałego punktu tygodnia. Prosty, niewymagający wielkich nakładów finansowych, pomysł na przywiązanie do bloga stałej grupy fanów.

SFMOMA (2)

SFMoMa

Tumblr daje spore możliwości prezentowania obrazu, to z pewnością medium, które ma szansę stać się jednym z istotnych narzędzi promocji sztuki w obszarze social media. Sprawa nie jest jednak oczywista, a sama regularność w zamieszczaniu treści nie skutkuje. Tumblr wymaga wyraźnego pomysłu, precyzyjnie dopasowanego do grupy odbiorców. Liczy się tu wiele aspektów: odpowiedni dobór treści, podział strony, jej projekt graficzny, autentyczność komunikatu itp. Najważniejsze jednak, by Tumblr był pomyślany jako forma dodatkowych działań, coś zupełnie osobnego, co będzie łączyło się z daną instytucją, ale nie ograniczy się do zwykłej prezentacji. Sztuka zmaga się obecnie z problemem „nieklikalności”. Portale internetowe rezygnują z promowania treści związanych ze sztuką. Z kolei eksperckie posty na blogach, opisy na stronach internetowych czy pieczołowicie uszeregowane zdjęcia znikają w otchłani Internetu. Tumblr jest minimalistyczny, dlatego daje szansę przebicia. Ale odpowiednie wykorzystanie jego potencjału wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Stworzenie profilu zabiera mniej niż minutę, będzie to jednak czas bezpowrotnie stracony, jeśli potraktuje się go jako wariację na temat Instagrama czy Twittera.

[DB]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Getty Museum – czyli jak być skutecznym w social media

Nie przez przypadek co jakiś czas piszemy o funkcjonowaniu instytucji kultury w mediach społecznościowych. Polskie przykłady to wciąż głównie przypadki beznadziejne. Instytucje boją się mediów społecznościowych lub utożsamiają je z Facebookiem. Ich aktywność na najpopularniejszym portalu społecznościowym sprowadza się do publikacji suchych informacji lub wręcz przeciwnie tzw. „LOL kontentu”. Potem wystarczy włączyć promocję postu, pojawia się kilkanaście lajków i kilkudziesięciu nowych fanów. Problem w tym, że nie osiąga się dzięki takiej aktywności niemal żadnego przełożenia na liczbę realnych odbiorców. Nie tylko brak inicjowanych przez instytucje kultury kampanii w mediach społecznościowych, ale też solidnej codziennej aktywności. Jak prowadzić ją dobrze najpełniej pokazuje chyba przykład J. Paul Getty Museum oraz powiązanych z nim fundacji i instytutu badawczego powołanych dzięki zmarłemu przed ponad trzema dekadami amerykańskiemu miliarderowi i filantropowi.

gett
Profil Getty Museum na artbabble.com

Wchodząc na stronę internetową instytucji nie zobaczymy odnośników do Facebooka, czy Twittera. Nie, na pierwszy rzut oka. Trzeba rozejrzeć się po stronie, by w górnym rogu odnaleźć dyskretnie zachęcający napis: „Connect with Us”. Jeśli wystarczająco zachęcony internauta kliknie nań przed jego oczyma pojawią się linki odsyłające do prawie wszystkich wpływowych mediów społecznościowych. Jest Facebook i Twitter, Flickr i Pinterest. Jest nawet Tumbler i blog pod tytułem „The Iris” oraz link do branżowego portalu artbabble.com. Dzieci mogą zajrzeć do muzeum za pomocą whyville.net. Jest to edukacyjna platforma, która oferuje swoim użytkownikom m.in. dostęp do wirtualnego świata, kreowanie własnych postaci i czatowanie. Pod logotypem YouTube widnieją linki do prowadzonych przez muzeum kanałów, a zwolennicy tradycyjnej komunikacji mogą dopisać się do listy mailingowej. Cały ten wysyp możliwości na pierwszy rzut oka może wydawać się chaotyczny. Bywa, że instytucje zakładają profile na wielu platformach społecznościowych, ale nie wszystkie prowadzone są odpowiednio i nie wszystkie daję wymierne rezultaty. W przypadku muzeum Gettyego pracownicy zadbali, by wykorzystywane przez nich media należycie spełniały swoje role. Przykładem tego może być Twitter i ponad 435 000 jego użytkowników obserwujących muzeum, albo strona na Facebooku z ponad 155 000 fanów. W końcu rekordowy Pinterest, dzięki któremu Muzeum zgromadziło ponad 1 127 000 obserwatorów.

Skuteczność komunikacji w przypadku J. Paul Getty Museum opiera się m.in. na zrozumieniu istoty mediów społecznościowych, polegającej na potrzebie przynależności i interakcji. Nie są one wykorzystywane, jak to się dzieje w przypadku wielu podobnych instytucji, do prezentowania zwyczajnych treści reklamowych. Dzięki interaktywnym kampaniom odbiorcy wnoszą własny wkład w życie Muzeum. Mogą w twórczy sposób zaistnieć i poczuć się częścią grupy. Doskonałym tego przykładem jest przeprowadzona za pośrednictwem Facebooka, Twittera, bloga i na końcu YouTuba akcja skoncentrowana wokół arcydzieła Jana Vermeera „Kobieta w błękitnej sukni”. Odbiorcy zostali poproszeni o napisanie swojej wersji rozpoczęcia tajemniczego listu, który kobieta z obrazu trzyma w dłoniach. Reakcja była natychmiastowa i w odpowiedzi muzeum otrzymało ponad 200 tekstów. Niektóre były śmieszne, inne poważne i głębokie. Wybrane fragmenty, przeczytane przez lektora, zabrzmiały w krótkim filmie wideo zamieszczonym na oficjalnym kanale muzeum na YouTubie. Getty Social, czyli południowo-kalifornijski kulturalny tweetup to kolejna inicjatywa, która powstała za pośrednictwem mediów społecznościowych. Miłośnicy sztuki, którzy poznali się w internecie postanowili spotkać się w realu. Muzeum szybko podchwyciło temat, a oddolna inicjatywa zaowocowała zorganizowaniem całodniowej imprezy. Na miejscu uczestników przywitali pomysłodawcy, którzy stanęli na czele czterech grup. Każda z nich penetrowała Muzeum robiąc zdjęcia, kręcąc i udostępniając wideo oraz tworząc wpisy. Wszystkie materiały zostały odpowiednio otagowane (#GettySocial) trafiły do różnych kanałów social media.

gett2
The Iris

Jedną z najmocniejszych aktywności muzeum Getty Museum jest blog „The Iris”. Jego autorzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że pozbawione ludzkiej twarzy, zimne komunikaty są nieatrakcyjne. Muzeum to nie tylko budynek i eksponaty, ale również ludzie. To oni odpowiadają za treść ekspozycji, organizują kulturalne wydarzenia, nadają kierunek. Stanowią cenny kapitał, który również podlega ekspozycji, tyle że w internecie. Blog muzeum pisany jest bowiem przez jego pracowników. Czytając go, dowiemy się nad czym obecnie pracują, zobaczymy filmy i zdjęcia przedstawiające ich liczne i różnorodne działania. Możemy komentować zamieszczane przez nich teksty i spodziewać się odpowiedzi. To właśnie indywidualne historie pracowników i naukowców, oraz ich zaangażowanie sprawiają, że muzeum Getty’ego staje się żywe i atrakcyjne także w mediach społecznościowych. Ponadto „The Iris” funkcjonuje jak tematyczny portal internetowy. Prawie co drugi dzień pojawia się na nim nowy wpis. Tematyka bloga obejmuje niemal całą działalność związaną z funduszem powierniczym Getty’ego. Pisząc o blogowej aktywności muzeum należy również wspomnieć o thegetty.tumblr.com, czyli jego profilu na mikroblogowej platformie Tumblr. Jest on zdominowany przez zdjęcia eksponatów i ich krótkie opisy. W pewnym sensie to lżejsza wersja „The Iris”. Zupełnie inna treść udostępniana przez Getty Musem na platformie Tumblr świadczy o tym, że aktywność instytucji w sieci jest dokładnie przemyślana. Taka polityka różnorodności sposobów komunikacji pozwala zgromadzić dużo więcej różniących się od siebie preferencjami odbiorców.

Na koniec warto też wspomnieć o tegorocznej akcji „Getty Voices”. Jej celem jest wtajemniczenie internautów w to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami instytucji. Co tydzień inny członek społeczności zawodowo związanej z Muzeum staje się jego głosem w mediach społecznościowych. W ten sposób eksperci dzielą się z internautami swoją wiedzą i doświadczeniem, publikują swoje przemyślenia i odpowiadają na pytania. Muzeum przestaje kojarzyć się z martwymi przedmiotami, a interakcja z autorami wpisów buduje emocjonalne przywiązanie do marki. W ten sposób Getty Museum świetnie definiuje sposób, w jaki instytucje kultury powinny korzystać z mediów społecznościowych.

[MP]

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Kultura i social media. Wykorzystane szanse

Już od dawna trudno wyobrazić sobie kampanię jakiegokolwiek produktu czy wydarzenia bez mediów społecznościowych. Branżą, dla której wydają się one najbardziej naturalnym środowiskiem jest kultura. Ludzie od zawsze dzielili się ze znajomymi przeczytanymi książkami, filmowymi i muzycznymi rekomendacjami. Dziś robią to znacznie szybciej i na większą skalę niż w epoce 1.0. Niestety ten potencjał nadal nie jest wykorzystywany w dostatecznym stopniu. Wciąż najczęstszym pomysłem specjalistów od promocji pozostaje rozesłanie bezosobowego mailingu do blogerów oraz administratorów fanpage’ów i czekanie na ich zainteresowanie. A może być inaczej.

Okładka nowej, niespodziewanej i skutecznie ukrywanej przed światem, płyty Davida Bowiego podzieliła fanów. Przetworzenie artworku klasycznego albumu „Heroes” jednym wydało się profanacją, innym – banalnym, odtwórczym gestem. Jednak właśnie ten prosty zabieg – zasłonienie twarzy artysty białym kwadratem z napisem „The Next Day” – okazał się początkiem jednej z najbardziej spektakularnych kampanii w mediach społecznościowych w ostatnim czasie. „Niezwykle szybko okazało się, że biały kwadrat jest bardzo silnym narzędziem i najlepszym sposobem na informowanie świata o The Next Day” – komentował sprawę Ken Marshall, szef marketingu Sony Music w artykule „The Evening Standard” poświęconemu fenomenowi promocji płyty legendarnego artysty. Co tak właściwie się wydarzyło?

David Bowie's The Next Day

Okładka nowej płyty Davida Bowiego, źródło: mat. prasowe

Wkrótce po ujawnieniu okładki płyty fani zaczęli przetwarzać wszelkiego rodzaju zdjęcia (od tych profilowych aż po krajobrazy), dodając charakterystyczny biały kwadrat. Fala obrazków z kwadratem zalała Instagram, Facebooka, Twittera, Last.fm. „Nasza nadzieja, że fani wezmą go i zaczną używać, przekroczyła najśmielsze oczekiwania” – przyznał Marshall. Sony błyskawicznie zareagowało na fenomen, tworząc aplikację, która pozwala na szybkie dodanie białego kwadratu do zdjęcia profilowego bez pomocy programów graficznych. Fanów zgromadzonych na Instagramie zachęcono do dodawania zdjęć z tagiem #TheNextDay. W ten sposób powstała i wciąż się powiększa internetowa galeria – obecnie liczy już kilkadziesiąt tysięcy zdjęć. Płyta – praktycznie bez wsparcia tradycyjnej reklamy – wspięła się na szczyt list sprzedaży w sklepach iTunes w 64 krajach, w tym w Stanach Zjednoczonych, Niemczech i Polsce. Są tacy, którzy sądzą, że za pomysłem na kampanię stoi sam David Bowie, wyczuwający współczesne trendy tak samo dobrze jak kreujący je w przeszłości. Ktokolwiek był pomysłodawcą akcji, na jej sukces, oprócz zdyscyplinowanego grona fanów, składa się prostota pomysłu. Biały kwadrat z napisem „The Net Day” nosi symboliczne znaczenie, z którym każdy z fanów może się utożsamić i przekazać dalej, stając się jednocześnie kolejnym z ambasadorów nowiny o płycie artysty.

Zdjecie_nr_1

Strumień zdjęć fanów DB, fot. thenextday.dawidbowie.com

Zupełnie inny pomysł na zaangażowanie odbiorców wykorzystano przy promocji filmu „Faceci w czerni 3”. Na kilka miesięcy przed jego premierą utworzono bloga „The Men In Black Suits Are Real”, w którym fikcyjny autor – nastolatek, pasjonat zjawisk paranormalnych o pseudonimie BugEyes126, przekonywał czytelników, że faceci w czerni istnieją naprawdę. Oprócz regularnie dostarczanych dowodów, zachęcał fanów do szukania ich na własną rękę. Odbiorcy podjęli wyzwanie, tworząc dowcipne fotomontaże i doszukując się obecności facetów w czerni w codziennym życiu. Blog wywoływał też kontrolowane kontrowersje – autor zasugerował w jednym z postów, że naczelna amerykańskiego portalu „Huffington Post” jest kosmitką, na co zareagowała sama oskarżona, występując w sponsorowanym przez producentów filmie. Fanpage bloga zdobył ponad 149 tysięcy fanów, a ukoronowaniem akcji był ostatni film opublikowany przez blogera na kilka dni przed premierą „Facetów w czerni 3” na YouTubie, w którym faceci w czerni przychodzą po niego osobiście i włączają go do zespołu. Spostrzegawczy widzowie mogli go zauważyć w jednej z filmowych scen, przemykającego w ciemnym garniturze za Willem Smithem i Tommy Lee Jonesem. Marketingowy pomysł połączył się z produktem popkultury w spójny i zabawny sposób.

Równie prosty i pojemny pomysł angażujący odbiorców przygotowała nowojorska MoMA. Wszystko zaczęło się od niewinnej zabawy: w 2011 roku muzeum udostępniło odwiedzającym ołówki i czekające na uzupełnienie kartki z napisem „Poszedłem do MoMa i…”. Bloczki wypełnione wrażeniami odwiedzający mogli zawieszać na specjalnie przeznaczonej na to ścianie. W odpowiedzi muzeum otrzymało tysiące zaskakujących, zabawnych (choć nie ukrywajmy, że czasami także banalnych) wypowiedzi: „… i poznałam mojego męża, dziękuję!” „… i przez 4 i pół godziny udało mi się nie myśleć o sobie”, „… i nie wiedziałem, że spotkanie ze sztuką może być tak inspirujące dla mojego niepełnosprawnego syna”, „… i mam żółto w głowie!”. Kartki wykorzystano w kampanii reklamowej w New York Times, plakaty z wypowiedziami odwiedzających pojawiły się też w formie plakatów na ulicach miasta. Ich nieustająca popularność kazała instytucji pójść jeszcze dalej.

Zdjecie_nr_2

Internetowa galeria akcji MoMy, fot. moma.org/iwent

W wersji 2.0 wraz z agencją Poke New York stworzono jej bardziej interaktywną odsłonę. W muzeum stanął skaner, pozwalający na natychmiastowe wprowadzenie kartki do internetowej galerii wyświetlanej na ekranach MoMy i dostępnej pod adresem www.moma.org/iwent. Każda z kartek otrzymała indywidualny adres umożliwiający udostępnienie jej na blogach i portalach społecznościowych. Internetowa galeria zgromadziła łącznie 28 tysięcy 663 kartek, zdobywając szeroki oddźwięk nie tylko w mediach branżowych. Dzięki tej akcji MoMie udało się ocieplić wizerunek, nawiązać dialog z odbiorcami i wprowadzić do poważnego świata sztuki luzu. Czyli osiągnęła to, czego wciąż brakuje polskim instytucjom kultury.

[MM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Sztuka i social media – nie tylko Facebook

Instytucje sztuki w Polsce wciąż boją się mediów społecznościowych. Odbierają je jako zło konieczne. Nie chcą lub nie potrafią się w nich odnaleźć. Sukces mierzą wciąż ilością fanów profilu na Facebooku, liczbą kliknięć „lubię to” pod wpisami. I to w najlepszym razie. W najgorszym (i najpopularniejszym) traktują Facebooka jako ścianę ogłoszeniową. Nie dostrzegają innych kanałów mediów społecznościowych, nie widzą w nich szansy na pozyskanie nowego odbiorcy.

Wiele z instytucji gromadzi solidną ilość fanów na Facebooku, lecz nie prowadzi badań nad skutecznością działań. Brakuje refleksji czemu kilkanaście tysięcy lubiących nie przekłada się na sukces w świecie rzeczywistym. Działania w mediach społecznościowych są cały czas bezpośrednim przełożeniem działań w mediach tradycyjnych – służą wyłącznie komunikacji. Brakuje budowania więzi, próby wspólnego tworzenia, debaty, wymiany wiedzy i doświadczeń. W końcu nie wykorzystuje się szansy na współpracę z firmami technologicznymi, które na świecie są dziś ważnym partnerem i mecenasem sztuki dostarczający często za darmo nowoczesne rozwiązania informatyczne.

Google dało się już nie raz poznać jako współtwórca ciekawych projektów związanych ze sztuką. Najnowszy z nich to Exquisite Forest przygotowany razem z londyńską Tate. Sieciowy projekt wykorzystuje wiele programów, aplikacji, rozwiązań (m.in. Chrome, Cloud Storage, Google App Engine) giganta z Mountain View. Exquisite Forest pozwala na samodzielne tworzenie przez użytkowników krótkich animacji, które wraz z poprzednimi i kolejnymi układają się w „drzewa” opowieści. Kilku artystów, których prace znajdują się w kolekcji Tate rozpoczęło ten proces, m.in.  Olafur Eliasson, Mirosław Bałka, Julian Opie. Każdy może dodać do nich nową animację lub zacząć tworzyć nowe „drzewo”. Część wymaga akceptacji kuratorów. Społeczność stworzona Exquisite Forest została przeniesiona bezpośrednio do budynku Tate Modern. Na jej trzecim poziomie można do końca roku oglądać rozprzestrzeniające się animacje. Można je też tworzyć na miejscu.

Metropolitan Museum w Nowym Jorku poszło podobną drogą. Connections Project to uzupełniane na bieżąco pięciominutowe opowieści złożone z slideshow oraz nagrań audio. Każdy z odcinków to subiektywna opowieść snuta przez jednego z pracowników muzeum, od członków dyrekcji, przez kuratorów, po pracowników technicznych. Opowieści są różne, jedne osobiste, inne naukowe. Zostały wykorzystane w różnych kanałach społecznościowych: na Facebooku, Twitterze, YouTube, iTunes, ArtBabble. Connections Project jest skierowany zarówno do stałych widzów Metropolitan Museum, jak i nowych odbiorców. Pierwszym pozwala spojrzeć na zbiory z nowej strony, drugim daje możliwość poznania części z nich w formie przystępnej, ale nie pozbawionej głębi. Projekt jest świetnym dowodem, że media społecznościowe nie muszą spłaszczać narracji, nie muszą bagatelizować sztuki, mogą edukować, a czasem pokazywać szerszy kontekst niż stacjonarne muzeum.

Zupełnie innym rodzajem działania sztuce w mediach społecznościowych była wystawa „Sunflower Seeds” Ai Weiweia  w Hali Turbin londyńskiej Tate Modern. Chiński artysta znany jest z zamiłowania do Twittera, do którego dostęp stale ograniczają mu chińskie władze. Jednocześnie dla wielokrotnie zamykanego w areszcie domowym twórcy Twitter stał się jedyną możliwością komunikacji ze światem. Wykorzystanie mediów społecznościowych przy okazji zaproszenia Weiwei do Hali Turbin naturalnie wpisywał się więc w historię i życie artysty. Projekt one-to-one pozwalał podczas wizyty w Tate nagrać wideo z pytaniem do Weiweia. Wideo było ładowane na stronę galerii. Artysta odpowiadał za pomocą wideo lub tekstowego komentarza do zamieszczonego filmu. Swoje nagrania dodało około piętnaście tysięcy osób. Przy okazji wystawy zorganizowano także spotkanie z twórcą. Podczas transmitowanej na żywo w internecie dyskusji można było zadawać pytania za pomocą Twittera. W jednym z wywiadów artysta stwierdził: „Bez internetu nie byłbym dziś Ai Weiweiem”. Czym będą instytucje sztuki za kilkanaście lat jeśli dziś nie zrozumieją mediów społecznościowych?

[MF]

2 Komentarze

Filed under Uncategorized

Cenzorzy z Facebooka

Social media miały być oazą demokracji i liberalizmu. Wielokrotnie podkreśla się rolę jaką odegrały w wydarzeniach natury społeczno-politycznej, choćby w komunikowaniu się uczestników protestów w Egipcie i Tunezji. Wydawałoby się, że social media są wolnym od cenzury środkiem przekazu. Nic bardziej mylnego. Wolność kończy się w nich tam, gdzie zaczyna się sztuka.

Cenzorzy z Facebooka ostro zabrali się za nieobyczajne według nich dzieła. Ich purytanizm nie jest dziś już śmieszny czy kuriozalny, staje się niebezpieczny. Kopenhaski artysta Frode Steinicke postanowił umieścić na swoim profilu zdjęcie „Pochodzenia świata” Gustava Courbeta. Dzieło znajduje się w jednym z najważniejszych galerii Francji, paryskim Musee d’Orsay. Na obrazie widać nagą kobietę, jej twarz jest zasłonięta, a na pierwszym planie ukazuje się łono sportretowanej. Wielkie dzieło realizmu według administratorów Facebooka złamało standardy przyzwoitości. Obraz z 1866 roku stał się w 2011 roku zbyt odważny.


Na reakcję twórców nie trzeba było długo czekać. Stanęli murem za Frode Steinicke i tym samym wolnością sztuki w internecie. Pisarz Luc Wouters postanowił zaprotestować zamieniając swoje profilowe zdjęcie na reprodukcję „Pogodzenia świata”. Co na to Facebook? Zablokował konto Woutersa.

W połowie lutego amerykańska prasa donosiła o sprawie New York Academy of Art. Uczelnia otrzymała informację, że zamieszczone przez nią materiały naruszają zasady regulaminu i powinny zostać usunięte. Poszło o obraz Stevena Assaela, malarza i wykładowcy New York Academy of Art. Praca przedstawia kobietę z odsłoniętymi piersiami. Uczelnia postanowiła walczyć. I wygrała. Gęsto musiał tłumaczyć się rzecznik Facebooka, który dowodził, że chodzi o zwykłą pomyłkę człowieka. Problem w tym, że pomyłek tego typu jest więcej.

„Female Figure, Pregnant” Daniela Spricka, malarza z Glenwood Springs w stanie Kolorado zostało uznane za nieobyczajne w zeszłym roku. To olejny portret nagiej kobiety. Żadna pornografia, zwykły akt. Sprick stwierdził, że z Facebookiem walczyć mu się nie chce i galerię swoich prac przeniósł na www.openmuseum.org. Artyści nigdy nie przepadali za cenzorami. I chyba czas, żeby Mark Zuckerberg i jego podwładni sobie to uświadomili.

3 Komentarze

Filed under Uncategorized

Krytyka blogera

Komputery miały zniszczyć tradycyjne książki. Rzeczywistość okazuje się inna. Komputery zostały zaprzęgnięte do promocji książek. Z ciekawym pomysłem wyszło wydawnictwo W.A.B. Do promocji swojej najnowsze pozycji zaprosiło blogerów, którzy piszą o książkach.

Artur Kurasiński i Barbara Belt będą pomagać w promocji książki Bena Mezricha „Miliarderzy z przypadku”. Książka nie jest przypadkowa, bo traktuje o początkach Facebooka. Opowiada o kontrowersyjnych relacjach między Markiem Zuckerbergiem a pozostałymi współzałożycielami tego serwisu. Trudno nie wykorzystać współczesnych narzędzi do promowania takiej literatury. Wydawnictwo W.A.B. wytycza nowy szlak, przy promocji książek.

Niestety literackim blogerom można wiele zarzucić. Już z samej definicji wynika, że bloger nie  jest krytykiem literackim. Jego teksty w znakomitej większości są słabsze językowo i edytorsko od tekstów zawodowców. Często blogi kuleją także pod względem merytorycznym. Ich autorzy ograniczają się zwykle do wrzucenia książki do worka z napisem: fajne lub niefajne. Brakuje tam rzeczowej analizy, nawiązań do historii literatury, fachowej wiedzy. Ponadto blogerzy są uzależnieni od wydawcy. Krytyczne recenzje zdarzają się bardzo rzadko. Czy dlatego, że wszystkie książki są świetne i godne polecenia? Nic bardziej mylnego. Dziennikarz jest niezależny i może pisać co mu się podoba. To truizm, ale wciąż jeszcze tak jest. Bloger paradoksalnie nie może sobie pozwolić na taką postawę, bo zostanie odcięty od źródła książek. Dlatego najczęściej wszystko mu się podoba i każdą książkę chwali.

Czy to oznacza, że wydawnictwa nie powinny sięgać po blogerów? Ależ nie. Należy mieć tylko świadomość, że to narzędzie, które oprócz swoich zalet ma też wady. Należy pochwalić W.A.B. za pomysł. Efektem współpracy z blogerami są wideo recenzje oraz konkursy na blogach, w których do wygrania są egzemplarze powieści „Miliarderzy z przypadku”. A dziś na stronie serwisu audioteka.pl odbędzie się dyskusja poświęcona charakterystyce współczesnego biznesu internetowego.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized