Monthly Archives: Październik 2012

Wirtualna rzeczywistość instytucji kultury

Robert Kuśmirowski na wystawie w Arsenale Sztuki w Poznaniu przedstawił dosyć kontrowersyjną koncepcję Muzeum Sztuki Zdeponowanej. Artysta gromadzi prace twórców, następnie pali je i kataloguje. Złożone do urn, opisane i sfotografowane obiekty można było oglądać latem w poznańskiej galerii. Kuśmirowski swój eksperyment określał jako “prowadzenie usług publicznych na rzecz sztuki, polegające na uruchomieniu kompleksowego recyclingu w zakresie likwidacji i komasowania sztuki z prac niechcianych i nikomu niepotrzebnych”. Sam poddaje temu zabiegowi swoje dzieła i zachęca do niego innych twórców. Artysta swoim projektem nawiązuje do głośnych haseł futurystów (“spalić muzea”), które były wyrazem niechęci wobec mieszczańskiej, elitarnej koncepcji organizacji życia artystycznego. Projekt Kuśmirowskiego to dosyć upiorna wizja przyszłości instytucji kultury. Jednak, czy wirtualne kolekcje to faktycznie koniec muzeów?


Muzea coraz częściej promują się poprzez aplikacje na smartfony. Jedną z najbardziej znanych jest MoMA App. Dzięki niej nie tylko dowiemy się co aktualnie dzieje się w muzeum. W ramach aplikacji dostępne są też ścieżki dźwiękowe z głosem przewodnika, który oprowadza nas po wystawach. Swoje aplikacje mają też Muzea Watykańskie, czy Luwr. Wiele galerii i zbiorów muzealnych można oglądać dzięki Google Art Project, który działa na zasadzie StreetView. Holenderskie Rijksmuseum przenosi właśnie swoje zbiory do sieci. 125 tysięcy obiektów będzie można oglądać on-line w Rijks Studio. Na iTunes znajdziemy wiele edukacyjnych aplikacji z informacjami o artystach, obrazach i quizami. Miłośnicy sztuki doczekali się nawet swojej platformy społecznościowej. Jest nią ArtStack, czyli portal gdzie podobnie jak na Facebooku udostępniamy zdjęcia, w tym przypadku dzieł sztuki. Tutaj każdy może być kolekcjonerem (wirtualnym). Na rynku polskim niewiele instytucji zaistniało w świecie wirtualnym. W tym roku powstała firma, która zajmuje się nowymi technologiami dla muzeów i instytucji kultury – Moiseum. Na koncie ma już dwie aplikacje: DailyArt oraz “My Warsaw-Warszawa jest moja”. Ta druga podobna jest do brytyjskiej “Streetmusuem” zaprojektowanej dla Museum of London. Dzięki technologii Rozszerzonej Rzeczywistości użytkownicy polskiej aplikacji mogą przenieść się do Warszawy lat 30 i 40.


Z jednej strony wirtualna przestrzeń to doskonałe i najbardziej naturalne miejsce dla sztuki nowych mediów. Internet jako medium materializuje to co niematerialne, stwarza lepsze możliwości dla prezentacji np. video artu, czy sztuki interaktywnej. Z drugiej strony, wirtualne muzea to możliwość upowszechniania szerszej publiczności klasycznej sztuki. Twórcy Tokio University Digital Museum wyróżniają muzeum cyfrowe i wirtualne. Muzeum wirtualne gromadzi i prezentuje sztukę, natomiast digitalne jest połączeniem realnej instytucji z cyfrowymi możliwościami.


Poza ułatwieniami i nowymi możliwościami jakie oferują wirtualne instytucje kultury, posiadają one swoje wady. Zaczynają podlegać zasadom takim jak rozrywka, czyli np. “klikalności”. Z drugiej strony, kultura i sztuka nie mogą rozwijać się z dala od konsumpcjonizmu i mechanizmów rynkowych. Odrzucenie realiów rynkowych wydaje się też po prostu dosyć naiwną postawą. Pascal Gielen, socjolog sztuki podczas wykładu “Instytucje artystyczne w płaskim świecie”, który odbył się w maju w CSW przedstawił swoją wizję m.in. muzeów w czasach neoliberalizmu. Jego zdaniem, jednym ze sposób na rozwijanie sztuki w obecnych realiach jest udostępnianie jej coraz większej liczbie odbiorców, np. poprzez internet. Marcin Wilkowski, który prowadzi portal historiaimedia.org pisze: “Zwrot cyfrowy oznacza przesunięcie głównego celu edukacji historycznej z wiedzy na relacje z przeszłością oraz akcentuje możliwość ich inspirowania i rozwijania za pomocą narzędzi i zasobów cyfrowych. W żaden sposób nie deprecjonuje druku ani spotkań w fizycznej przestrzeni klasy, siedziby koła historycznego, biblioteki czy muzeum. Nie utożsamia informacji z wiedzą i szanuje podstawowy autorytet instytucji ją wytwarzających. Cyfrowość nie jest tu celem samym w sobie.”

[KP]

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Spalić książki – wypromować bibliotekę

Niedługo poznamy najnowsze badanie dotyczące czytelnictwa w Polsce. Jednak dane wydawców na temat ilości sprzedanych książek, a także wyniki osiągane przez polskie biblioteki nie pozwalają wierzyć, że coś zmieniło się na lepsze. Przypomnijmy, że w poprzednim badaniu aż 56 procent Polaków przyznało, że nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki. Co na to biblioteki? Zazwyczaj niewiele, bo biblioteka to dziś synonim zakurzonych półek z książkami. A to w nich – jak pokazują zagraniczne przykłady – mogłaby zacząć się wielka akcja skutecznej promocji czytelnictwa.

fot. http://www.facebook.com/BookBurningParty

Na uwagę zasługuje niecodzienna prowokacja zorganizowana przez bibliotekę w Troy, mieście położonym w amerykańskim stanie Michigan. Ze względu na kiepską kondycję finansową bibliotece groziło zamknięcie. Zasugerowano podniesienie podatku, z którego dochody zasiliłyby utrzymanie instytucji. Aby uratować miejsce potrzebne było podniesienie podatków o 0,7 procent. Oczywiście od razu uaktywniła się grupa sprzeciwiająca się podwyżce, która już dwukrotnie udaremniła zwiększenie opłat, co doprowadziło do zamknięcia dwóch oddziałów biblioteki. Tymczasem biblioteka w Troy wraz z agencją Leo Burnett Arc Worldwide zainicjowała działalność grupy zachęcającej do głosowania na rzecz zamknięcia biblioteki. Na mieście pojawiły się ulotki, a w mediach społecznościowych posty z hasłem „vote to close”. Kulminacją zamknięcia miała być wielka impreza z paleniem książek, które nie znajdą już dla siebie miejsca: „Book Burning Party”. Na Facebooku pojawiły się  filmy wideo pokazujące stos płonących książek z podpisem: „Wyobraź sobie to razy dwieście tysięcy. Czy to nie jest cool?”. Na Twitterze zapraszano na wielkie ognisko – widowiskową atrakcję. Działanie zyskało niespotykany odzew wśród społeczności lokalnej, mediów regionalnych, później krajowych, a nawet międzynarodowych. Ludzie ubliżali organizatorom akcji nieświadomi prowokacji. Powstał zbiorowy protest przeciwko „Book Burning Party”. Ostatecznie w wyniku głosowania mieszkańcy masowo opowiedzieli się przeciwko zamknięciu biblioteki, zgadzając się na podniesienie podatku.

fot. Divinemissn/Flickr.com/CC BY-NC 2.0

Mimo licznych pomysłów na przyciągnięcie zainteresowania odbiorców, takich jak organizowanie spotkań z autorami, konkursy czytelnicze, interaktywne strony, które pomagają wybrać książkę do czytania ze względu na preferencje, a nawet osobowość, biblioteki wciąż muszą się mierzyć z problemem niskiego poziomu czytelnictwa. Coraz częściej zdarza się, że to nie czytelnik przychodzi do nich, ale one przychodzą do potencjalnego czytelnika. Kilka lat temu w Madrycie głośno było o akcji Bibliometro, czyli bibliotece umożliwiającej wypożyczenie książek na stacjach metra. Pierwsze tego rodzaju miejsce pojawiło się w Chile już w 1996 roku. Z minibiblioteki w Santiago korzysta ponad 75 tysięcy podróżnych, a liczba ta stale rośnie. Przedsięwzięcie uzmysławia, że czytanie można wpisać w szybkie tempo życia w wielkich miastach. „To odwrócenie tradycyjnej koncepcji wypożyczalni książek. Miejsce instytucji-gmachu zajmuje rodzaj punktu usługowego, który jest szybki i wygodny” – przekonywała dyrektorka metra w Santiago de Chile. Podobnego rodzaju przedsięwzięcie podjęte zostało ostatnio w stolicy Rumunii. W metrze w Bukareszcie pojawiła się cyfrowa biblioteka. Cała ściana pokryta została plakatami z tytułami książek. Za pośrednictwem smartfona każdy może zeskanować kod znajdujący się na ścianie, odwołujący do konkretnego tytułu. Dzięki temu można przeczytać fragmenty książek i odsłuchać części audiobooków. Akcja jest zarazem kampanią reklamową sieci komórkowej Vodafone i wydawnictwa Humanistas. To świetny przykład konieczności zmiany myślenia o książce, którą trzeba przenieść w nowy kontekst.  Książka zamknięta w cichej, wyizolowanej bibliotece zamiast pod strzechy musi trafić  w ręce zabieganych użytkowników metra.

[JZ]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Kreatywne miasta – działają w kryzysie?

Fogo to mała wyspa u wybrzeży Nowej Funlandii (Kanada). Mieszkańcy od dłuższego czasu borykali się z kryzysem. Rybołóstwo, kiedyś główne źródło dochodów przestało się opłacać z powodu kurczenia się łowisk i globalizacji. Wyspa liczy obecnie ponad dwa i pół tysiąca mieszkańców i jest jednym z najuboższych terytoriów Kanady. Wkrótce jednak ma się do zmienić za sprawą Fogo Island Arts Corporation. W ramach projektu na wyspie ma powstać sześć artystycznych pracowni, hotel, sala kinowa oraz galeria sztuki. Wszystko po to, aby ściągnąć na Fogo artystów, a potem i turystów z całego świata i odbudować gospodarkę tej małej społeczności.


Fogo – budowa jednego z pawilonów według projektu Todda Saundersa fot. Shorefast Foundation/CC BY-NC-ND 2.0

Jeśli pomysł się sprawdzi i wyspę faktycznie odmieni sztuka, Fogo będzie potwierdzeniem teorii Richarda Floridy. Wedle badacza tzw. klasa kreatywna w dużej mierze przyczynia się do wzrostu gospodarczego regionów. Florida to ojciec „fajnych miast”, a jego teksty to podręczniki do kreatywnej gospodarki. Na jego teorii sektorów kreatywnych wzorowało się wiele regionów. Stan Michigan uruchomił program „Cool Cities”, miasto Detroit – CreateDetroit. Strategie miały prowadzić do zatrzymania młodych ludzi w nie do końca dotąd atrakcyjnych miastach, co z kolei miało prowadzić do wzrostu gospodarczego.

Teorie Floridy realizowano również w Baltimore, typowym postindustrialnym mieście. „What we love” to kampania, której pomysłodawcy zachęcają mieszkańców do mówienia o tym co najbardziej kochają w swoim mieście. Na Twitterze, Facebooku i Pintereście ludzie dzielą się z innymi tym co lubią w Baltimore, wklejają swoje zdjęcia na tle plakatów, które są elementem kampanii. Cała akcja zorganizowana jest przez Live Baltimore, organizację non-profit, która promuje lokalne wydarzenia. W ramach programu Creative Baltimore powstała też fundacja Creative Baltimore Fund. Chociaż finansowana przez urząd miasta ma wspierać niszowe działania w zakresie kultury, sztuki i historii (np. Baltimore Youth Film Festival). Baltimore Collegetown Network to z kolei organizacja zrzeszająca szkoły w mieście. Również ona była zaangażowana w tworzenie wizerunku przyjaznego młodym ludziom miasta. W ramach jej działania stworzono portal, na którym informowano studentów o atrakcyjnych stażach.

Akcja „What we love”, fot. facebook.com/LiveBaltimore.page?ref=ts

Znakiem rozpoznawczym Baltimore są kraby, które można kupić w każdym barze i restauracji. Crabtown Public Art Program wykorzystując tę miejską ikonę zorganizował konkurs na rzeźbę zrobioną ze skorupiaków. Pieniądze ze sprzedaży rękodzieł podczas aukcji były przeznaczone na fundusze wspierające szkoły w Baltimore. Do 2011 roku zebrano 5 milionów dolarów. W ramach akcji „Access Baltimore” bilety muzeów i innych instytucji kulturalnych zostały znacząco obniżone dla młodych ludzi. Program Creative Baltimore ożywił miasto. Wiele działań w miastach na całym świecie zrealizowanych według koncepcji Floridy jest dziś jednak ocenianych negatywnie. Wiele zasłużenie. Detroit, które wpompowało ogromne sumy w przemysły kreatywne nadal bardziej kojarzone jest jako upadłe Motor City, a nie żywe Creative City. Większość „Cool Cities” w stanie Michigan także nie zanotowało wzrostu gospodarczego dzięki sektorom kreatywnym. Florida się nie mylił. Mylą się ci, którzy chcą przemysłami kreatywnymi zastąpić zbyt dużo gałęzi gospodarki. Szczególnie w czasach kryzysu.

[KP]

8 Komentarzy

Filed under Uncategorized