Tag Archives: PR kultury

Słowo ma siłę – co poezja daje promocji i co promocja może dać poezji

Poeta Robert Graves powiedział kiedyś: „Nie zarabia się pieniędzy na poezji, ale nie ma również żadnej poezji w zarabianiu pieniędzy”. Biorąc pod uwagę współczesny rynek wydawniczy i znikomą rolę, jaką odgrywa w nim poezja, można przyznać mu rację – trudno jest z sukcesem sprzedać poezję, a raczej niemożliwe, aby uczynić z niej bestseller. Problem ten dotyczy zwłaszcza młodych poetów. Na listach najlepiej sprzedających się tomów królują wciąż znane od lat nazwiska poetów-legend – Bestsellerem Empiku 2014 została bezkonkurencyjna Wisława Szymborska, a na amerykańskim Amazonie panuje Mary Oliver. Wydawcy – zarówno polscy, jak i zagraniczni rzadko angażują się w promocję tomików poetyckich, nie dostrzegając w nich sprzedażowego potencjału. A jednak poezja jest ważnym elementem wielu akcji promocyjnych. Jako najbardziej skupiony na formie rodzaj literacki i najtrudniej przyswajalna dla przeciętnego odbiorcy forma sztuki słowa poezja w promocji pełni bardzo ważną funkcję – ma nobilitować. Gdy środkiem przekazu w kampanii promocyjnej ma stać się słowo, co może skuteczniej wzmocnić ten przekaz niż właśnie wiersz, w którym każdy wyraz ma niebagatelne znaczenie? Fakt ten dostrzegli zarówno marketingowcy tworzący reklamy, jak i pomysłodawcy kampanii społecznych.

Philadelphia Streets Department przeprowadził kampanię pod nazwą „Unlittter us”. Akcja miała za zadanie propagować dbanie o przestrzeń publiczną, szczególnie pod względem prawidłowej utylizacji i segregacji odpadów. Prosto mówiąc, chodziło o to, by nie zaśmiecać chodników i ulic. Temat, wydawać by się mogło, mało poetycki. A jednak w kreacji outdoorowej zdecydowano się wykorzystać wiersze. Utwory o dość prostym przesłaniu (metafora miasta jako żywego piękna, ziemi obiecanej, odbicia tego, kim są mieszkańcy) i rytmicznej formie zostały umieszczone na billboardach obok ciemnego zdjęcia człowieka z profilu i widocznego w tle korytarza metra. Zderzenie pospolitej twarzy i dość obskurnego miejsca z przekazem wyrażonym w poezji miało na celu przede wszystkim podkreślenie, że temat w istocie nie jest tak banalny. Miasto, ulice, chodniki i korytarze mogą być postrzegane jako piękne, poetyckie, jeśli tylko bardziej o nie zadbać. Wiersze z plakatów miały ukazywać, jak łatwo można „odczarować” zaniedbaną przestrzeń – podobnie jak łatwym jest „zaczarowanie” języka, jeśli tylko przyda mu się inną, bardziej artystyczną formę.

unlitterus

Z kolei „Poetry on the Move” to kampania promująca brytyjski Juice Festival (festiwal artystyczny przeznaczony dla dzieci i młodzieży, zachęcający uczestników do podejmowania twórczej aktywności w zakresie sztuk plastycznych, ale także tworzenia tekstów, również poezji) z 2011 roku. W projekcie wykorzystano wiersze napisane przez dzieci w wieku od 8 do 14 lat, ich tematyka miała dotyczyć olimpiady i sportu. Dzieci zostały sfotografowane w dynamicznych pozach. Twórcy wykorzystali tu zestawienie sztuki słowa ze sportową dyscypliną. Kampania ta miała nie tylko promować samo wydarzenie, ale przede wszystkim ukazywać aktywność artystyczną (poetycką) jako tak samo naturalną i potrzebną dziecku jak fizyczna.

Kolejnym przykładem wykorzystania poezji w projektach o znaczeniu społecznym jest indyjska kampania na rzecz zapobiegania przemocy wobec kobiet z 2013 roku – „Man Against Rape and Discrimination”. Jedna z przeprowadzonych wtedy akcji wiązała się z wierszem napisanym specjalnie na tę okazję przez poetę Javeda Akhtara. Utwór został przetłumaczony na kilka indyjskich języków. Wersję w marathi recytował słynny indyjski krykiecista, Sachin Tendulkar, a telugu gwiazdor Tollywoodu, Maheś Babu. Głównym symbolem akcji były wąsy, z którymi fotografowali się wszyscy popierający jej postulaty. Wykorzystanie wiersza było dodatkowym elementem. Utwór stanowiący definicję prawdziwego mężczyzny stał się niejako hymnem całej akcji, motywem przewodnim. Forma taka nawiązywała oczywiście mocno do indyjskiej tradycji, w której ściśle sformalizowane teksty odgrywały o wiele większą rolę niż w kulturze europejskiej. Ważny był także fakt, że zaangażowano gwiazdy z dwóch najbardziej uwielbianych przez Hindusów światów: przemysłu filmowego i sportu narodowego – krykieta. Ponownie zatem – nieco paradoksalnie – poezja została wykorzystana jako głos ludu, głos sprzeciwu i wezwanie do zmiany. Analogiczna zależność miała miejsce również w Jemenie, gdzie w 2012 na 63. ścianach Sany pojawiło się graffiti z zacytowanymi słowami znanych postaci świata kultury i nauki, w większości byli to poeci różnych narodowości, których łączyło jedno – humanitaryzm.

marathi-poem-by-sachin-tendulkar-for-farhan-akhtars-mard

Poezja użyta w kampaniach społecznych ma zatem kilka celów: podnosi rangę wydarzenia, ukazuje jego związek z dorobkiem kulturowym, podkreśla najważniejsze aspekty, nadaje słowom moc, dzięki niej przesłanie silniej zapada w pamięć. Twórcy takich kampanii, choć nie jest to ich nadrzędnym celem, promują również czytanie i tworzenie poezji jako takiej – przez ukazanie jej jako języka zdolnego opisywać rzeczywistość, a nawet jako nieodzowny element codziennego życia. Osiągają w ten sposób pośrednio efekt do jakiego dążą artyści tacy jak Robert Montgomery (jego instalacje miały włączać teksty poetyckie do przestrzeni miejskiej) oraz pomysłodawcy kampanii popularyzujących utwory poetyckie w miejscach publicznych, np. środkach komunikacji (kampania British Council z 2012 roku – „Poems on the Undergroung”).

Poezja była też wielokrotnie wykorzystywana w kampaniach promocyjnych dużych marek. Wiele lat temu zrobili to m.in. McDonald’s i Prudetnial. Spośród nowszych akcji posługujących się takim elementem warto przytoczyć dwie: Apple i Tesco. Doskonale przemyślana kampania promująca najnowszy model iPada Air oparta została na cytacie z filmu „Stowarzyszenie umarłych poetów”: „What your verse will be?”. Główny pomysł zasadzał się na stworzeniu następującego ciągu skojarzeń: poezja jest głosem ludzkości, w niej wyraża się wielość i różnorodność ludzkich osobowości, ich pasja i wkład w istnienie świata – tworzenie „własnego wersu” to uczestniczenie w globalnym święcie ludzkości, kreowanie siebie i czegoś, co sprawia, że warto żyć – to osiągnięcia ludzkiego ducha są najważniejsze, ale choć technologia sama w sobie nie wystarcza, może być pomocna w dążeniu do piękniejszych celów – iPad Air jako narzędzie do tworzenia „własnego wersu”. Kampania jest pochwałą poezji jako sposobu wyrażania się pragnień ludzkości, przy jednoczesnym subtelnym ukazaniu niezbędnej roli technologii w tym podniosłym procesie. Film promujący kampanię ukazuje ludzi z różnych stron świata, tworzących sztukę, podróżujących, odkrywających, poszukujących, do wszystkich swoich zadań wykorzystujących nowy model iPada. Towarzyszy im głos Robina Williamsa i słynna kwestia z filmu o umarłych poetach. Uzupełnieniem jest strona internetowa pokazująca historie konkretnych ludzki (muzyków, choreografów, podróżników, sportowców). Wspaniale opracowane graficznie przykłady prezentują nie tylko dokonania poszczególnych osób – ich wersy wpisane do historii ludzkości – ale przede wszystkim konkretny sposób, w jaki wykorzystują oni iPada do realizowania swoich pasji. Ciężar komunikacyjny został położony na elementy podniosłe – poezja, piękno, marzenia, pasja. Sam produkt pojawia się niejako z boku, ale jednak dobitnie. Poetyckie porównania w tej kampanii nobilitują produkt. Apple sprzedaje swoje urządzenie, sprzedając hołd dla osiągnięć ludzkości. Nawet najbanalniejsze użycie iPada zdaje się aktem poetyckim, czymś wielkim i doniosłym, a wszyscy jego użytkownicy – poetami.

Wcześniejsza kampania Apple’a również nawiązywała do formy poetyckiej. Dość długi slogan prezentujący sposób, w jaki projektowane są urządzenia marki Apple (z myślą o odbiorcach, o tym, jacy są, czego pragną, co podziwiają) został zapisany na podobieństwo wiersza. Twórcom zależało na podkreśleniu artyzmu i indywidualizmu: forma poetycka równa się artystycznemu wyglądowi produktów, a osobistość kreacji poety i subiektywizm odczuwania oznaczać ma produkt zaprojektowany, by sprostać indywidualnym potrzebom.

apple_2-2

Znamienne jest, że zarówno w kampanii Apple’a, jak i Tesco pojawiło się to samo zdanie: „This is this”. W obu przypadkach odnosiło się ono do osiągnięć pracowników firmy, którzy dążą do ciągłych ulepszeń swoich usług. Kampania Tesco opierała się na bilbordach i reklamach, w którzy również użyto sloganów formą przypominających lirykę. Zadaniem kampanii było ratowanie wizerunku firmy, który został mocno nadszarpnięty przez serię „wpadek”. Użycie poezji i oparcie kampanii wyłącznie na słowie miało dobitnie pokazać klientom, że firma traktuje swoją zmianę poważnie. Ucieka się do sztuki słowa, by podkreślić wagę przekazu – „To jest to. Zmieniamy się”.

Poezja użyta pośrednio lub bezpośrednio w reklamie nadaje promowanym produktom czy akcjom charakter zdarzeń o znaczeniu uniwersalnym. Sprzedaż lub zachęta do określonego działania pod płaszczem metafory jest zabiegiem nie tylko skutecznym, ale również pozostawiającym miłe przeświadczenie brania udziału w czymś wyjątkowym. Chyba, że mamy do czynienia z celowo ironiczną promocją w stylu pewnej restauracji z Edynburga, która w zamian za krótki wiersz dotyczący jej menu, oferowała 50 funtów rabatu. Poezja do steka? Czemu nie.

Opinie poetów co do wykorzystywania wierszy w reklamie są podzielone. Część z nich uważa, że to degradacja sztuki, dla innych to po prostu forma jej popularyzacji. -Populizm jest dobry. Im więcej słowo znaczy dla ludzi, tym lepiej – podkreśla Nick Toczek, autor wiersza wykorzystanego w kampanii Prudential. -Wiersz, który napisałem w celach reklamowych, jest najbardziej rozpoznawalnym ze wszystkich moich utworów. Zareklamował również mnie – dodaje. Poezja traktowana bywa jako ogólne dobro ludzkości, synonim sztuki i piękna. Te dość romantyczne wyobrażenia są nadal żywe w opinii publicznej. Wynika z nich fakt, że poezja rzadko bywa postrzegana jako produkt, który należy zareklamować. Funkcjonuje częściej po drugiej stronie – jako wartość sama w sobie, która może swoim zbawiennym wpływem podzielić się z produktem. Ma to z pewnością swoje dobre strony – efektem ubocznym takich akcji jest również promocja sztuki pisania wierszy. Jednak jest to działanie zbyt pośrednie, aby można było je uznać za wystarczające. Rynek gotowy na przyjęcie tomów wierszy jest mały, ale szanse na jego zwiększenie istnieją, a raczej istniałyby, gdy spróbować zaryzykować potraktowanie dzieł młodych poetów tak, jak traktuje się powieści – jako produkt. Może czas spróbować odwrócić zależność i spróbować wzmocnić chęć sięgnięcia po wiersze przy pomocy atrakcyjnej promocji i eventów.

[DB]

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Kultura reaguje czyli real time marketing

Żyjemy w czasach instant. Wszystko jest natychmiastowe – wiedza, którą czerpiemy z Google, kontakt ze znajomymi i wszelkie informacje, które do nas docierają. Na tę natychmiastowość musi reagować bardzo szybko również rynek. Real time marketing jest działaniem tak powszechnym, że trudno sobie wyobrazić, że narodził się dopiero w latach 90. Z dnia na dzień odgrywa coraz większą rolę w działaniach marketerów. Jak w wyścigu na najlepszą kreację real time marketingową wypada kultura? Z jednej strony mocno inspiruje, szczególnie popkultura – filmy, seriale, widowiska. Z drugiej – instytucje czy firmy zajmujące się kulturą nieśmiało dają znać o sobie odbiorcom, starając się reagować na bieżące wydarzenia. Kultura nie tworzy na tyle spektakularnych akcji, by były one chętnie odnotowywane w analizach i rankingach najlepszych akcji real time marketingowych. Ale dzieje się coraz więcej.

Oscars

Ubiegły rok zdecydowanie należał do koncernów Samsung i Apple. Wszystko to za sprawą najważniejszego wydarzenia w świecie filmu – Oscarów. Pierwsza z firm sponsorowała oskarową galę. Samsung wydał około 20 milionów dolarów, by to jego logo było widoczne podczas nocy, którą oglądają ludzie na całym świecie, a Samsung Galaxy został zręcznie wpisany w scenariusz gali. Spektakularną kulminacją tej współpracy było selfie zrobione przez prowadzącą Oscary Ellen Degeneres, na którym znalazły się największe gwiazdy kina. Zostało ono udostępnione ponad 5 milionów razy, a później wykorzystane dosłownie przez wszystkich. Setki memów, przeróbek, od Lego przez Simpsonów po świat polityki. Dla większości osób nie ma większego znaczenia jakim telefonem zostało zrobione zdjęcie, jednak branża i uważni obserwatorzy nie mogli nie zauważyć, że prawdziwym zwycięzcą Oscarów 2014 został Apple. Gdy Ellen Degeneres tylko zeszła ze sceny, na backstage’u chętnie fotografowała się swoim iPhonem. I gdy coraz więcej osób pokazywało sobie „najlepsze zdjęcie wszech czasów”, w ślad za nim zawsze podążała „wpadka” Samsunga i prowadzącej. 2015-02-24_11_40_33-hanna_zdanowska_hannazdanowska_twitter

Tegoroczna gala Oscarów przyniosła całkiem ciekawe kreacje na rodzimym rynku. A wszystko to za sprawą „Idy”. Gdy polski film otrzymał Oscara, internet oszalał. Wiele marek w swoich postach na Facebooku, gratulując i dziękując twórcom, próbowało nawiązać do swoich produktów, m.in. Tomasz Ossoliński czy Horror!Horror, których kreacje pojawiły się na czerwonym dywanie. Jednym wystarczyły subtelne odwołania, inni poszli o krok dalej tworząc mocne kreacje, czego najlepszym przykładem jest miasto Łódź, gdzie kręcony był film. Miasto współfinansowało również jego produkcję. Już kolejnego dnia po gali w Gazecie Wyborczej zamieszczona została reklama wpisująca się w kampanię „Łódź pozdrawia”. Akcja była na tyle mocna, że szybko została zauważona przez całą branżę, jako doskonały przykład real time marketingu. tesco

Real time marketing to nie tylko duże akcje, ale przede wszystkim codzienna interakcja z odbiorcą. To właśnie wtedy widać czy marka śledzi bieżące wydarzenia i czy jest tam, gdzie jej klient. Może być to np. komentarz pod postem na Facebooku czy obrazek nawiązujący do trendów. Takie nowinki wykorzystuje doskonale Tesco. Kilka lat temu był to popularny viral z ks. Natankiem. Nieemitowaną w telewizji reklamę obejrzało kilka milionów użytkowników. W ubiegłym roku była to piosenka „Chleb” muzycznego projektu Doroty Masłowskiej – Mister D. W teledysku wystąpiła Anja Rubik, a zarówno projekt, jak i teledysk wywołały spore zamieszanie. Na drugi dzień po premierze teledysku Masłowskiej, na fanpage’u Ekspertów Tesco pojawiało się zdjęcie Krysji idącej po chleb (tekst oryginału – „ja idę, on patrzy”). I choć akcja ta nie wywołała szumu, to jednak Tesco pokazało, że wie, które wydarzenia (także kulturalne) można dopasować do jego oferty i wizerunku. House_of_card_zrodlo_social360

Innym przykładem wydarzenia, na które marka musiała szybko zareagować był wyciek serialu „House of Cards”. Na dwa tygodnie przed oficjalnym rozpoczęciem trzeciego sezonu, na platformie Netflix pojawił się jego pierwszy odcinek. Pół godziny później serial został usunięty, a na Twitterze House of Cards napisało: „Tu Waszyngton. Tutaj zawsze są przecieki. Wszystkie 13 odcinków zostanie udostępnionych 27 lutego”. Zresztą wielu ekspertów podejrzewa, że ta real time marketingowa odpowiedź była efektem celowego wycieku zaplanowanego przez Netflix. Wyciek miał spowodować zainteresowanie serialem, a wtedy wystarczyło poinformować o dacie premiery. Informację udostępniło 25 tysięcy osób. Metropolitan_Museum

Wyraźnie widać, że najwięcej ruchu – inspiracji i akcji – generuje popkultura. Nie jest jednak tak, że kultura nie zabiera głosu. Nie jest po prostu na dyle donośny, by mógł zostać zauważona przez branżę. Choć i tu zdarzają się wyjątki. Portal mdgadvertising.com wśród najlepszych tweetów real time marketingowych 2014 roku wymienia ten umieszczony przez Metropolitan Museum. W minionym roku było naprawdę głośno o Kim Kardashian, a w świecie mediów zaczęło wrzeć, gdy znalazła się na okładce magazynu „Paper”. Internauci prześcigali się w pomysłach na memy i virale, a Metropolitan Museum zamieściło mocny wpis: „W Met również mamy sztukę, która może podbić internet” oraz zdjęcie rzeźby nawiązujące do sesji Kim Kardashian. Real time marketing to obszar, w którym może się jeszcze wiele wydarzyć. Tu nie da się przewidzieć sukcesu – internauci albo coś podchwycą, albo kreacja przeminie bez żadnej reakcji. Takie same szanse mają Samsung, jak i muzea. Skuteczne działanie to często nie kwestia pieniędzy, ale dobrego pomysłu i umiejętności dopasowania go do oferty marki.

[AM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Boski PR – jak promować wiarę

Pierwszy raz od 30 lat odsetek osób uczestniczących w niedzielnych mszach świętych spadł poniżej 40 procent – podał w lipcu Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego. We wrześniu CBOS opublikował badania, z których wynika, że w porównaniu do 2013 roku o 5 procent zwiększył się odsetek Polaków krytycznie oceniających działalność kościoła (teraz wynosi 34 proc.). Powszechnie uważa się, że postępująca laicyzacja Polaków to efekt bogacącego się społeczeństwa i globalizacji. Z podobnymi problemami muszą mierzyć się organizacje religijne na całym świecie. Niektóre z nich, by zatrzymać odpływ wiernych i przyciągnąć nowych, sięgają po narzędzia PR-owe i reklamowe. W końcu – sugerując się książką Bruno Ballardiniego – to Kościół wymyślił marketing*.

Najciekawszy i najbardziej dynamiczny pod tym względem jest rynek amerykański. Strony internetowe ze Stanów Zjednoczonych przepełnione są instrukcjami dotyczącymi boskiego marketingu – od wzorów parafialnych newsletterów, do porad sugerujących w jakiej rubryce lokalnej gazety umieścić reklamę niedzielnego nabożeństwa. „Po co umieszczać reklamę w dziale »wiara«, do którego zaglądają ludzie, którzy już przychodzą na twoje nabożeństwa? Wykup moduł w dziale »rozrywka« i powtórz go czterokrotnie. Sprawdź jaki przyniósł efekt” – radzi portal churchmarketingsucks.com. „Reklama nie zmienia rzeczywistości. Reklama nie nawraca ludzi. Reklama nie doprowadza do rozwoju osobistego i nie zastąpi relacji międzyludzkich. Ale może tworzyć klimat do wzrostu, budować morale, przyciągać nowych odwiedzających i kształtować podejście społeczności do twojego kościoła” – głosi thegoodbookblog.com. W kraju, w którym Kościół Scjentologiczny za jednominutową reklamę w czasie Super Bowl płaci 6 milionów dolarów, tego typu porady nie dziwią. Swoją drogą, reklamy Kościoła Scjentologicznego nie należą do najbardziej subtelnych czy oryginalnych. Są jednak organizacje religijne, które stawiają na bardziej niestandardowe narzędzia i kampanie.

Spot Kościoła Scjentologicznego wyemitowany w trakcie SuperBowl 2014, czyli finału rozgrywek futbolu amerykańskiego z najdroższym pasmem reklamowym w roku

„Jeśli nie rozpoznasz problemu, nie możesz go rozwiązać. Jeśli nikt nie powie ci, że masz szpinak między zębami, jak możesz go usunąć?” – tłumaczył w jednym z wywiadów Stephen B. Allen, dyrektor zarządzający ds. nawróceń odpowiedzialny za jedną z największych religijnych kampanii wizerunkowych w historii. W 2009 roku wysocy przedstawiciele Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (potocznie nazywani mormonami) uznali, że warto walczyć z czymś, co nazwali „problemem percepcyjnym”. Do rozwiązania wizerunkowego problemu mormonów zostały zatrudnione dwie prestiżowe agencje – Ogilvy & Mather oraz Hall & Partners. Badania potwierdziły to, co oczywiste: główne skojarzenia amerykańskiego społeczeństwa z mormonami są negatywne. Kościół uznawany był w 2009 roku za: sekciarski (39 proc. badanych), kontrolujący (38 proc.), konserwatywny (38 proc.), tajemniczy i skryty (28 proc.), antygejowski, seksistowski i dziwny (odpowiednio 24 proc., 20 proc. i 20 proc.). Okazało się również, że respondenci nie byli zainteresowani zmianą swoich poglądów – jedynie 3 procent badanych chciało dowiedzieć się czegoś więcej o Kościele Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, co plasowało mormonów na drugim od końca miejscu (gorzej w badaniu wypadli tylko Świadkowie Jehowy). Autorzy kampanii postawili na komunikowanie trzech głównych wartości – indywidualizmu (respondenci mieli przekonanie, że doktryna kościoła jest mu przeciwna), rodziny (rodzinność to jedyna pozytywna cecha, z którą kojarzyli się mormoni – jako rodzinnych określiło ich 44 procent badanych) oraz służby. Zadecydowano, że strona mormon.org będzie komunikowała pierwszą z nich, w trakcie gdy pozostałe dwie zostaną obsłużone przez osobne projekty.

Jeden z niemal dwustu filmów zrealizowanych w ramach kampanii „I am Mormon”

Kampania „I’m Mormon” rozpoczęła się w 2011 roku i trwa do dzisiaj. Strategia polega na – cytując oficjalne dokumenty kampanii – „utworzeniu jak największej ilości materiałów wideo wysokiej jakości prezentujących życiorysy poszczególnych wiernych”. Oprócz filmów strona mormon.org jest ciągle wzbogacana przez profile wiernych, którzy opisują swoje życie i odpowiadają na pytania. Również wierni z osobna odpowiadają na pytania w sekcji FAQ. „Jestem mormonem, doktorem i ojcem”, „jestem mormonką, nauczycielką i matką”, „jestem mormonką, architektką i uczę się cierpliwości”, „jestem mormonem, piłkarzem i człowiekiem, który dostał drugą szansę” – głoszą tytuły filmów. To, co szczególnie imponuje w przedsięwzięciu mormonów, to skala. Po pierwsze, w ramach kampanii powstało już ponad 175 filmów. Po drugie, kampania osiągnęła ogromny zasięg dzięki budżetowi, który na dziś liczony jest już w dziesiątkach milionów dolarów. Kampania objęła telewizje, przystanki autobusowe i taksówki, a także najważniejszy reklamowy punkt Stanów Zjednoczonych – Times Square.

Efekty? W ciągu dwunastu miesięcy na mormon.org ponad milion użytkowników skorzystało z indywidualnego czatu z wiernymi, po dwóch latach trwania kampanii procent osób chcących dowiedzieć się czegoś więcej o mormonach w grupie najbardziej nieufnych wzrósł z 3 do 13 procent, a pozytywna ocena religii wzrosła o 10 punktów. Specjaliści chwalili konsekwencję twórców, a jednocześnie umiejętność dostosowania się do bieżących wydarzeń. Kiedy na Broadway’u z wielkim sukcesem zadebiutował napisany przez twórców „South Parku” musical „Book of Mormon”, kościół wykupił stałe reklamy w okolicach teatru z podpisem „Spodobał ci się musical? Dowiedz się o nas więcej!” (to samo zrobił też w Londynie, gdy musical doczekał się swojej brytyjskiej wersji). Gdy w 2012 Mitt Romney kandydował na prezydenta (jest mormonem), na mormon.org została uruchomiona specjalna podstrona odpowiadająca na pytania odnośnie wpływu wiary kandydata na przebieg ewentualnej prezydentury. Eksperci od mediów społecznościowych zachwycili się za to szczególną cierpliwością wiernych w odpisywaniu nawet na najbardziej absurdalne pytania zadawane w trakcie czatów – szczególnie w momencie gdy strona przeżyła atak użytkowników artoftrolling.com. „Niektóre z tych dzieciaków to naprawdę niezłe żartownisie. A my lubimy dobre żarty” – komentował ataki dyrektor kampanii, przekonując, że sporo rozmów przechodzi w dyskusje o wierze, kiedy pomysły na trolling się kończą. „I’m Mormon” trwa w najlepsze, twórcy – w związku z efektami – nie planują jak na razie końca. Ostatnio ogłosili, że w nowych filmach z serii nacisk będzie przesuwany z historii jednostek w stronę dylematów egzystencjalnych i dogmatów wiary.

Mormon-ad-billboard

Kampania „I’m Mormon” na Times Square w Nowym Jorku

Co jednak gdy kościół nie ma wielomilionowego budżetu na długofalowe działania? I tutaj znajdą się interesujące przykłady. „Kościół NorthRidge jest dla HIPOKRYTÓW”, „Kościół NorthRdige jest dla KŁAMCÓW”, „Kościół NorthRidge jest dla PRZEGRANYCH” – takie billboardy mogli w 2010 roku zobaczyć mieszkańcy południowego Michigan. Kampania to nic innego jak inicjatywa samego kościoła, a tak właściwie – jego charyzmatycznego pastora, Brada Powella, autora branżowego bestsellera „Change Your Church for Good”. Billboardowa akcja – jak można było się domyślać – wzbudziła kontrowersje w lokalnych mediach, a także w samej społeczności NorthRidge. „Kiedy zajmujesz się posługą, zaczynasz rozumieć że istnieje fałszywy obraz kościoła. Wydaje się, że kościół jest przepełniony ludźmi, którzy uważają, że są lepsi niż inni. Wydaje się, że ludzie uczęszczający do kościoła sądzą, że niepraktykujący są gorsi. Prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy tacy sami. I ci wewnątrz, i ci na zewnątrz, my też jesteśmy przegranymi, kłamcami, hipokrytami” – komentował kampanię Powell.

northridge-church-ad

Jeden z billboardów kampanii kościoła NorthRidge

Kampania odsyłała do specjalnej strony, z której odwiedzający mogli dowiedzieć się więcej o kościele i odwiedzić bezpośrednio stronę NorthRidge. Oprócz 9 billboardów, kampania była przedłużona również na media społecznościowe i reklamy w komunikacji miejskiej. Sam Powell przez ponad dwa tygodnie zajmował się wyłącznie odbieraniem telefonów i odpisywaniem na maile. Wierni NorthRidge zasypali komentarzami stronę kościoła – „jeszcze nigdy tylu znajomych nie zapytało mnie o kościół, do którego chodzę”, „mój syn zapytał mnie dlaczego chodzimy do kościoła dla kłamców, dosyć długo musiałam się zastanawiać jak mu to wytłumaczyć, ale dziękuję, było warto” – pisali. Nie zabrakło też negatywnych opinii, również wśród wiernych. W ostateczności Powell przyznał, że jest zadowolony z efektów. „Chodziło o to, by spowodować dialog. I to się udało” – mówił. Kampania wygenerowała ponad 100 publikacji w mediach prasowych, radiowych i telewizyjnych. W kolejne setki szły posty w mediach społecznościowych, w tym całe artykuły poświęcone refleksjom dotyczących kampanii na blogach. NorhtRidge kontynuuje działalność dla „nowoczesnych chrześcijan”. Kościół odwiedza tygodniowo około 20 tysięcy wiernych.

„Tak naprawdę wiara to lifestyle oparty na bardzo silnych fundamentach” – czytamy na blogu Mateusza Ochmana, autora strony zatytułowanej „Bóg, honor & rock ‚n’ roll”. No właśnie, a gdyby tak promować wiarę i kościół bardziej… lifestylowo?Niekwestionowanym mistrzem tego typu promocji jest Hillsong Church czyli australijski megakościół, który na dzień dzisiejszy posiada już placówki między innymi w Los Angeles, Londynie, Moskwie, Kijowie, Nowym Jorku, Paryżu, Barcelonie i Kopenhadze. „Msza to impreza, na którą jesteś zawsze zaproszony” – głosi powitanie na stronie głównej kościoła w RPA. „Nasze serca lśnią światłem Jezusa mocniej niż jakiekolwiek wielkie światła tego miasta” – czytamy na stronie filii w Los Angeles. „Kościół powinien być jak dom. Chcemy żebyś czuł się u nas jak wśród najbliższej rodziny i został z nami na lunch i kawę po nabożeństwie” – głosi strona świątyni hiszpańskiej. Oto właśnie mistrzowie kościelnego marketingu, dostosowujący przekaz do odbiorcy.

HillSong1

Wybrane ilustracje i zdjęcia z mediów społecznościowych kościoła Hillsong

Na czym polega fenomen Hillsong? W jego działaniach imponuje absolutnie wszystko. Po pierwsze – estetyka stron internetowych i wszelkich możliwych kanałów społecznościowych. Na zdjęciach widzimy uśmiechniętych ludzi spowitych obowiązkowo instagramowym filtrem, młodych brodaczy-hipsterów, modne babcie, jowialnych dziadków. Wchodząc po raz pierwszy na stronę londyńskiego oddziału Hillsong – hillsong.com/london, trudno nawet domyślić się, że chodzi o kościół. W tle imponująca panorama Londynu, następne zdjęcie przedstawia dzieci praktycznie wyjęte z katalogu marki odzieżowej, jako ostatnich widzimy rodziców ubranych według najnowszych nonszalanckich trendów. Idźmy dalej. Okazuje się, że Hillsong operuje trzema zespołami muzycznymi – Hillsong Worship, Hillsong Young and Free i Hillsong United, z czego ten trzeci ma na koncie czternaście albumów, kilkanaście piosenek na australijskich listach przebojów, pierwsze miejsce na liście American Billboard Christian Songs chart, ponad 300 tysięcy osób followujących zespół na Instagramie i 5 milionów polubień na Facebooku.

HillSong2

Wybrane ilustracje i zdjęcia z mediów społecznościowych kościoła Hillsong

Jeśli raz wejdzie się w świat Hillsong, na kilka godzin można zagłębić się w niezwykłą ilość produkowanego przez kościół contentu – oczywiście dostosowanego do współczesnego odbiorcy. Na blogu jednego z członków zespołu znajdziemy np. „99 powodów, żebyś w tym tygodniu poszedł do kościoła” czy „10 rzeczy, jakich nauczyłam się o kierowaniu nabożeństwem” (składnia doskonale znana młodym ludziom z opiniotwórczego portalu BuzzFeed). Najciekawsze artykuły z blogów wszystkich prominentnych członków kościoła można znaleźć na specjalnej stronie Hillsong Colected, a także zamówić miesięcznego newslettera z najciekawszymi artykułami. Memy i cytaty z Biblii i pastorów Hillsong opatrzone są klimatycznymi zdjęciami zachodów słońca w wielkich metropoliach, a ostatnio w związku z nowym albumem Hillsong United została uruchomiona kampania hashtagowa #noothername, która pojawiła się również – tak jak kampania mormonów – na Times Square.

Także w polskim Kościele możemy zauważyć próby lifestylowego podejścia do wiary. Boskie memy produkuje np. fanpage „Bez imprimatur”, a Opactwo Tynieckie proponuje do sprzedawanych książek zakładki z napisem „Keep calm and Ora et labora”. Choć lifestylowcy nie rzadko krytykowani są za spłycanie wiary, trudno nie przypomnieć sobie, że misją kościoła zawsze było i pozostanie docieranie ze swoją dobrą nowiną tam, gdzie to tylko możliwe. Organizacje religijne i kościoły biorą w końcu udział w tym samym wyścigu o uwagę ludzi co komercyjne marki. Widać, że ci, którzy wkładają pracę w promocję, zbierają plony. Czy to etyczne lub czy to wypada – każdy kościół i każdy wierny odpowie na to pytanie sam.

[MM]

*Bruno Ballardini, „Jezus – i biel stanie się jeszcze bielsza. Jak Kościół wymyślił marketing”

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Minimum formy, maksimum efektu – Tumblr w promocji sztuki

Zdaniem ekspertów firmy badawczej Millward Brown dominującym trendem medialnym w 2014 roku będzie – zgodnie z postępującą od lat modą – format mikro. Materiał ma być krótki, treściwy, wyrazisty i multiplikowany na wielu platformach. Najbardziej pożądane będą formy wizualne – zdjęcia i mikrowideo. Przeciętny odbiorca decyduje o atrakcyjności danej w treści w przeciągu 1/20 sekundy, a materiał przykuwa jego uwagę na niewiele dłużej. Największą liczbę „klików” zgarną zatem ci, którzy będę w stanie zainteresować użytkownika poświęcającego na przeglądanie strumienia nowości z internetu jednorazowo zaledwie kilka minut, cudem wyjętych z napiętego harmonogramu codziennych działań. Minimalizm, wizualność i dostępność danej treści na wielu ekranach – oto czego oczekuje dzisiejszy odbiorca. Na gruncie tym wzrasta popularność platform mikroblogowych takich jak Twitter czy Tumblr. „Followersów” i chętnych do „szerowania” zyskują teksty nie dłuższe niż SMS, krótkie nagrania i pojedyncze fotografie.

Tumblr (2)

Tumblr

Założony w 2007 roku przed Davida Karpa Tumblr szybko zdobył sobie popularność, w rankingach plasując się na wysokim miejscu, tuż za Pinterestem, a przed Instagramem. W maju ubiegłego roku został wykupiony przez Yahoo!, co spotkało się z krótkim protestem użytkowników. Obecnie na Tumblerze znajduje się ponad 150 milionów blogów (dane z końca 2013 roku). Zdecydowana większość użytkowników tej platformy to ludzie bardzo młodzi (13-24 lat). Na uwagę zasługuje fakt, że osoby korzystające z Tumblera są wyjątkowo do tego medium przywiązane, spędzają na nim dużo więcej czasu niż użytkownicy Facebooka czy Twittera. Najpopularniejsze formy udostępniania treści na Tublerze to zdjęcia oraz mikroanimacje w postaci GIFów.

Sposobów na wykorzystanie Tumblera w sztuce jest kilka, w zależności od oczekiwanego efektu. Zawsze jednak celem będzie stworzenie wizualnej sieci stymulującej do działania i jednoczącej użytkowników. Najsłynniejszym i odnoszącym najbardziej spektakularne sukcesy kanałem w kategorii „sztuka” na Tumblerze jest blog Museum of Modern Art w Nowym Jorku. W celu pozyskania kolejnej grupy odbiorców MoMA zdecydowało się na jednoznaczne dopasowanie bloga do gustu nastoletniej publiczności – tak, aby nie było wątpliwości, że to platforma silnie stargetowana, dedykowana konkretnemu użytkownikowi, nie zaś pośrednia forma, której egzystencja dowodzi jedynie znajomości aktualnych trendów w social media. Celem, jaki przyświecał twórcom kampanii promocyjnej na Tumblerze, było nie tyle przyciągnięcie młodzieży do fizycznie istniejącego budynku muzeum, co raczej stworzenie wirtualnej sieci jednoczącej i angażującej użytkowników. MoMA Teens to nie miejsce, w którym można po prostu zamieszczać zdjęcia, ale społeczność, z którą odbiorca może się identyfikować, dzięki której może aktywnie uczestniczyć w życiu kulturalnym.

MOMATEENS

MoMA Teens

Sposobem na osiągnięcie autentyczności było pozyskanie twórców treści wprost z grupy docelowej. Tylko nastolatek wie, co naprawdę kręci ludzi w jego wieku – to banalne na pozór założenie stało się kluczem do sukcesu. Jednym z aktywnych „content creatorów” jest dziewiętnastolatka, Alya Albert, zaangażowana w pracę dla MoMA już od dwóch lat. Tumblr był medium, w którym czuła się swobodnie, dlatego rozpoczęcie blogowania dla MoMA nie wymagało przygotowania, stanowiło rodzaj naturalnego przejścia od prywatnej strony do strony instytucji kulturalnej. MoMA Teens przykuwa uwagę jaskrawymi kolorami i wyrazistą grafiką. Strona dzieli się na kilka kategorii: blog, na który składają się posty z zabawnymi obrazkami, oryginalnymi grafikami i GIFami oraz ogłoszeniami o wystawach i inicjatywach podejmowanych przez muzeum; galerię, w której zamieszone są zdjęcia dokumentujące udział młodych ludzi w organizowanych przez MoMA akcjach oraz zakładkę „kursy” pozwalającą na zapoznanie się z aktualną ofertą warsztatów dla nastolatków. Kontent jest starannie dobrany – na czasie, zabawny, ale wciąż nawiązujący do sztuki współczesnej. MoMA udało się uniknąć dwóch poważnych zagrożeń: stworzenia kolejnej strony reklamowej oraz przekształcenia strony w przeciętnego bloga z „klikalną”, ale miałką zawartością. Tumblr zyskał sporą liczbę polubień, jednak dla twórców z pewnością ważniejszy jest fakt, że blog stał się medium rzeczywiście angażującym młodych ludzi w działalność związaną ze sztuką, zyskał status wirtualnej przestrzeni szerzącej idee, z którymi można się utożsamiać.

Tumblr może być także wykorzystywany jako miejsce, gdzie można pokazać te fragmenty kolekcji, które nie weszły w skład oficjalnej wystawy. Treść bloga jest czymś dodatkowym, bonusem dedykowanym osobom, dla których sama wystawa czy zbiór to za mało. Keith Haring Foundation wykorzystało ten pomysł przy okazji wystawy poświęconej pamiętnikom Haringa w Brooklyn Museum. Skany stron, których nie pokazano w gablotach, pojawiały się stopniowo na Tumblerze. Rzecz świetna dla fascynatów – dzienniki można było spokojnie przeczytać, poświęcić im więcej uwagi niż podczas zwiedzania muzeum. Funkcją takiego bloga jest raczej zwiększanie i podtrzymywanie zainteresowania u miłośników Haringa niż pozyskiwanie rzeszy „followersów”. To strategia zupełnie inna niż obrana przez MoMA, mniej spektakularna, ale na swój sposób skuteczna. Wystawa zyskuje na wielkości, staje się elementem ogromnej całości, buduje się wokół niej napięcie dzięki stopniowemu prezentowaniu nowych treści. Tumblr Fundacji Haringa to kolejny przykład bardzo przemyślanej strategii doboru kontentu do ściśle określonej grupy odbiorców.

Keith (2)

Keith Haring Foundation

San Francisco Museum of Modern Art obrało sobie jako cel zaktywizowanie odbiorców. Jednak nie zwykłej młodzieży, lecz kreatywnych, młodych artystów, którzy marzą o zaprezentowaniu swojej twórczości. W każdy piątek na Tumblerze SFMoMa pojawia się dzieło początkującego twórcy. Swoje prace może przesłać każdy za pomocą prostego formularza na stronie. Prezentowane są oczywiście tylko wybrane działa, co podnosi rangę tych, którym się udało. Przesłane prace zebrane są w osobnej zakładce, co wyróżnia je spośród innych materiałów zamieszczonych na Tumblerze. Dzięki tej strategii muzeum może w prosty sposób wspierać mniej znanych artystów, dać im szansę na wyjście z cienia, jednocześnie zaś staje się atrakcyjne dla grupy odbiorców, dla której „piątkowe posty” zyskały status stałego punktu tygodnia. Prosty, niewymagający wielkich nakładów finansowych, pomysł na przywiązanie do bloga stałej grupy fanów.

SFMOMA (2)

SFMoMa

Tumblr daje spore możliwości prezentowania obrazu, to z pewnością medium, które ma szansę stać się jednym z istotnych narzędzi promocji sztuki w obszarze social media. Sprawa nie jest jednak oczywista, a sama regularność w zamieszczaniu treści nie skutkuje. Tumblr wymaga wyraźnego pomysłu, precyzyjnie dopasowanego do grupy odbiorców. Liczy się tu wiele aspektów: odpowiedni dobór treści, podział strony, jej projekt graficzny, autentyczność komunikatu itp. Najważniejsze jednak, by Tumblr był pomyślany jako forma dodatkowych działań, coś zupełnie osobnego, co będzie łączyło się z daną instytucją, ale nie ograniczy się do zwykłej prezentacji. Sztuka zmaga się obecnie z problemem „nieklikalności”. Portale internetowe rezygnują z promowania treści związanych ze sztuką. Z kolei eksperckie posty na blogach, opisy na stronach internetowych czy pieczołowicie uszeregowane zdjęcia znikają w otchłani Internetu. Tumblr jest minimalistyczny, dlatego daje szansę przebicia. Ale odpowiednie wykorzystanie jego potencjału wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Stworzenie profilu zabiera mniej niż minutę, będzie to jednak czas bezpowrotnie stracony, jeśli potraktuje się go jako wariację na temat Instagrama czy Twittera.

[DB]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Flash mob dla kultury, kultura we flash mobach

Już od dziesięciu lat są regularnie wykorzystywane jako narzędzie promocji. Nie zużyły się, nie zestarzały. W pewnym sensie zyskały nowe życie dzięki mediom społecznościowym, są jednymi z najchętniej „szerowanych” materiałów. W teorii ich najważniejszym celem jest dobra zabawa, a głównym wyznacznikiem spontaniczność. W praktyce, dla branży zajmującej się komunikacją, mają stać się skutecznym elementem kampanii. Wyjątkowo chętnie wykorzystywanym we wspólnej promocji instytucji kultury oraz komercyjnych marek.

Za pierwszym flash mobem stał Bill Wasik, ówczesny wydawca magazynu „Harper’s Bazaar”. W 2003 roku w sklepie Macy’s w Nowym Jorku zebrało się blisko 130 zaproszonych przez niego osób. Przedstawiali się jako mieszkańcy jednej komuny, żyjący na przedmieściach Nowego Yorku i pytali o „dywanik miłości”, który chcieli dla siebie kupić. Gdy wywołali spore zamieszanie – wprowadzili w zakłopotanie sprzedawcę i zyskali duże zainteresowanie tłumu – każdy rozszedł się w swoją stronę. Kolejnymi spektakularnymi flash mobami było oddawanie pokłonów wielkiemu dinozaurowi, wystawionemu w jednym ze sklepów na Times Square czy bitwa na poduszki. Dość szybko powstało również wiele organizacji zajmujących się przygotowywaniem flash mobów, takich jak: Improv Everywhere czy SydMob. Z czasem wykształcił się nowy rodzaj flash moba, którego głównym przedmiotem stał się taniec.

Jeszcze kilka lat temu flash moby były opisywane jako wydarzenia, w których głównym medium był telefon komórkowy i SMS, dziś diametralnie się to zmieniło. Facebook czy Twitter są kanałami wymiany informacji o zbliżającym się wydarzeniu i pozyskiwania kolejnych uczestników. Media społecznościowe zapewniają również popularność flash mobom w trakcie i po zakończonym wydarzeniu. Relacje najlepiej sprawdzają się na YouTube, Vimeo, Instagramie i Vine. Media społecznościowe, niczym papierek lakmusowy, pokazują które pomysły są najbardziej trafne. Przykładem jest flash mob zatytułowany „Frozen Grand Central”, który udowodnił, że nietypowe, zaskakujące i zabawne akcje mają duży potencjał by stać się viralami, przyciągając niezliczone ilości odbiorców. Na nowojorskim dworcu Grand Central zebrała się grupa ponad dwustu osób. W tym samym momencie wszystkie zamarły, zmieniając się przy tym w żywe posągi. Akcja, która wywołała spore zamieszanie wśród tłumu obecnego na dworcu, została do tej pory obejrzana na YouTube blisko 34 mln razy.

The T-mobile Dance – jeden z popularniejszych tanecznych flash mobów o charakterze komercyjnym

Siłę tkwiącą we flash mobach szybko dostrzegli specjaliści od marketingu. Za ich sprawą zmienił się wizerunek flash mobów. Ich celem przestała być dobra zabawa, straciły też swoją spontaniczność. Z drugiej strony flash moby kreowane wedle pomysłu marketingowców okazywały się bardzo spektakularne i produkowane z dużym rozmachem. Nadal tkwił w nich duży potencjał na zaistnienie w mediach. Flash mobom inicjowanym przez wielkie marki najbliżej jest do formuły flash mobów tanecznych. W tym wypadku grupa wynajętych statystów, aktorów, piosenkarzy czy tancerzy odgrywa nieoczekiwaną scenę, zaskakując tym samym zebraną publiczność. Jako jeden z najpopularniejszych flash mobów do historii przejdzie najpewniej T-mobile Dance. 15 stycznia 2009 roku główny hol stacji kolejowej w Liverpoolu zamienił się w parkiet, po brzegi wypełniony tancerzami. Na filmiku dokumentującym wydarzenie widać ludzi relacjonujących je przez telefon, robiących komórkami zdjęcia czy filmy. Reklama sieci komórkowej zakończona jest hasłem „Life’s for Sharing” skłaniającym do dzielenia się chwilą. Tak nazywa się również cały kanał T-mobile na YouTube, gdzie można obejrzeć także inne zrealizowane akcje, w tym flash mob mający miejsce na lotnisku Heathrow 27 października 2010 roku. Grupa muzyków odśpiewała a capella kompilację znanych utworów nawiązujących do podróżowania. Przy dźwiękach niezwykłej muzyki witani byli ludzie wracający właśnie z podróży.

Image

Flash mob z okazji powrotu Muzeum Narodowego w Amsterdamie do dawnej siedziby wraz z obrazem Rembranta „Wymarsz Strzelców”, fot. YouTube

Specjalistom od marketingu zaczęły dorównywać instytucje kultury, choć warto dodać, że w wielu wypadkach ich flash moby powstają z inspiracji i we współpracy ze światem biznesu. W kwietniu tego roku w Holandii miały miejsce dwa ważne i długo oczekiwane wydarzenia. Po 10 latach Muzeum Narodowe w Amsterdamie – Rijksmuseum – wróciło do swej siedziby na Placu Muzealnym. Do gmachu projektu Cuypersa powrócił również jeden z największych klejnotów muzealnej kolekcji – „Wymarsz Strzelców” („Straż nocna”) pędzla Rembrandta. Z tej okazji Muzeum wraz z ING (sponsorem instytucji) przygotowało zaskakującą i spektakularną akcję. Za jej sprawą klienci jednego z lokalnych centrów handlowych przez chwilę mogli poczuć się jak mieszkańcy XVII-wiecznego Amsterdamu. W sklepie zainscenizowano pogoń za złodziejem oraz wymarsz gwardzistów z wielkiej bramy. Reżyserowi nie umknęły nawet najdrobniejsze szczegóły, takie jak kura przytwierdzona do pasa kobiety znajdującej się w lewej części obrazu, która podczas wydarzenia była goniona po sklepie. Cała sytuacja kończy się opuszczeniem kurtyny-ramy, zamykającej scenę w żywy obraz Rembrandta, uwieńczoną napisem „Nasi bohaterowie powrócili”.

Jesteśmy Sabadell – flash mob z okazji 130 lat istnienia Banku Sabadell

Choć przywykliśmy do wykorzystania we flash mobach szeroko pojętej muzyki popularnej, to swoje miejsce znalazła tu także muzyka klasyczna. Jak określił to fotograf Chase Jarvis, o wiele przyjemniej ogląda się jej powstawanie, niż słuchanie nagranych już utworów. Nie sposób nie uznać, że podobna idea przyświecała twórcom operowych flash mobów. Tu należy zwrócić uwagę szczególnie na dwa przykłady. Pierwszy z nich miał miejsce w Katalonii. Stu muzyków z Vallès Symphony Orchestra, the Lieder, Amics de l’Òpera i Coral Belles Arts choirs zebrało się na Placu św. Rocha w Sabadell z inicjatywy Banku Sabadell, by uczcić 130 lat jego istnienia. Flash mob zatytułowany został „Jesteśmy Sabadell” i był hołdem złożonym temu miastu. Na początku widzimy jedną samotnie stojącą na środku placu osobę – elegancko ubranego kontrabasistę i położony przed nim cylinder. Przypomina on obecnych na całym świecie ulicznych artystów. Mała dziewczynka wrzuca do kapelusza monetę i to właśnie ten moment, a nie konkretna godzina wyznacza rozpoczęcie „Ody do Radości” Ludwiga van Beethovena. Do kontrabasisty dołączają kolejni muzycy, a także chór i dyrygent. Na YouTube nagranie flash moba zanotowało łącznie 16 milionów wyświetleń.

Flash mob w kopenhaskim metrze, powstały we współpracy Filharmonii w Kopenhadze i Radia Klassisk

Wśród operowych flash mobów warto zwrócić uwagę również na akcję przeprowadzoną przez kopenhaskich filharmoników promującą muzykę klasyczną. W kwietniu 2012 roku na tablicy stacji metra wyświetlono komunikat specjalny dla jednego z pociągów – „Classical special train – enjoy the music”. W jednym z wagonów podróżowali kopenhascy filharmonicy, którzy powitali pasażerów pociągu utworem „Poranek” ze suity „Peer Gynt” Edwarda Griega. Początkowo słychać tylko jeden instrument, lecz nim pociąg dotarł do kolejnej stacji, grała już cała orkiestra. Flash mob powstał z inicjatywy Sjællands Symfoniorkester (Filharmonii w Kopenhadze) i Radia Klassisk. Wśród polskich kulturalnych flash mobów wyróżniał się właściwie jeden – 15 kwietnia 2011 roku Teatr Muzyczny Roma w warszawskich Złotych Tarasach zachęcał do obejrzenia spektaklu „Nędznicy”. Polski flash mob, na tle innych akcji, wyróżnia się wykonaniem mini inscenizacji oraz obecnością gwiazdy – Łukasza Zagrobelnego – znanego szerszej publiczności muzyka i aktora Teatru Muzycznego Roma. Flash mob do tej pory ma blisko 800 tys. wyświetleń. Przy tak dobrym wyniku, aż dziwi, że na rodzimym rynku brak podobnych pomysłów promujących kulturę.

[AM]

3 komentarze

Filed under Uncategorized

Potęga twarzy – celebryta w literaturze i jej promocji

Promocja książki tradycyjnymi metodami nie zapewnia już dziś rynkowego sukcesu. Zauważył to niedawno „Tygodnik Powszechny”, na którego łamach Paweł Bravo pisał, że nawet książki autorów wybitnych, wydawane przez uznane oficyny, promowane są bardziej intensywnie i innymi metodami niż dawniej. Nawet dzieło Gombrowicza samo w sobie się dziś nie obroni. Kurczące się grono osób kupujących książki każe wydawcom szukać nowych sposobów dotarcia do grup docelowych, ale też do nowego odbiorcy, którego nie interesują recenzje, ani krytyka literacka. Ta zresztą coraz mniej obecna na łamach prasy, nie odgrywa już takiej roli, jak dekadę czy dwie temu. W tej nowej sytuacji jako promotor literatury pojawia się celebryta.

Niegdyś rekomendacje książek wystawiali ludzie znający się na nich lub autorytety z dziedziny, w której porusza się autor. Dziś w blurbie często można zobaczyć nazwisko celebryty. Zadanie tej krótkiej rekomendacji jest proste – ma zwiększyć zaufania klienta do produktu, który widzi na półce. Dwa słowa podpisane znanym nazwiskiem stanowią zaproszenie – czytelnik ma nadzieję, że zagłębiając się w książkę, na której widniej magiczne „Genialne! (i odpowiednie nazwisko)”, weźmie udział w uczcie dla wtajemniczonych. Kiedy nauczycielka jogi Mandy Ingber postanowiła wydać książkę, wybór osoby odpowiedniej do wsparcia promocji był oczywisty – zaangażowano jej długoletnią uczennicę z mocną pozycją w Hollywood. Na okładce wydanej w kwietniu 2013 roku nakładem Seal Press „Yogalosophy: 28 Days to the Ultimate Mind-Body Makeover” widnieje kilka zdań podpisanych przez Jeniffer Aniston. Frazy niezbyt odkrywcze, ot proste zachwalanie – „niezwykłe”, „ekscytujące” i „zmieni wasze życie”, ale przecież nie o treść tu chodzi, ale o postać.

cover_yogalosophy

Okładka „Yogalosophy”

Szukając informacji o publikacji szybciej można natknąć się na nazwisko Aniston niż samej autorki. Podobnie, gdy przegląda się materiały graficzne – na większości zdjęć widać uśmiechniętą bohaterkę „Przyjaciół” na tle ścianki z tytułem książki. Autorka pojawia się rzadko i raczej w towarzystwie swej sławnej uczennicy. Można zastanawiać się, czy młodym adeptom jogi wystarczy rekomendacja Aniston. Jeśli tytuł adresowany jest dla laików, jogicznych ignorantów – na pewno. Gdyby jednak ambicją Ingber było stworzenie profesjonalnego przewodnika dla maniaków indyjskiej filozofii, nad zatrudnieniem celebrytki można by się głębiej zastanowić. Czy osoba szukająca rzetelnej publikacji zaufa pozycji, w której treść schodzi na dalszy plan, a największym atutem autorki są znani klienci? Raczej nie. Bądźmy jednak szczerzy – ekspertów w dziedzinie jogi jest niewielu, fanów „Przyjaciół” miliony. Sukces książki Ingber pewny, co potwierdzają statystki Amazona – 34. miejsce na liście najlepiej sprzedających się książek o jodze w historii sklepu.

Czasem nazwisko celebryty nawet w przypadku literatury staje się znakiem jakości. Najsłynniejszym przykładem jest Klub Książki Oprah Winfrey. Znana z talk show prezenterka rozpoczęła działalność dyskusyjnego klubu książki w 1996 roku. Co miesiąc prezentowano i czytano w nim nową pozycję oraz zażarcie o niej dyskutowano. Inicjatywa zyskała rzesze fanów, a wiele z wybranych przez Winfrey tytułów stało się bestsellerami. Wpływ Klubu można było zaobserwować na całym świecie. Książki polecane przez Oprah wchodziły na listy bestsellerów nawet w odległej Brazylii. Przez piętnaście lat działalności omówiono ponad siedemdziesiąt publikacji, a w 2012 roku ruszyła druga edycja, tym razem angażująca platformy internetowe i social media.

Oprah zapowiada Oprah’s Book Club 2.0

Pomysł Klubu Książki okazał się tak ogromnym sukcesem przede wszystkim dlatego, że nie chodziło w nim o sprzedanie książki za pomocą znanego nazwiska, ale o samo czytanie, temat podejmowany przez autora, czy dyskusję jaką wywoływał. Oczywiście najczęściej efektem ubocznym była świetna sprzedaż każdej książki, którą Oprah poleciła. Zadziałał prosty mechanizm – gwiazda wykorzystuje całą siłę swojego wizerunku, nazwiska i popularności, nie próbując jednak przyćmić całkowicie autora i jego tytułu. Taka forma popularyzacji książek trafia do czytelników o różnych wymaganiach: od tych, którym wystarczy prosta rekomendacja znanej osoby, po tych pretendujących do miana znawców. Jedno z polskich wydawnictw postanowiło przenieść pomysł na polski grunt i utworzyło Klub Książki Doroty Wellman. Zasada podobna – znana prezenterka poleca książki. W tym wypadku jednak odpada wariant dyskusyjny. Silniejszy jest też aspekt reklamowy – pani Dorota poleca książki tylko jednego wydawcy.

Celebryta może skutecznie promować nie tylko produkt, ale też samą literaturę lub czytelnictwo. Przykładem jest jedna z najbardziej spektakularnych (i najdłuższych – trwa nieprzerwanie od 1999 roku) kampanii: Get Caught Reading promująca czytanie jako świetny sposób spędzania wolnego czasu. Do akcji wspieranej przez Association of American Publishers przyłączyło się mnóstwo znanych osób, które pozwoliły sfotografować się z książką w ręku. Celebryci, ludzie polityki, sportowcy, a nawet postaci z kreskówek zostały przyłapane na czytaniu. Plakaty ze zdjęciami czytających sław co roku rozwieszane są w całym kraju, może je także zamówić na stronie akcji.

keiraknightly

Keira Knightley i Get Caught Reading, fot. getcaughtreading.org

Po ogromnym sukcesie w USA kampania przeniosła się do Europy, a w 2005 roku miała także swoją polską odsłonę podczas warszawskich Targów Książki (na czytaniu pozwolił się złapać m.in. Lech Wałęsa). Każdej kolejnej kampanii towarzyszy wiele dodatkowych działań, także tych lokalnych, przeprowadzanych w szkołach czy bibliotekach. Kilka miesięcy temu w Polsce wystartowała bliźniacza akcja Fundacji Wisławy Szymborskiej „Niektórzy lubią poezję”. Jej celem jest promowanie czytania poezji, a jej twórcy przekonują, że wiersze są dla każdego, a nie tylko dla polonistów czy krytyków literackich. Inicjatywę wspiera m.in. Tomasz Majewski, Magdalena Cielecka i Anna Komorowska.

W końcu celebryta w literaturze może być nie tylko motorem napędowym promocji, ale też (zazwyczaj wykreowanym przez wydawnictwo) twórcą. Bez znaczenie jest tu fakt, czy dana osoba samodzielnie pisze tekst czy też korzysta z ghostwritera, liczy się nazwisko na okładce i zaangażowanie czytelnika, który przywiązuje się do postaci i jej książkowej serii. Jednym z ciekawszych (i zarazem najbardziej kuriozalnych) przykładów może być historia brytyjskiej celebrytki Katie Price, znanej jako Jordan. Od 2004 roku na jej koncie pojawiło się dziesięć powieści, dwie serie książek dla dzieci oraz pięć autobiografii. Najnowsza „Love, Lipstick and Lies” ukazała się w październiku. Trudno przypuszczać, że życie 35-letniej kobiety jest tak bogate i ciekawe, że potrzeba aż pięciu książek, aby je opisać. Tym, co przyciąga czytelników są oczywiście kontrowersje wokół postaci samej Jordan oraz akcji promujących jej książki, jak ta, podczas której Price pozowała z gigantyczną szminką, ubrana w kostium z własną podobizną. Przypuszczać można, że pod nazwiskiem Price sprzeda się każda pozycja, pod warunkiem, że choć trochę będzie nawiązywała do cukierkowych, kiczowatych i prowokacyjnych stylizacji gwiazdy. Ostatnia książka zajmuje obecnie 24. miejsce w kategorii biografii na Amazonie.

800px-Katie_Price_Jordan

Jordan i jej bestsellery, fot. flickr.com/photos/philip-rosie/

Zupełnie inną postacią, wplecioną w podobny mechanizm, jest rodzima gwiazda-podróżniczka, Beata Pawlikowska. Jej pisarska kariera zaczęła się od książek podróżniczych, czyli słynnej serii „Blondynka w…”. Od 2001 roku ukazało się blisko trzydzieści tytułów z tego cyklu. Po przygodach Blondynki w różnych zakamarkach świata, przyszła kolej na Blondynkę uczącą języków obcych. Wydawcy poszli za ciosem – ktoś, kto jest autorytetem w dziedzinie podróży, musi znać języki, można zatem śmiało wykorzystać jego nazwisko do stworzenia książek językowych.

Równolegle powstawała także seria poradników i książek coachingowych. Ubrana w indyjskie stroje Pawlikowska uśmiecha się z okładki, przekonując czytelnika, że oto nauczy go egzotycznych filozofii, ułatwi jego życie, pozwoli zrozumieć siebie itp. Do tego dochodzą także kalendarze, seria kolekcjonerska z kamieniami energetycznymi, a także książka o prezentach, fotografii i bajki dla dzieci. Głowa może rozboleć od tej różnorodności, a Pawlikowska zdaje się być pisarką płodniejszą od samego Kraszewskiego. W tym wypadku promowanie poszczególnych tytułów nazwiskiem podróżniczki niebezpiecznie zbliża się do absurdu, co zagrozić może autorytetowi Pawlikowskiej i uczynić z niej księgarnianą zmorę, bardziej natarczywą od reklam na YouTube. A nie o taki efekt raczej chodziło specjalistom od marketingu. Podobnie bywa zresztą z wieloma przypadkami korzystania z pomocy celebrytów w promocji książek. Bowiem literatura, nawet ta kiepska, wciąż zachowuje prawo do bycia elementem kultury, a jej odbiorcami kierują bodźce nieco inne, niż te decydujące o wyborze kosmetyków.

[DB]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

To be hype or anti-hype – muzyków sposoby na promocję w sieci i nie tylko

Choć dopiero listopad i jeszcze nie czas na wielkie podsumowania, to branża muzyczna z pewnością zakończy ten rok na plusie. Artyści dostarczają dowodów na to, że oswoili i opanowali internet, czyli medium, które jeszcze kilka lat temu postrzegali jako przyczynę wszelkiego zła i głębokiej zapaści w przemyśle muzycznym. Dziś jest to pole walki o rząd dusz – setek  milionów użytkowników sieci, którzy klikając „like”, generując sieciowy „buzz”, wrzucając zdjęcia „na Insta”, obserwując i komentując poczynania swoich idoli decydują o komercyjnym sukcesie wydawnictw. A serwisy społecznościowe, virale i nietuzinkowe działania guerillamarketingowe wyznaczają główne trendy oraz kanały komunikacji z potencjalnymi odbiorcami.

Już pierwsze dni 2013 roku utwierdziły nas w przekonaniu, że będzie to czas wielkich zaskoczeń na polu działań promocyjnych i marketingowych. Ich symboliczną inauguracją była równie spektakularna co nieoczekiwana jak sam album akcja promocyjna pierwszej od dekady płyty Davida Bowiego. Zainicjowano ją uruchamiając nową stronę www i wydając 8 stycznia – w dniu 66 urodzin artysty –   premierowy singiel „Where are we now”, który już w dniu rozpoczęcia sprzedażny przez iTunes trafił na pierwsze miejsca list przebojów w ośmiu krajach krajach świata. PR-owcy i marketingowcy przypuścili zmasowany atak na fanów – wraz z relaunchem bowie.com wzmożono działania na Facebooku i Twitterze, a Bowie i teledysk do premierowego singla pojawili się we wszystkich newsowych, kulturalnych i muzycznych mediach świata. Sam album „The Next Day” – zwiastowany w Nowym Jorku przez serię tajemniczych plakatów a w sieci przez viralową kampanię nawiązującą do okładki płyty – okazał się najszybciej sprzedającą się płytą pierwszego półrocza 2013, a teraz ma szansę pobić tamten sukces.

Już 5 listopada do sklepów trafi bowiem specjalne wydawnictwo „The Next Day Extra” złożone z CD z „The Next Day”, CD z dodatkowymi dziesięcioma kompozycjami oraz DVD z czterema teledyskami. Pośród nich będzie kapitalny i mroczny klip do remiksu piosenki „Love Is Lost”, który swoją premierę miał w Halloween, a jego nakręcenie domową kamerą i przy użyciu lalek z kolekcji Bowiego kosztowało artystę tylko 12,99 dolarów. Skąd to wiemy? Oczywiście z profili Bowiego w serwisach społecznościowych, które z dnia na dzień odsłaniają kolejne elementy po mistrzowsku skonstruowanej strategii promocyjnej, która pewnie spowoduje w tym roku jeszcze niejedno zaskoczenie i okołoświąteczny szał na Bowiego. Premiera teledysku do „Love Is Lost” zbiegła się zresztą z sieciowym debiutem trailera najnowszej kampanii reklamowej firmy Louis Vuitton. Kampania startuje oficjalnie 7 listopada a jej twarzą będzie rzecz jasna brytyjski muzyk.

Halloweenowa niespodzianka od Davida Bowiego

Kampania albumu „The Next Day Extra” pokrywa się z promocją Vuittona

I to nie koniec festiwalu Bowiego bowiem artysta ma także niemały udział innej genialnej akcji promocyjnej, która jest mocnym przypieczętowaniem tego roku w branży. Mowa o kampanii najnowszego krążka kanadyjskiej formacji Arcade Fire „Reflektor”. Kampania rozwijała się etapami. Pierwszy jej sygnał pojawił się w lipcu na Twitterze, gdzie zespół ujawnił datę wydania pierwszej od 3 lat płyty. Ale na dobre kampania wystartowała w sierpniu i stała się – obok głosu Bowiego brzmiącego w singlowym  „Reflektorze” –  magnesem przyciągającym publiczność. Frontman zespołu Win Butler nazwał akcję „przedziwnym projektem artystycznym”.

Wszystko zaczęło się od akcji wlepkarskiej w Berkeley i powstania gigantycznego murala na Manhattanie. W Nowym Jorku, Londynie, Berlinie i Sydney pojawiały się graffiti z charakterystycznym napisem Reflektor. Kilka dni później zastąpiły je plakaty z tym samym hasłem i adnotacją 9/9/9, która jak się potem okazało oznaczała dzień, miesiąc i godzinę premiery tytułowego singla zwiastującego płytę  „Reflektor”. Kampania chwyciła – użytkownicy serwisów społecznościowych fotografowali graffiti i plakaty, dyskutowali o ciekawej akcji, wrzucali zdjęcia miejsce, w których pojawiły się zapowiedzi krążka na swoje profile. Dociekliwi fani szybko domyślili się, że za wszystkim stoi Arcade Fire i choć muzycy tego nie komentowali, wytwórnia i managerowi milczeli  to nikt nie miał wątpliwości akcja zadziałała dokładnie tak, jak chciał Win Butler – stała się wciągającym  trailerem. Tyle, że nie filmu, a płyty.W internecie wrzało, a twórcy cierpliwie czekali na 9/9/9.

Dokładnie o godzinie 9:00 9 września do sieci trafiły dwa teledyski do premierowego singla. Pierwszy – klasyczny. Czarno-biały klip, w którym członkowie zespołu występują z charakterystycznymi gigantycznymi masko-głowami, wyreżyserowany został przez legendarnego twórcę Antona Corbijna (robił m.in. video dla Depeche Mode, Nirvany i U2). Drugi – interaktywny – był dziełem Vincenta Morisseta. Teledysk zrealizowany przy współpracy z Google umieszczony został na specjalnej stronie: justareflektor.com. Strona działa w oparciu o przeglądarkę Chrome. A kamery internetowe w komputerach lub urządzeniach mobilnych pozwalają widzom wejść do świata „Reflektora” i stać się współautorem efektów wizualnych a przez chwilę nawet aktorem w teledysku, który kręcony był na Haiti.  Kolejnym etapem kampanii było wydanie 23-minutowego filmu wyreżyserowanego przez Romana Coppolę. Film „Here Comes the Night Time”, a właściwie długi wideoklip promujący kilka utworów z płyty ukazał się dokładnie na miesiąc przed premierą krążka. Swoją premierę miał na antenie stacji NBC w popularnym programie Saturday Night Live.
blogKaro
Uruchom przeglądarkę Chrome, kliknij link justareflektor.com i zagraj w teledysku Arcade Fire.

Film jest wyjątkowy nie tylko ze względu na długość, czas i miejsce emisji oraz nazwisko reżysera, ale też na grono gwiazd, które udało się namówić by choćby na kilka sekund pojawiły się w kadrze. Obok aktorów Bena Stillera, Michaela Cery i Zacha Galifanakisa na ekranie oglądać możemy Bono, lidera zespołu U2. Klip kręcony był w Montrealu podczas koncertu zespołu. Co ciekawe, ów koncert odbył się w tajemnicy, a zapowiadały go plakaty nikomu nieznanego zespołu The Reflektors. Nagrodą dla fanów Arcade Fire, którzy zgadli kim są The Reflektors i zgodnie z życzeniem grupy założyli na koncert specjalne kostiumy, był udział w powstawaniu teledysku. Z działalności The Reflektors wiążą się zresztą kolejne zaskoczenia, które poprzedzały ukazanie się na rynku albumu „Reflektor”, m.in. organizacja koncertów-niespodzianek w Nowym Jorku. Arcade Fire wkroczyli właśnie w najważniejszy dla nich etap promocji płyty – po akcjach w serwisach społecznościowych i internecie oraz partyzanckich działaniach w przestrzeni miast przyszedł czas na bezpośredni kontakt z odbiorcami podczas trasy koncertowej.

Impreza u The Reflektors, czyli gwiazdy promują gwiazdy

Póki co, związana z wydaniem płyty kampania przyczyniła się do gigantycznego sukcesu i medialnej wszechobecności krążka, który sklepach gości od 29 października, a już zdeklasował poważną popową konkurencję (m.in. Katy Perry i gwiazdę sezonu debiutantkę Lorde). „Reflektor” momentalnie wskoczył na pierwsze miejsce UK Charts, czyli brytyjskiego zestawienia najlepiej sprzedających się płyt i jak przewidują specjaliści lada dzień wtargnie na sam szczyt listy Billboard 200 osiągając sprzedaż na poziomie 150 tys. egzemplarzy.

Pozostałe najciekawsze kampanie muzyczne roku 2013

Podchody z Cut Copy

Australijska formacja Cut Copy zaskoczyła swoich fanów nietuzinkową akcją promocyjną, związaną z premierą swojego najnowszego albumu „Free Your Mind” (premiera 5 listopada). Lipcowy etap promocji związany był z singlem „Let Me Show You”, który Australijczycy promowali podczas odbywających się w Chicago targów muzycznych CHIRP Record Fair. Artyści postawili na klasyczną promocję face-to-face pomijając internet i serwisy społecznościowe. I trafili w 10. Fani byli zachwyceni, gdy zobaczyli na targach swoich idoli obsługujących tłocznię do płyt winylowych. Muzycy na miejscu wyprodukowali limitowaną, bo liczącą zaledwie 120 kopii edycję singla. Słuchacze, którzy kupili płytę mogli liczyć także na specjalną grawerowaną na płycie dedykację.

Cut Copy dowodzą, że zarówno oldschool, jak i nowe technologie świetnie sprawdzają się w promocji

Ci, którzy nie załapali się na tę oldschoolową akcję mogli spróbować swoich sił we wrześniowej odsłonie promocji albumu „Free Your Mind”. Tym razem mieli do czynienia z kampanią mocno osadzoną w nowych technologiach. Żeby posłuchać tytułowego utworu z czwartej w dorobku zespołu płyty trzeba się było trochę natrudzić. Premierowego singla można było posłuchać namierzając specjalne billboardy ulokowane w sześciu różnych punktach na świecie – australijskiej mieścinie Moora, w Detroit i Kalifornii na terenie USA oraz w Meksyku, Chile i miasteczku Blaneau Gwent w Walii. Za pośrednictwem Facebooka fani otrzymywali od zespołu wskazówki i współrzędne Google Maps. Dzięki nim wiedzieli, gdzie szukać billboardów, przy których na urządzeniach mobilnych aktywowała się specjalna aplikacja pozwalająca na odsłuchanie premierowego utworu. Większość fanów była zachwycona taką zabawą w muzyczne podchody, część narzekała, że w dniu światowej premiery nie ma dostępu do ulubionej muzyki. Dla nich Cut Copy wyprodukowali teledysk do „Free Your Mind”, którego bohaterem jest gwiazdor serialu „True Blood” Alexander Skarsgard.

Daft Punkt podbija Spotify

Wydanie płyty „Random Access Memories” w maju 2013 było dla francuskiego elektronicznego duetu szansą na efektowny powrót na rynek po kilkuletniej przerwie. Magnesem dla fanów były nazwiska gości, których Daft Punk zaprosili do współpracy: Giorgio Moroder, Julian Casablancas i Panda Bear to tylko garstka z nich. Oczekiwania słuchaczy były ogromne nic więc dziwnego, że gdy na kilka miesięcy przed premierą krążka muzycy zamieścili w internecie okładkę płyty i kilkunastosekundową muzyczną zajawkę, ich strona www była nieosiągalna przez dobrych kilka godzin. Tak wystartowała medialna promocja albumu. Potem było już tylko lepiej. Pierwszy od ośmiu lat singiel, nagrany z Pharrellem Williamsem „Get Lucky” w dniu premiery znalazł się na pierwszym miejscu wśród utworów najchętniej streamowanych przez użytkowników serwisu Spotify. „Get Lucky” okazał się absolutnym numerem jeden spośród wszystkich utworów, jakie debiutowały na Spotify od czasu powstania serwisu w 2008 roku. Kilka minut po premierze singiel trafił na sam szczyt francuskiego iTunes Charts i 3 miejsce US iTunes Charts.

Poza kilkoma billboardami i kilkusekundowymi spotami w programie Saturday Night Live, które na początku 2013 roku reklamowały wydanie „Random Access Memories”, o płycie właściwie nie wiadomo było nic. Wykreowana przez PR-owców atmosfera napięcia i tajemnicy, jaka poprzedzała wydanie płyty doprowadzała fanów do szału. Ograniczona do publikacji kilku prasowych not komunikacja sprawiała, że związane z zespołem i wytwórnią Columbia profile w serwisach społecznościowych przeżywały oblężenie. Fani generowali niezliczone ilości postów i na własną rękę – omijając oficjalne kanały – poszukiwali i rozpowszechniali zdobyte o płycie informacje. Krążek jest na rynku od maja, a w grudniu szykuje się jego reedycja, której towarzyszyć będą specjalne wydawnictwa m.in. na winylu i nośnikach USB.

Yeezus i wysoka sztuka

Kanye West to utalentowany artysta i świetnie wypromowana marka w jednym. Mistrz autopromocji doskonale wie, jak sprzedać słuchaczom swoje muzyczne produkty. A słuchacze kupują je niemal w ciemno wiedząc, że to co West wyprodukuje ma określoną jakość, za którą warto zapłacić każde pieniądze. Dlatego właśnie Kanye mógł pozwolić sobie na obranie strategii minimum, zapewne równie kosztowej jak spektakularne kampanie kolegów po fachu, ale też bardziej intrygującej i dystyngowanej. „Promując ten album nie puszczamy singli do stacji radiowych. Nie robimy kampanii z NBA, nic z tych rzeczy. Cholera, nie zrobiliśmy nawet okładki. Tylko trochę prawdziwej muzyki” – mówił zapowiadając krążek pod mocnym i jednoznacznie kojarzącym się tytułem „Yeezus”. Westowska strategia anti-hype polegała na maksymalnym ograniczeniu informacji o planowanym wydawnictwie. Wprawdzie 1 maja raper zamieścił na swoim Twitterze enigmatyczny wpis „June Eighteen”, który pozwalał spekulować kiedy można spodziewać się jego nowego albumu, ale przez długi czas wiadomość ta nie była potwierdzona.
kanye_yeezus
Tytuł gwiazdy rapu zobowiązuje do skromności. Tak wygląda okładka płyty „Yeezus”

Dopiero na miesiąc przed premierą na oficjalnej stornie Westa pojawiła się okładka i tytuł albumu, który – co rzadko się dziś zdarza – nie był dostępny w przedsprzedaży. Wielkim zaskoczeniem była premiera klipu do zapowiadającego album utworu „New Slaves”, który w połowie maja wyświetlony został na ścianach budynków w 66 lokalizacjach na świecie. Filmy kręcone przez przypadkowych widzów, którzy dokumentowali pokazy „New Slaves” natychmiast obiegły serwisy społecznościowe i zaczęły w sieci żyć własnym viralowym życiem. A West potwierdził, że co prawda jest już gwiazdą popkultury, ale chce też dołączyć do grona twórców sztuki wysokiej, takich, jak polski artysta Krzysztof Wodiczko, który słynie z wykorzystania fasad miejskich budynków do wyświetlania wideoartowych projekcji.

[KSz]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized