Tag Archives: muzeum

Mobile w muzeum przyszłości – kolejny krok

Jeszcze do niedawna wiele muzealnych placówek za punkt honoru stawiało sobie posiadanie własnej aplikacji mobilnej. Na szczęście muzealnicy przekonują się, że aplikacje to nie wszystko. Że solidny pakiet cyfrowych usług, rozbudowana infrastruktura mobilna oraz dobrze zaprojektowane i responsywne strony www przystosowane do wyświetlania na ekranach wszystkich dostępnych urządzeń mobilnych to klucz do sukcesu. W erze mobilnej liczą się też oryginalne pomysły wzbogacające muzealną ofertę i angażujące widzów, dla których tablet czy smartfon to przedłużenie zmysłów – dotyku, słuchu, wzroku. Bo jak mówił przed rokiem w wywiadzie dla muzealnictwo.com Peter Gorgels, Digital Communication Manager w holenderskim Rijksmuseum: „Muzeum powinno zbudować dobrą cyfrową infrastrukturę – na niej można dalej budować, co tylko się chce. Należy pomyśleć o publiczności i o tym, jakie technologiczne trendy – mające sens w kontekście danego muzeum – teraz panują. Nie należy próbować robić wszystkiego naraz, w jednym momencie. Liczy się to, co pokocha 80 procent publiczności”.

Urządzenia mobilne, telefon komórkowy czy tablet, stanowią dziś kombinację wielu wynalazków, które na przestrzeni ostatniego stulecia zrewolucjonizowały takie dziedziny, jak komunikacja, przepływ informacji, rozrywka czy edukacja. Jasper Visser – twórca bloga themuseumofthefuture.com, specjalista od definiowania i wprowadzania zmian oraz innowacji w kulturze, sztuce i muzealnictwie ery cyfrowej – twierdzi, że te instytucje, które w obliczu społecznych i technologicznych zmian ostatnich dziesięcioleci nie poniosły porażki i dostosowały się nowych realiów, w kolejnych dziesięcioleciach będą stały przed szeregiem wyzwań, warunkujących ich „być albo nie być”. Ci, którzy nie dostosują się do dynamiki zmian z pewnością wkrótce zmuszeni będą zakończyć działalność. Muzea, które wciąż kojarzą się z instytucjami „z innej epoki” stają więc przez zadaniem, które polega nie na tym, by utrzymać bezpieczne status quo, ale na budowaniu nowoczesnego wizerunku i oferty w oparciu o permanentny kontakt i interakcję z publicznością. Muzeum musi stać się instytucją social, zarówno w sensie społecznym, jak i technologicznym.

Prześledziliśmy dokonania trzech instytucji, które w tej dziedzinie są w swojej branży pionierami. I doskonale opanowały trudną sztukę traktowania mobilnej usługi nie w kategoriach jednorazowego produktu, ale narzędzia służącego do budowania szerokiego, kompletnego i komplementarnego zestawu usług. Opartego na solidnym researchu i badaniach dotyczących zachowań oraz preferencji publiczności, dostosowanego do jej potrzeb. Instytucje te bezustannie poszukują innowacyjnych dróg do poprawienia jakości komunikacji i interakcji między muzeum, jego ofertą, zbiorami i zasobami, a publicznością.

RIJKSMUSEUM i RIJKSSTUDIO

Od czasu hucznego otwarcia (w kwietniu 2013) po 10-letniej remontowej przerwie, Rijksmuseum bije rekordy popularności. Pod koniec 2013 roku miało na koncie już 2,5 miliona zwiedzających i mogło się poszczycić jedną z najznakomitszych oraz najmocniej angażujących publiczność stron internetowych w muzealnym świecie. „Wierzymy w siłę arcydzieł zebranych w naszej kolekcji. Wierzymy też, że należą do naszego wspólnego dziedzictwa i że w każdym z nas drzemie artysta”. Taka myśl przyświecała szefowi kolekcji Rijksmuseum Taco Dibbitsowi, który wprowadzał na muzealny rynek rewolucyjny produkt – Rijksstudio. Rijksstudio wystartowało dokładnie dwa lata temu, pod koniec października 2012 roku. To innowacyjna strona www (responsywna i działająca na urządzeniach mobilnych dokładnie tak jak aplikacja), za pośrednictwem której muzeum bezpłatnie udostępnia przeglądającym www ogromną część swojej kolekcji. Łącznie ponad 150 tysięcy zdjęć wysokiej rozdzielczości, które można oglądać „na zoomie” z dokładnością do najdrobniejszego szczegółu. Każdy z użytkowników Rijksstudio może założyć na stronie własny profil – przypominający profile na Pinterest. Przeglądane zdjęcia kolekcji – obrazów, przedmiotów codziennego użytki, rycin i grafik – można poddawać przeróżnym zabiegom. Wycinać ulubione elementy, robić kolaże i pobierać na dysk, drukować i produkować w dowolnej formie – samodzielnie robić pocztówki, nadruki na koszulkach, etui na telefon czy tablet. W trakcie zwiedzania muzeum można zaś za pomocą specjalnej aplikacji oznaczać wybrane dzieła i zapamiętywać je jako „ulubione” na własnym profilu.

Muzeum zaprosiło w ten sposób swoją publiczność do interakcji. I spotkało się ze znakomitym przyjęciem – zarówno ze strony zwiedzających jego stacjonarną, jak i wirtualną odsłonę. Statystyki mówią same za siebie. Przez pierwsze trzy miesiące funkcjonowania Rijksstudio założono 32 tysiące profili, pobrano ponad 110 tysięcy zdjęć, a liczba odwiedzających stronę wzrosła o 35 procent. Co ciekawe, zwiększył się też czas spędzany przez indywidualnych użytkowników na stronie www – przed uruchomieniem Rijksstudio wizyta na www trwała średnio 3 minuty, po uruchomieniu – już 10 minut. Szczególnie upodobali sobie stronę użytkownicy iPadów – oni spędzali na stronie najwięcej czasu, średnio 19 minut. Łącznie, po uruchomieniu nowej strony www liczba użytkowników przeglądających ją na urządzeniach mobilnych wzrosła o 90 procent. Absolutnym hitem okazało się nawiązanie współpracy między Rijksstudio a platformą Etsy (od lutego 2014). Muzeum zachęcało projektantów skupionych wokół platformy do twórczego przetwarzania motywów z udostępnionych w Rijksstudio dzieł. I tak powstała np. kolekcja bielizny z elementami dekoracyjnymi z XVII-wiecznych obrazów, obuwie, biżuteria i ubrania oraz ceramika wykorzystująca motywy z muzealnych eksponatów. W przedsięwzięciu nie chodziło o to, by muzeum zarabiało na udostępnianiu praw do wykorzystania dzieł, ale o to by poprzez upowszechnianie zbiorów poszerzać grono odbiorców sztuki i zachęcić ich do odwiedzenia placówki.

IMPERIAL WAR MUSEUM I CENTENARY CONNECTIONS

2014 rok to szczególny czas kiedy w całej Europie galerie, muzea i instytucje zajmujące się historią oraz kulturą, na swój sposób upamiętniały wybuch I wojny światowej. Z inicjatywy Imperial War Museum North w Manchesterze (jednego z pięciu oddziałów Imperial War Museum) doszło do zawiązania współpracy między 26 galeriami, muzeami, bibliotekami i instytucjami ulokowanym na terenie hrabstwa Greater Manchester. Współpraca ta miała na celu udostępnienie szerokiej publiczności, zasobów – archiwów, opowieści, artefaktów – dzięki którym współcześni odbiorcy mogli lepiej doświadczyć czym była I wojna światowa oraz przekonać się, w jaki sposób odcisnęła swoje piętno na mieszkańcach i terenach należących do hrabstwa. Taka była idea Centenary Connections – aplikacji i strony www, największego tego rodzaju projektu muzealnego w Wielkiej Brytanii. Jej twórcy zebrali setki tysięcy danych wyciągniętych z archiwów lokalnych instytucji i przekształcili je w cyfrową podróż po hrabstwie Greater Manchester szlakiem wojennych tropów, pamiątek, wspomnień, listów, zdjęć i fragmentów pamiętników.

blogcc

Korzystając ze strony oraz aplikacji i wybierając na nich konkretną zakładkę (np. Zwierzęta, Linia frontu, Medycyna) można poznać np. historie związane z medycyną w służbie wojny – z ludźmi i miejscami, które służyły pomocą rannym żołnierzom i cywilom w poszczególnych regionach hrabstwa. Można również poznać losy lokalnych bohaterów walczących na froncie. Ciekawostką są np. opowieści o kilkudziesięciu z 16 milionów zwierząt – psów przewodników, wielbłądów, koni – które pełniły służbę podczas wojny. Oczywiście poszczególne historie i obiekty pochodzą ze zbiorów różnych instytucji, dzięki czemu odbiorcy mogą – idąc tropem interesujących ich treści – wybrać instytucję, która ma ich zdaniem najciekawszą, najbardziej kompletną ofertę. Mogą też podzielić się swoimi odkryciami i najciekawszymi historiami z gronem przyjaciół oraz followersów w mediach społecznościowych. Wreszcie, mogą korzystać z aplikacji, jak z klasycznego przewodnika, z którym będą zwiedzać Greater Manchester. Zalogowani użytkownicy mogą stworzyć i przechować na swoich profilach zarówno najciekawsze ścieżki, którymi podążali śladem I wojny światowej, jak również rzeczy, które odkryli dzięki aplikacji. Tym sposobem projekt Centenary Connections połączył potencjał oraz zasoby wielu instytucji i pomógł stworzyć wokół nich społeczność użytkowników zafascynowanych historią.

CLEVELAND MUSEUM OF ART i ARTLENS

ArtLens to inicjatywa amerykańskiego Cleveland Museum of Art, która ma na celu zbudowanie za pomocą nowoczesnych technologii swoistego pomostu między publicznością, a ofertą i zasobami instytucji. Zastosowana technologia – choć efektowna i ultranowoczesna – służy przede wszystkim wytworzeniu określonej interakcji między zwiedzającymi, a zgromadzonymi w muzeum zbiorami. Już pierwszy kontakt z muzeum jest nie lada atrakcją dla publiczności. Słynna Gallery One stanowi preludium do zwiedzania całej ekspozycji. To połączenie sztuki i technologii, które ma zainspirować widzów do wybrania własnego indywidualnego sposobu poznawania muzealnej kolekcji i odkrywania jej skarbów – dzieł Picassa, Rodina czy Chucka Close. Służą temu m.in. interaktywne zabawy, poznawanie faktów związanych z powstawaniem dzieł sztuki, ich pochodzeniem i technikami produkcji. Centralnym punktem galerii jest gigantyczny dotykowy ekran z zamontowanymi stacjami dokującymi, do których podłączyć można iPady z zainstalowaną aplikacją ArtLens. Na ekranie Collection Wall wyświetlają się ponad 4 tysiące obiektów należących do muzealnej kolekcji. Każdy ze zwiedzających może na tym ekranie stworzyć i wyświetlić listę dzieł według słów kluczy, haseł i według nich stworzyć swoją prywatną kolekcję ulubionych muzealnych obiektów.

Zapisując tę autorską kolekcję na iPadzie (własnym lub wypożyczonym z muzeum) wyposażonym w ArtLens stworzyć możemy indywidualną ścieżkę zwiedzania śladem ulubionych prac. Możemy ją udostępnić innym zwiedzającym, możemy też skorzystać z gotowych ścieżek kuratorskich lub ścieżek „zszerowanych” przez innych muzealnych gości. Ipadowa aplikacja daje dostęp do ponad 9 godzin materiałów multimedialnych, wideo, treści audioguide’owych i dodatkowych informacji o muzeum oraz kolekcji. Co więcej, stanowi nieocenioną pomoc, źródło wiedzy i rozrywki zarówno przed, w trakcie, jak i po wizycie w muzeum. Na terenie ekspozycji zwiedzający mogą wykorzystać różne użyteczności oferowane przez aplikację – mają możliwość skanowania dzieł sztuki by uzyskać informacje o tym jak powstawały, o czym opowiadają, poznać sekrety sportretowanych osób, przedmiotów, historii. Ponadto, ulokowane na terenie ekspozycji ekrany pozwalają na „zeskanowanie” mimiki twarzy, gestów i póz osób zwiedzających i dopasowanie ich do konkretnych prac z muzealnych zbiorów.

[KSz]

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Kultura na mobajlu. Sześć inspirujących aplikacji, które warto poznać

Według najnowszego badania TNS Polska w 2015 roku ponad 60% Polaków będzie miało smartfony. Do końca 2014 roku 1,76 miliarda ludzi na świecie będzie posiadaczami tychże, a tempo wzrostu jest imponujące: ponad 25% rocznie. Trudno się dziwić, że w mobilnym świecie swoje miejsce próbuje znaleźć również kultura. Mimo, że aplikacje mobilne to już nie nowinka, ich twórcy ciągle zapominają o podstawach: że aplikacja to nie strona internetowa ani wystawowy katalog, że musi mieć jasno wyznaczony cel i sens użytkowania, i co najważniejsze – że powinna mieć coś, co sprawi, iż użytkownik będzie chciał do niej wrócić. Ponad rok temu prezentowaliśmy ranking polskich aplikacji mobilnych dla kultury, tym razem przyglądamy się zagranicznym – tym wzorcowym i najlepszym, tym najbardziej inspirującym, a także tym pokazującym nowe drogi w rozwoju kultury na mobajlu.

ZDJECIE_JEDEN

Magic Tate Ball i inne aplikacje Tate

„Mieliśmy kilka projektów, ale ten miał w sobie idealne połączenie genialnie prostego pomysłu z idiotyczną nazwą. To wybuchowa mieszanka” – powiedział Ben Templeton, twórca Magic Tate Ball czyli magicznej kuli Tate. To już klasyk w świecie mobajlu, najpopularniejsza na świecie aplikacja wypuszczona przez instytucję kultury – w ciągu czterech miesięcy od powstania została pobrana ponad 100 tysięcy razy przez użytkowników iOS’a, a niedawno za namową fanów została udostępniona również na Androidzie. Jak działa? Jedyne, czego wymaga od użytkownika to potrząśnięcie kulą, czyli telefonem. Na podstawie położenia użytkownika, otaczającej pogody, dnia tygodnia i godziny, a także dźwięków, które usłyszy aplikacja, dopasowuje dzieło sztuki, podaje jego krótką historię i tłumaczy skąd wybór. I tak my wylosowaliśmy „Węża” Henri Matisse’a (ze względu na deszczową pogodę za oknem, kiedy to węże lubią pojawiać się w miejscach publicznych), a przy następnym potrząśnięciu – rzeźbę Mirosława Bałki (to akurat z powodu Warszawy, czyli miejsca, gdzie Bałka ukończył studia).

Magic Tate Ball app

Oprócz prostoty, to, co w Magic Tate Ball imponuje, to ogromne portfolio prac i możliwych kombinacji. Dzieła sztuki zostały oznaczone przez ponad dwa i pół tysiąca tagów, tak by móc wielokrotnie zaskakiwać odbiorców. Aplikacja doskonale pełni funkcję „party trick”, czyli fajnego gadżetu, którym możemy się pochwalić znajomym. Co ciekawe, prace nad aplikacją wcale nie szły gładko. Po sześciu miesiącach pracy twórcy dodali Magic Tate Ball do AppStore’a i spotkali się z odrzuceniem programu przez Apple. Wszystko przez skojarzenie z Magic 8 Ball, czyli popularną zabawką Matella, którą się inspirowali. Apple ze względu na ryzyko naruszenia praw autorskich postanowiło nie wpuszczać kuli do sklepu. Tate zaryzykowało i zagrało wysoko: z oficjalną prośbą o akceptację udało się wprost do zarządu Matella. Kilka miesięcy później święciło już triumfy.

Brytyjskie Tate śmiało można nazwać jednym z najlepszych twórców aplikacji w świecie kultury instytucjonalnej. Oprócz merytorycznych programów pozwalających na pogłębienie znajomości konkretnych artystów czy wystaw, potrafi stworzyć aplikacje dla miłośników lol-contentu.

Dostępność: iOS, Android, Ovi (Nokia)

Zobacz też: Tym, którzy szukają zabawy, polecamy Tate Trumps (bardzo wciągająca gra karciana Tate), Magritte It (prosta aplikacja nakłada na zdjęcia charakterystycznych panów w melonikach surrealistycznego twórcy) i Race Against Time (platformówka, w której przemierzamy świat sztuki kameleonem). Wszystkie firmowane marką Tate.

MOMA czyli idealna apka muzealna

Wielu pracowników instytucji kultury zadaje sobie pewnie pytanie jak powinna wyglądać idealna aplikacja „ogólna”, będąca wizytówką marki. Bardzo dobry przykład może dać aplikacja nowojorskiego MOMA. Program ma wszystko to, czego potrzeba: wyjątkowo czytelną mapę muzeum, katalog prac, przegląd wszystkich wydarzeń odbywających się w danym momencie w instytucji, praktyczne informacje dotyczące cen biletów i godzin otwarcia, opcję udostępniania dzieł sztuki w mediach społecznościowych. Wszystko to okraszone przyjemną i czytelną grafiką oraz intuicyjnym interfacem. Do tego – co rzadkie – otrzymujemy darmowy audioprzewodnik po najważniejszych pracach w kolekcji MOMA, a jest ich naprawdę sporo. To powoduje, że aplikacja jest idealna nie tylko dla tych, którzy wybierają się do muzeum, ale też dla tych, którzy chcieliby pozostać przy kontakcie z samą aplikacją.

ZDJECIE_TRZY

Jeśli uda nam się już przejrzeć i wysłuchać opowieści o wszystkich dziełach sztuki, zawsze są powody by wrócić. Aplikacja jest stale aktualizowana o nowe akwizycje i opisy wystaw czasowych wraz z eksponatami. Co najbardziej imponuje w wykonaniu MOMA, to dbałość o szczegóły: wchodząc do nowej sekcji, użytkowników otrzymuje szybką instrukcję obsługi, prace można powiększać tak by dojrzeć najmniejsze szczegóły, a audioprzewodnik działa także wtedy, gdy przeglądamy akurat inne sekcje aplikacji. Ulubione obrazy i rzeźby możemy zachować w naszej osobistej kolekcji. To wszystko powoduje, że program warto polecić każdemu miłośnikowi sztuki współczesnej.

Dostępność: iOS, Android

Zobacz też: Le Louvre (aplikacja w dwóch wersjach – darmowej i płatnej z pracami w rozdzielczości HD dostosowanej do tabletów), Uffizi (imponujący katalog prac z florenckiej galerii, niestety ze słabą nawigacją), Yours, Vincent The Letters of Vincent Van Gogh (nagrania listów Vincenta Van Gogha – ciekawe i pouczające).

Somebody, czyli aplikacja jako eksperyment społeczny

Miranda July, charyzmatyczna artysta, pisarka i reżyserka kultowego „Ty, ja i wszyscy których znamy” wydaje rewolucyjny komunikator – ta informacja kilka tygodni temu zatrząsnęła światem technologicznych geeków. Somebody opiera się na dość osobliwym pomyśle. W zamierzeniu wiadomość wysyłaną od A do B nie dostarcza aplikacja, ale C, czyli żywa osoba, która znajduje się najbliżej B. Oprócz tekstu do wiadomości możemy dołożyć instrukcję dotyczącą ekspresji naszego komunikatu – wybieramy m.in. między przytuleniem i pocałunkiem, możemy także zaznaczyć czy wiadomość ma być wypowiedziana w formie krzyku lub szeptu. Jeśli zdecydujemy się przekazać komuś wiadomość, otrzymamy ją razem ze zdjęciem adresata i informacją w jakiej odległości od nas się znajduje.

ZDJECIE_CZTERY

Oryginalne? Tak jak autorka aplikacji. Czy się przyjmie? Trudno powiedzieć. W ciągu kilku dni od upublicznienia aplikacja została pobrana 100 tysięcy razy, a na Somebody zarejestrowało się dwadzieścia tysięcy użytkowników. W zamierzeniu ma się sprawdzać w zintegrowanych grupach na określonych przestrzeniach – w liceach, na uniwersytetach i korporacjach. Autorka nie ukrywa, że praktyczność nie była jej głównym celem. „Tak właściwie nie sądzę żeby Somebody miało zastąpić smsy, e-maile lub rozmowy telefoniczne. Chciałabym, żeby zachęciło nas do refleksji nad tym jakie emocje przynoszą nam telefony. Wiem, że nie mogę pozbyć się mojego, ale czy przynosi mi on radość? Radość przynoszą mi przypadkowe spotkania z nieznajomymi – jak pomaganie kobiecie, której wypadły z torby gruszki – to powoduje, że mogę wyjść poza siebie i krzyknąć: ludzkość!” – mówiła w jednym z wywiadów. Jak pokazuje oficjalne twitterowe konto aplikacji użytkownicy faktycznie z niej korzystają. I działa, choć nie idealnie.

Media technologiczne przyznają, że aplikacja jest ciekawa, jednak zamiast komunikatora, pełni raczej funkcję anty-komunikatora. „Zamiast coś ułatwiać, ta aplikacja ci to utrudnia i zachęca cię, byś to ty dawał – swój czas, poświęcenie, baterię w iPhonie, a nawet – pocałunek” – komentuje „San Fransisco Weekly”. Eksperyment trwa.

Dostępność: iOS

Zobacz też: Performr (aplikacja utworzona na wzór gejowskiego Grindra czy powszechnego Tindera, ale pozwala łączyć użytkowników z artystami, którzy wykonują przed nimi jednoosobowy performance).

Capture the museum – gra w muzeum

Grywalizacja to termin, który nie schodzi ostatnio z ust wszystkich, których interesuje zwiększenie zaangażowania odbiorców. Właśnie w stronę grywalizacji poszło National Museum of Scotland, przygotowując aplikację Capture the museum. „Szukaliśmy nowego i innowacyjnego sposobu, który pozwalałby odkrywać muzeum naszym odbiorcom. Mamy wspaniały budynek, ale jego architektura powoduje, że poruszanie się nie należy do intuicyjnych. Tak narodził się pomysł na Capture the museum” – mówią. Na czym polega aplikacja? Odwiedzający muzeum dzielą się na dwie drużyny. Od momentu zalogowania się w aplikacji rozpoczyna się walka o to, która z drużyn zdobędzie muzeum. Użytkownicy skanują obiekty, odpowiadają na serie pytań, otrzymują konkretne zadania, takie jak znalezienie konkretnego eksponatu i zrobienie mu zdjęcia. Drużyna, która wygra najwięcej zadań w danej sali, zdobywa ją. I tak aż do zdobycia całego muzeum.

ZDJECIE_PIEC

Museum of Scotland jest zadowolone z reakcji odbiorców na aplikację. Współtwórcy zapowiadali wdrożenie aplikacji dostosowanych do innych instytucji kultury. Rok temu. Jak na razie nic o nich nie słychać. A wydawało się, że grywalizacja – również kultury – postępuje, a prosty pomysł aplikacji świetnie sprawdził się w praktyce. Chętnie zobaczylibyśmy ludzi biegających z telefonami w jednym z polskich muzeów.

Dostępność: iOS

Biophilia – zdania są podzielone 

Kolejny wyjątkowy projekt islandzkiej artystki Björk. Pierwsza w historii aplikacja, która trafiła do kolekcji MOMA. To również pierwsza aplikacja – „dzieło sztuki”, a także pierwszy album muzyczny będący aplikacją. Użytkownika jednak bardziej niż historyczne rekordy, interesuje to, czy warto wydać na nią ponad 10 dolarów. Zdania do tej pory są podzielone. Biophilia składa się z 10 mini-aplikacji – każda prezentuje osobny ekosystem, pozwala na badanie motywów piosenek, a nawet ich modyfikację. Po całości oprowadza David Attenborough, znany brytyjski popularyzator wiedzy przyrodniczej.

ZDJECIE_SZESC

Biophilia to nie tylko album, nie tylko aplikacja, ale też multimedialny projekt artystyczny. Wielu zarzuciło artystce gadżeciarstwo i tani marketing, inni (i nie tylko fani) zachwycili się możliwościami aplikacjami. „Kiedy pierwszy raz usłyszałem o aplikacji, zacząłem się obawiać, że wizualizacje odwrócą uwagę od muzyki, ale prawda jest taka, że aplikacja przywróciła mi należytą uwagę muzyce – nie można jej po prostu wyłączyć i zajrzeć na Twittera. Przesuwanie palcem po tablecie przypomniało mi dawne czasy, kiedy jako nastolatek dotykałem dopiero co zakupionego albumu. Biophilia przywróciła mi intymność, której brakowało mi ostatnio w kontakcie z muzyką” – pisał Alex Needham w „The Guardian”.

Zanim będziemy w stanie ocenić czy Biophilia stała się „milowym krokiem w dziedzinie przemysłu muzycznego” czy też „desperacką próbą przebicia samej siebie w konkurencji, którą w dodatku samemu się utworzyło”, miną pewnie lata. Jak na razie Biophilia doczekała się swojej wersji na Androida. Kto zastanawia się nad zakupem, warto by pobrał Solstice, czyli darmową aplikację pozwalającą na spotkanie z jedną piosenką z płyty.

Dostępność: iOS, Android

Zobacz też: How It Is, czyli multimedialną wersję instalacji Mirosława Bałki, którą wykonał dla Unieliever Tate Series. Aktualnie jedyna możliwość, by doświadczyć tej instalacji. Warto.

TED i Paris Review, czyli treść przede wszystkim

Jedno z wyświechtanych już haseł marketingowców brzmi „content is the king”. W przypadku niektórych aplikacji sprawdza się idealnie. Z tego też powodu każdy użytkownik kultury mobilnej powinien zapoznać się z co najmniej dwoma aplikacjami: TED i Paris Review. Pierwsza umożliwia dostęp do ponad 1700 wykładów TED w wysokiej rozdzielczości podzielonych na poruszane zagadnienia: od nowych technologii przez relacje erotyczne aż po sztuki wizualne.

ZDJECIE_SIEDEM

Druga aplikacja – Paris Review, oprócz płatnego dostępu do aktualnych i archiwalnych numerów uznanego kwartalnika, oferuje wszystkie wywiady przeprowadzone z pisarzami w znakomitym cyklu „Art of Fiction”. Dodajmy, że są wśród nich pogłębione rozmowy z pisarzami takimi jak William Faulkner, Ernest Hemingway, Nadżib Mahfuz czy Haruki Murakami. Doskonała lektura na wiele godzin. Dlaczego nie mówimy nic o interfejsie aplikacji czy ich dodatkowych możliwościach? Właśnie dlatego, że czasem liczy się po prostu treść. I o tym, twórcy aplikacji – nawet tych najbardziej oryginalnych – powinni pamiętać.

Dostępność: iOS (TED, Paris Review), Android (TED)

Zobacz też: Shakaspeare, czyli dzieła zebrane Williama Szekspira w jednym miejscu.

[MM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Baśń o 177 prywatnych muzeach – kultura, biznes i filantropia w Turcji

Gdy spojrzy się w encyklopedyczne biografie największych tureckich biznesmenów przy niemal połowie nazwisk pojawia się podobna formułka: „przedsiębiorca, filantrop, kolekcjoner sztuki”. Gdy zajrzy się do statystyk muzealnych tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki można w nich wyczytać, że podlega mu 99 państwowych muzeów, natomiast tych, które mu nie podlegają – niezależnych finansowo i administracyjnie jest aż 177. Nie uwzględniając prywatnych kolekcji sztuki, których rok temu naliczono 1204. Ten turecki fenomen jest tym większy, że rozpoczął się niedawno, zaledwie trzy dekady temu, a dziś osiągnął niespotykane na świecie rozmiary. Ważne, że nie chodzi wyłącznie o ilość, ale także, a nawet przede wszystkim, poziom prywatnych instytucji sztuki. Duża cześć prywatnych muzeów to instytucje na najwyższym światowym poziomie, z którymi współpracę chętnie podejmują Tate czy Luwr.

sakip

Jedna z licznych wycieczek szkolnych w Sakip Sabancı Müzesi, fot. Business & Culture

Gdyby porównać historię polskiego i tureckiego muzealnictwa, to należałoby powiedzieć, że to drugie niemal jej nie ma. W 1920 roku w Turcji funkcjonowały raptem cztery muzea: Asar-ı Atika Müzesi (Muzeum Archeologiczne), Evkaf-ı Islamiye Müzesi (Muzeum Islamskie), Askerî Müze (Muzeum Militarne) oraz Müze-i Humayun (Muzeum Imperium Ottomańskiego). Trzy pierwsze działały w Stambule, czwarte miało oddziały w kilku anatolijskich miejscowościach. Żadne nie było muzeum sztuki sensu stricto, choć w każdym można było znaleźć jej elementy. Tureckie muzealnictwo narodziło się dopiero za czasów Atatürka, wraz z powołaniem do życia Republiki. Druga ważna fala nadeszła dla niego w latach 80, gdy po raz pierwszy właściciele wielkich holdingów, ale i mniejsi przedsiębiorcy, zaczęli otwierać własne muzea.

sandberk

Sadberk Hanım Müzesi, fot. Sadberk Hanım Müzesi/Vehbi Koç Foundation

Sadberk Hanım Müzesi było pierwsze. Zostało założone przez Vehbiego Koça, najbogatszego ówcześnie Turka. W ottomańskiej willi nad Bosforem znalazły się imponujące zbiory anatolijskiej sztuki, antyków, dzieł stworzonych nawet sześc tysięcy lat przed Chrystusem. Do dziś bardzo wpływowa rodzina Koç podejmuje wiele działań związanych z kulturą. Jednak to pierwsze dało przykład setkom innych tureckich przedsiębiorców. Mimo globalnego kryzysu, który uderzył także w założone w Turcji – dziś już międzynarodowe firmy – dynamika tworzenia prywatnych muzeów nie maleje. W 2009 roku w Stambule funkcjonowało 40 prywatnych muzeów, w roku 2013 – 43, w Ankarze liczba wzrosła z 31 do 34, w Izmirze z 8 do 11. Oficjalne statystyki Ministerstwa Kultury i Turystki podają, że w ciągu ostatnich trzech lat Turcy pozyskali z zagranicy 4138 dzieł sztuki.

Imponuje nie tylko skala zaangażowania sektora prywatnego we wspieranie sztuki, ale też sposób działania prywatnych instytucji. Wiele z nich zyskało międzynarodową sławę i liczną publiczność. To właśnie prywatna instytucja jest dziś najchętniej odwiedzanym tureckim muzeum. Yerebatan Sarnıcı czyli Cysterna Bazyliki to największa ze starożytnych cystern położonych w podziemiach miasta. W roku 2012 muzeum odwiedziło ponad 1,8 miliona osób. Prywatne muzea sztuki pozostają w tyle, ale i tak notują bardziej niż przyzwoite wyniki. Istanbul Modern to drugie w kraju najchętniej odwiedzane prywatne muzeum. Przyciągnęło ponad 665 tys. odwiedzających, z czego turyści stanowią według różnych szacunków od 30 do 50 procent. Wynik blednie przy liczbie odwiedzających Tate Modern (ponad 5 milionów rocznie). Jednak w porównaniu z muzeami i galeriami sztuki w Polsce robi już wrażenie. Wiodące stołeczne instytucje sztuki współczesnej rocznie odwiedza 200-300 tysięcy osób. Kolejne na tureckim podium znalazły się Miniaturk z ponad 530 tysiącami odwiedzających rocznie, Somuncu Baba Müzesi z 485 tysiącami oraz Sakip Sabanci Müzesi z 253 tysiącami.

IstanbulModern

Istanbul Modern i okolice dawnej przemysłowej dzielnicy, fot. DJ Hoogerdijk/Flickr.com (CC BY-ND 2.0)

Warto jednak wrócić do Istanbul Modern, które choć założone dopiero w 2004 roku zyskało już niemałą światową sławę. Położone w dawnych dokach nad Bosforem przyczyniło się znacznie nie tylko do popularyzacji sztuki współczesnej, ale i kulturalnego rozkręcenia podupadłej dzielnicy Karaköy. Równie ciekawa co historia instytucji jest też opowieść o rodzinie, która powołała ją do życia. Na pomysł założenia Istanbul Modern wpadło trzecie pokolenie biznesowego klanu założonego przez Süleymana Ferit Eczacıbaşıego, zdolnego farmaceutę-przedsiębiorcę. Jego syn Nejat F. Eczacıbaşı w 1954 został współfundatorem Wydziału Biznesu na Uniwersytecie Stambulskim, pełnił funkcję pierwszego prezydenta Turkish Educational Foundation, założył Istanbul Foundation for Culture and the Arts oraz Dr. Nejat F. Eczacıbaşı Foundation. Ostatnia skupiała się na stypendiach dla utalentowanych muzyków, filmowców i artystów oraz sponsorowaniu publicznych szkół oraz instytutów naukowych. Holding rodziny Eczacıbaşı działa w kilkudziesięciu branżach, produkuje m.in. sprzęt sanitarny, leki i oprogramowanie, sprzedaje ubezpieczenia i mieszkania, inwestuje w nowe technologie. Niemal w każdej poświęconej doktorowi Nejatowi nocie biograficznej można przeczytać, że często powtarzał swoim rozmówcom: „Sens życia można najlepiej zrozumieć za pomocą sztuki. Wartości, które najbardziej wywyższają ludzkość to kultura i sztuka”. Istanbul Modern posiada dużą kolekcję sztuki współczesnej z Turcji i regionu. Jej kolejne odsłony można oglądać w części przestrzeni wystawowych. Organizuje też wiele wystaw czasowych. Aktualnie można oglądać ekspozycję poświęconą najnowszej sztuce z Turcji i regionów sąsiedzkich – Bałkanów, Kaukazu i Bliskiego Wschodu.

pera

Pera Müzesi, fot. Luna/Flickr.com (CC BY-SA 3.0)

Skąd bierze się fenomen zainteresowania tureckiego biznesu sztuką próbuje tłumaczyć w najnowszym numerze kwartalnika „Herito” Özalp Birol, dyrektor jednej z najważniejszych w kraju prywatnych organizacji zajmujących się sztuką – Suna and İnan Kıraç Foundation. – Są niezwykle świadomi znaczenia znaczenia i prestiżu – zarówno w kręgach międzynarodowych, jak i w samej Turcji – wynikających z posiadania znaczącej kolekcji dzieł sztuki i otwarcia kompetentnej instytucji z niej związanej. (…) Z zadowoleniem zauważamy, że z każdym dniem prestiżowe instytucje ze świata biznesu kładą większy nacisk na kulturę i wydarzenia artystyczne, podejmując coraz cenniejsze inicjatywy i przydzielając środki na ich wdrożenie – tłumaczy Birol. Zanim został szefem założonej w 2003 roku Suna and İnan Kıraç Foundation przez wiele lat zajmował się sprzedażą i marketingiem, a później także zarządzaniem komercyjnymi markami, pracował m.in. dla Unilever, Nestle i grupy finansowej Yapı Kredi. Fundacja, którą kieruje podejmuje wiele działań z zakresu kultury i nauki. Sfinalizowała powstanie w Stambule wspólnego instytutu badawczego uniwersytetów Harvarda i Boğaziçi, doprowadziła do zdigitalizowania 20 tysięcy cennych ottomańskich manuskryptów.

Ale perłą w koronie Suna and İnan Kıraç Foundation jest Pera Müzesi. Założona w 2005 roku instytucja mieści się w dawnym hotelu Bristol, imponującym budynku w dzielnicy Beyoğlu. W stałej kolekcji znajduje się starożytna anatolijska sztuka, orientalne malarstwo XVII, XVIII i XIX wieku oraz ottomańska i turecka ceramika. Wszystkie prace pochodzą z bogatej, liczącej ponad 20 tysięcy obiektów kolekcji Suny Kıraç (jest córką Vehbiego Koça) i jej męża. Muzeum organizuje też ekspozycje artystów współczesnych, w tym roku m.in. Stephena Chambersa oraz Andy’ego Warhola. Posiada też bogaty program filmowy, nie tylko związany ze sztuką. Wystawy czasowe potrafi odwiedzić nawet 150 tysięcy osób w czasie ich 3-4 miesięcznego trwania. Özalp Birol zwraca uwagę, że muzeum szczególny nacisk kładzie na edukację młodego odbiorcy. Pera Müzesi codziennie odwiedzają dwie zorganizowane grupy szkolne, co daje rocznie 8-10 tysięcy osób. Wstęp dla nich jest darmowy, w przypadku weekendowych zajęć edukacyjnych dla rodzin opłata jest symboliczna i ma pokryć jedynie koszt materiałów wykorzystanych w trakcie warsztatów.

Sakip2

Sakip Sabancı Müzesi, zabytkowa część kompleksu muzealnego, fot. Business & Culture

Mówiąc o prywatnych tureckich instytucjach sztuki trudno nie wspomnieć o Sakip Sabancı Müzesi. Urodzony w rodzinie handlarzy bawełną Sakip Sabancı uchodził za najbarwniejszą i najbardziej lubianą postać tureckiego biznesu ostatnich dekad. Sprowadził nad Bosfor wiele międzynarodowych marek, m.in. sieć Hilton, BNP Paribas i Carrefoura. Sabancı Holding (na tureckich ulicach trudno nie zauważyć przy logotypach wielu globalnych marek charakterystycznych liter „SA” umieszczonych w dwóch niebieskich kołach) to ponad sześćdziesiąt różnych firm. Sabancı mawiał, że jest zły, gdy nazywa się go tylko bogatym, jest szczęśliwy ze swojej hojności. W 1974 roku powstała Sabancı Foundation utrzymująca do dziś ponad 120 ośrodków zdrowia, szkół i centrów kultury. W 1999 roku biznesmen założył Uniwersytet Sabancı. W końcu, dwa lata przed śmiercią, powołał do życia Sakıp Sabancı Müzesi. Na jego stałą kolekcję składa się unikatowy zbiór dawnej sztuki regionu, według wielu najcenniejszy na świecie – 320 ottomańskich i tureckich obrazów oraz ponad 400 przykładów ottomańskiej kaligrafii. Ale w muzeum regularnie odbywają się też wystawy czasowe. Aktualnie trwa „600th Anniversary of Turkish – Polish Relations”. W tym roku można było zobaczyć złożoną z kilkudziesięciu prac ekspozycję dzieł wybitnego brytyjsko-indyjskiego rzeźbiarza Anisha Kapoora. W poprzednich latach Sakıp Sabancı Müzesi gościło imponujące wystawy Picassa, Rodina, Beuysa, Daliego i Rembrandta. Muzeum ściąga do siebie ekspozycje z Victoria and Albert Museum czy Luwru, Przy okazji prowadzi jedną z najlepszych w mieście restauracji, którą dowodzi Peter Gordon, znany nowozelandzki szef kuchni. Placówkę odwiedza rocznie ponad 250 tysięcy osób, znajduje się ono na osiemnastym miejscu najchętniej odwiedzanych muzeów w Turcji. Mimo że wymaga od zwiedzającego nawet godzinnej podróży z centrum miasta – położone jest w urokliwej willi w odległej od śródmieścia, zielonej dzielnicy Emirgan.

Turecki przykład obala często przywoływany w Polsce argument, że na wsparcie prywatnych firm kultura nie może liczyć, ponieważ kraj nad Wisłą, to nie Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, gdzie tradycje filantropii czy sponsoringu są dużo dłuższe, a społeczeństwa bardziej wyedukowane kulturalnie. Turcja to przykład, że sztuka w prywatnych rękach może przyczynić się do rozwoju całego społeczeństwa. I nie tylko. – Wzrost liczby muzeów finansowanych z prywatnych środków, ich interesujące wystawy i towarzyszące im kulturalne czy artystyczne wydarzenia wpłynęły na państwowe muzea i władze. Rozważają one wystawiane swoich cennych kolekcji z zastosowaniem nowoczesnych metod ekspozycyjnych, aby zwiększyć zainteresowanie i liczbę odwiedzających – zauważa Özalp Birol.

[MF]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Getty Museum – czyli jak być skutecznym w social media

Nie przez przypadek co jakiś czas piszemy o funkcjonowaniu instytucji kultury w mediach społecznościowych. Polskie przykłady to wciąż głównie przypadki beznadziejne. Instytucje boją się mediów społecznościowych lub utożsamiają je z Facebookiem. Ich aktywność na najpopularniejszym portalu społecznościowym sprowadza się do publikacji suchych informacji lub wręcz przeciwnie tzw. „LOL kontentu”. Potem wystarczy włączyć promocję postu, pojawia się kilkanaście lajków i kilkudziesięciu nowych fanów. Problem w tym, że nie osiąga się dzięki takiej aktywności niemal żadnego przełożenia na liczbę realnych odbiorców. Nie tylko brak inicjowanych przez instytucje kultury kampanii w mediach społecznościowych, ale też solidnej codziennej aktywności. Jak prowadzić ją dobrze najpełniej pokazuje chyba przykład J. Paul Getty Museum oraz powiązanych z nim fundacji i instytutu badawczego powołanych dzięki zmarłemu przed ponad trzema dekadami amerykańskiemu miliarderowi i filantropowi.

gett
Profil Getty Museum na artbabble.com

Wchodząc na stronę internetową instytucji nie zobaczymy odnośników do Facebooka, czy Twittera. Nie, na pierwszy rzut oka. Trzeba rozejrzeć się po stronie, by w górnym rogu odnaleźć dyskretnie zachęcający napis: „Connect with Us”. Jeśli wystarczająco zachęcony internauta kliknie nań przed jego oczyma pojawią się linki odsyłające do prawie wszystkich wpływowych mediów społecznościowych. Jest Facebook i Twitter, Flickr i Pinterest. Jest nawet Tumbler i blog pod tytułem „The Iris” oraz link do branżowego portalu artbabble.com. Dzieci mogą zajrzeć do muzeum za pomocą whyville.net. Jest to edukacyjna platforma, która oferuje swoim użytkownikom m.in. dostęp do wirtualnego świata, kreowanie własnych postaci i czatowanie. Pod logotypem YouTube widnieją linki do prowadzonych przez muzeum kanałów, a zwolennicy tradycyjnej komunikacji mogą dopisać się do listy mailingowej. Cały ten wysyp możliwości na pierwszy rzut oka może wydawać się chaotyczny. Bywa, że instytucje zakładają profile na wielu platformach społecznościowych, ale nie wszystkie prowadzone są odpowiednio i nie wszystkie daję wymierne rezultaty. W przypadku muzeum Gettyego pracownicy zadbali, by wykorzystywane przez nich media należycie spełniały swoje role. Przykładem tego może być Twitter i ponad 435 000 jego użytkowników obserwujących muzeum, albo strona na Facebooku z ponad 155 000 fanów. W końcu rekordowy Pinterest, dzięki któremu Muzeum zgromadziło ponad 1 127 000 obserwatorów.

Skuteczność komunikacji w przypadku J. Paul Getty Museum opiera się m.in. na zrozumieniu istoty mediów społecznościowych, polegającej na potrzebie przynależności i interakcji. Nie są one wykorzystywane, jak to się dzieje w przypadku wielu podobnych instytucji, do prezentowania zwyczajnych treści reklamowych. Dzięki interaktywnym kampaniom odbiorcy wnoszą własny wkład w życie Muzeum. Mogą w twórczy sposób zaistnieć i poczuć się częścią grupy. Doskonałym tego przykładem jest przeprowadzona za pośrednictwem Facebooka, Twittera, bloga i na końcu YouTuba akcja skoncentrowana wokół arcydzieła Jana Vermeera „Kobieta w błękitnej sukni”. Odbiorcy zostali poproszeni o napisanie swojej wersji rozpoczęcia tajemniczego listu, który kobieta z obrazu trzyma w dłoniach. Reakcja była natychmiastowa i w odpowiedzi muzeum otrzymało ponad 200 tekstów. Niektóre były śmieszne, inne poważne i głębokie. Wybrane fragmenty, przeczytane przez lektora, zabrzmiały w krótkim filmie wideo zamieszczonym na oficjalnym kanale muzeum na YouTubie. Getty Social, czyli południowo-kalifornijski kulturalny tweetup to kolejna inicjatywa, która powstała za pośrednictwem mediów społecznościowych. Miłośnicy sztuki, którzy poznali się w internecie postanowili spotkać się w realu. Muzeum szybko podchwyciło temat, a oddolna inicjatywa zaowocowała zorganizowaniem całodniowej imprezy. Na miejscu uczestników przywitali pomysłodawcy, którzy stanęli na czele czterech grup. Każda z nich penetrowała Muzeum robiąc zdjęcia, kręcąc i udostępniając wideo oraz tworząc wpisy. Wszystkie materiały zostały odpowiednio otagowane (#GettySocial) trafiły do różnych kanałów social media.

gett2
The Iris

Jedną z najmocniejszych aktywności muzeum Getty Museum jest blog „The Iris”. Jego autorzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że pozbawione ludzkiej twarzy, zimne komunikaty są nieatrakcyjne. Muzeum to nie tylko budynek i eksponaty, ale również ludzie. To oni odpowiadają za treść ekspozycji, organizują kulturalne wydarzenia, nadają kierunek. Stanowią cenny kapitał, który również podlega ekspozycji, tyle że w internecie. Blog muzeum pisany jest bowiem przez jego pracowników. Czytając go, dowiemy się nad czym obecnie pracują, zobaczymy filmy i zdjęcia przedstawiające ich liczne i różnorodne działania. Możemy komentować zamieszczane przez nich teksty i spodziewać się odpowiedzi. To właśnie indywidualne historie pracowników i naukowców, oraz ich zaangażowanie sprawiają, że muzeum Getty’ego staje się żywe i atrakcyjne także w mediach społecznościowych. Ponadto „The Iris” funkcjonuje jak tematyczny portal internetowy. Prawie co drugi dzień pojawia się na nim nowy wpis. Tematyka bloga obejmuje niemal całą działalność związaną z funduszem powierniczym Getty’ego. Pisząc o blogowej aktywności muzeum należy również wspomnieć o thegetty.tumblr.com, czyli jego profilu na mikroblogowej platformie Tumblr. Jest on zdominowany przez zdjęcia eksponatów i ich krótkie opisy. W pewnym sensie to lżejsza wersja „The Iris”. Zupełnie inna treść udostępniana przez Getty Musem na platformie Tumblr świadczy o tym, że aktywność instytucji w sieci jest dokładnie przemyślana. Taka polityka różnorodności sposobów komunikacji pozwala zgromadzić dużo więcej różniących się od siebie preferencjami odbiorców.

Na koniec warto też wspomnieć o tegorocznej akcji „Getty Voices”. Jej celem jest wtajemniczenie internautów w to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami instytucji. Co tydzień inny członek społeczności zawodowo związanej z Muzeum staje się jego głosem w mediach społecznościowych. W ten sposób eksperci dzielą się z internautami swoją wiedzą i doświadczeniem, publikują swoje przemyślenia i odpowiadają na pytania. Muzeum przestaje kojarzyć się z martwymi przedmiotami, a interakcja z autorami wpisów buduje emocjonalne przywiązanie do marki. W ten sposób Getty Museum świetnie definiuje sposób, w jaki instytucje kultury powinny korzystać z mediów społecznościowych.

[MP]

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Zjednoczone Emiraty Sztuki

Nad Zatoką Perską zrozumiano, że inwestowanie w sztukę się opłaca.
Pojęli to nie tylko kolekcjonerzy, ale przede wszystkim rządy Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru. Do tej pory kojarzone z piaskiem, ropą naftową
i nieprzyzwoicie bogatymi szejkami kraje mają szansę stać się miejscami utożsamianymi ze sztuką.

30 grudnia w Katarze zostało otwarte pierwsze na świecie muzeum współczesnej sztuki krajów arabskich, Arab Museum of Modern Art. Już dwa lata temu otwarto tam Museum of Islamic Art. Sztuka w ujęciu zachodnim nigdy nie była domeną krajów arabskich. Malarstwo pojawiło się tam właściwie dopiero
w XIX wieku. Ale i tak tworzyła je i interesowała się nim jedynie nieliczna elita.


Dopiero w roku 1986 rodzina królewska Kataru kupiła pierwszy obraz do liczącej dziś sześć tysięcy prac kolekcji. Już w XXI wieku została powołana do życia specjalna instytucja, Qatar Museums Authority, w której władzach zasiada
m.in. były premier Francji (urodzony w Maroku) Dominique de Villepin. Katarczykom pomaga także Jeff Koons, jeden z najważniejszych współczesnych artystów. Katar inwestuje nie tylko w sztukę islamską, ale i zachodnią.

Pod koniec zeszłego roku w Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich odbyły się też drugie Abu Dhabi Art. Dopiero drugie, a media zajmowały się nimi niemal jak Art Frieze w Londynie czy Art Basel, które są imprezami z wieloletnią tradycją. W Abud Zabi pojawiło się 50 galerii z 18 państw. Oczywiście stawiły się najlepsze komercyjne galerie świata, jak White Cube z Londynu czy Zwirner Gallery z Nowego Jorku.

W Abu Zabi powstaje właśnie Guggenheim Museum. Będzie to pierwsze muzeum pod tym szyldem poza Stanami Zjednoczonymi i Europą, a zarazem największe ze wszystkich, które do tej pory powstały. Zaprojektował je słynny architekt Frank Gehry. Osoby odpowiedzialne za politykę kulturalną ZEA dobrze rozumieją, że trudno byłoby zbudować markę nowej instytucji od zera. Trwałoby to latami. Ściągnięcie  Guggenheim do Abu Zabi właściwie rozwiązuje ten problem. Mało tego, budynek Guggenheim Museum ma sąsiadować z Louvre Abu Dhabi. Za 108 milionów euro powstanie pierwszy oddział Luwru poza Francją. I tym razem projekt przygotował uznany architekt, Jean Nouvel. Otwarcie planowane jest na przełomie lat 2012 i 2013. Oba obiekty powstają na sztucznej wyspie, która ma stać się centrum artystyczno-kulturalnym nie tylko samego miasta, ale i całego regionu. A kto wie, w przyszłości może nawet świata.

2 Komentarze

Filed under Uncategorized