Monthly Archives: Luty 2013

Biznes i kultura – niebezpieczne związki

Mecenat kultury – zjawisko znane od wieków i od wieków też cenione. Zarówno przez instytucje kultury, jak i jej konsumentów. Co jednak powinno się zrobić, gdy mecenas popada w tarapaty, kiedy firma hojnie dotująca kulturę musi zmierzyć się z wizerunkowym kryzysem, medialną nagonką czy faktycznymi przewinami? Czy instytucja kultury powinna odrzucić pieniądze? A może wręcz odwrotnie, wtedy właśnie powinna solidarnie stanąć za donatorem? Ostatnie lata pełne były głośnych spraw, w których kultura musiała dokonywać tego typu wyborów. Przyglądamy się kilku z nich.
BP
Logo BP oblane melasą, która swoim kolorem i konsystencją przypomina ropę, fot. Sophie Molins/Flickr.com

Współpraca londyńskiej Tate Gallery i jego sponsora, koncernu paliwowego BP przez wiele lat układała się wzorcowo. Do czasu. Wszystko zmieniło się, gdy w marcu 2010 roku nastąpił wybuch na platformie Deepwater Horizon. W wyniku zajścia do Zatoki Meksykańskiej wyciekło prawie pięć milionów baryłek ropy. Była to największa katastrofa ekologiczna w Stanach Zjednoczonych. To zdarzenie odbiło się niekorzystnie na giełdowej wartości spółki, ale też na wizerunku firmy. Fala krytyki dosięgnęła w końcu także Tate, które od ponad dwudziestu lat było dofinansowywane przez koncern. Krótko po wycieku ropy w muzeum odbywało się przyjęcie, na którym przedstawiciele galerii mieli podziękować BP za wieloletnie wsparcie. Nietrudno się spodziewać, że wobec wydarzeń z Zatoki Meksykańskiej składanie hołdów BP wzbudziło spore oburzenie. W efekcie impreza została zakłócona przez protestujących, a prawie dwustu przedstawicieli świata sztuki podpisało się pod opublikowanym w dzienniku „Guardian” listem, który wyrażał niechęć wobec sponsora. Zdaniem jego autorów mecenat BP miał tylko odwrócić uwagę od szkód, jakie swoim działaniem wyrządzała firma.

Jednak pismo było dopiero początkiem. Do protestów dołączyli ekolodzy. Zorganizowali akcję, podczas której z puszek z logotypami BP wylewali na schody galerii melasę, czyli ciecz, która swoim kolorem i konsystencją przypomina ropę. Inna ich inicjatywa miała miejsce w Turbine Hall. Zieloni przywiązali wtedy martwe ryby do czarnych balonów z helem. Protesty artystów i ekologów silnie oddziaływały na opinię publiczną. Zebrano osiem tysięcy podpisów od miłośników i stałych bywalców galerii, którzy wyrazili swoją niechęć wobec BP. W tej sytuacji dyrektor instytucji zmuszony był wstrzymać współpracę ze sponsorem. Podobnie zrobiły British Museum National Portrait Galery, Royal Opera House. Instytucje bez większego rozgłosu wznowiły współpracę pod koniec 2011 roku. Od koncernu paliwowego dostały na kolejne pięć lat 10 milionów funtów.
Vodafone
Członkowie UK Uncut protestujący pod sklepem Vodafone, fot. Jonathandeamer/Wikipedia.org

BP to nie jedyna firma, która wspiera działania Tate. Latem 2011 roku instytucja ogłosiła, że będzie współpracować z operatorem telefonii komórkowej Vodafone. Na brytyjskim portalu spoonfed.co.uk pojawił się komentarz, że muzeum samo prosi o się o kłopoty. Krótko przed podpisaniem umowy z Tate wybuchła afera dotycząca operatora. Okazało się, że Vodafone nie płacił podatków i jest winien państwu 6 milionów funtów. Choć ostatecznie Urząd Podatkowy i Celny Jej Królewskiej Mości darował firmie przewinę, nie obyło się bez protestów. Tym razem krytyka pojawiła się głównie w internecie. Organizacja UK Uncut, która działa przeciwko omijaniu przez firmy podatków, dokonała aktu sabotażu i zakłóciła internetową Tate Debate sponsorowaną przez Vodafone.

Tate było więc wierne swoim sponsorom, a nawet wspierało ich w kryzysie. Inaczej niż prywatna, mniejsza londyńska Cynthia Corbett Gallery. Miała ona zorganizować konkurs Trafigura Prize. Sponsorem tytularnym nagrody został międzynarodowy koncern handlujący ropą i metalami. Na krótko przed samym konkursem do mediów wyciekły informacje o tym, że Trafigura wylewała toksyczne odpady u zachodnich wybrzeży Afryki. Władze firmy utrzymywały, że substancja chemiczna zrzucona ze statku była niegroźna. „Guardian” za to donosił, że w wyniku skażenia środowiska siarkowodorem zmarło piętnaście osób, niemal siedemdziesiąt trafiło do szpitala, a ponad sto tysięcy znalazło się pod stałą obserwacją lekarzy. Organizator konkursu, Cynthia Corbett Gallery zdecydował się pozbyć sponsora, a nazwę konkursu zmienić na Young Masters Art Prize. Z kolei słynna kolekcjonerka, Anita Zabludowcz od wielu lat miewa problemy z marszandami. Niektórzy regularnie odmawiają współpracy z nią ze względu na fakt, że finansowo wspiera ją teść, założyciel Soltam System, firmy zbrojeniowej, która zaopatruje w broń i amunicję m.in. izraelskie wojsko.

Wizerunkowe problemy ze swoimi sponsorami mają nie tylko instytucje, ale i twórcy. Poeci Alice Oswald i John Kinsella otrzymali nagrodę im. TS Eliota, jednak postanowili się jej zrzec (mieli dostać po piętnaście tysięcy funtów). Wyróżnienie ufundowała bowiem Aurum Funds, firma zajmująca się funduszami hedgingowymi, kojarzonymi ze spekulacjami i uważanymi za jedno ze źródeł kryzysu finansowego. Oswald stwierdził, że poezja powinna kwestionować taką działalność, a nie się pod nią podpisywać. Kilka lat wcześniej nagrodę literacką im. Johna Llewellyna Rhysa odrzucił Hari Kunzru. Brytyjski pisarz stwierdził, że akceptując to wyróżnienie poparłby sponsora, którym była wtedy konserwatywna (a jego zdaniem wprost ksenofobiczna) gazeta „The Mail on Sunday”.

Wbrew obiegowej opinii umowy sponsorskie w ramach CCR (Corporate Cultural Responsibility) generują problemy i ryzyka nie tylko dla tych, którzy wykładają swoje pieniądze. Równie wiele (a może i więcej) do stracenia mają także ci, którzy marką sponsora firmują swoją kulturalną działalność. W niektórych sytuacjach problemy lub błędy donatora przekładają się także na pogorszenie wizerunku sponsorowanej instytucji. Jak pokazują wymienione przykłady, nie tylko firma musi trafnie dobrać beneficjenta, ale także instytucja kultury powinna dobrze wyselekcjonować sponsora. Na dużych pieniądzach może bowiem czasem całkiem sporo stracić.

P.S.

O niebezpiecznych związkach między kulturą i biznesem pisaliśmy już na naszym blogu relacjonując poświęcone im spotkanie z doktorem Mikołajem Iwańskim.

[KP]

Reklamy

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Niepełnosprawni w kulturze – rozwój i wizerunek

Na całym świecie żyje niemal miliard osób niepełnosprawnych. Wraz ze starzeniem się społeczeństw grupa ta rośnie. Nic więc dziwnego, że coraz częściej myśli się i mówi o udostępnieniu instytucji, w tym kulturalnych, osobom niepełnosprawnym. Według międzynarodowej konwencji praw człowieka prawo do kultury powinno być powszechne i stanowi ważny element walki z wykluczeniem i dyskryminacją. Z punktu widzenia instytucji kultury, jeśli weźmie się pod uwagę liczbę dodatkowych potencjalnych odbiorców nie ulega wątpliwości, że korzystnym dla rozwoju i pozytywnego postrzegania instytucji jest otworzenie jej na grupy wykluczone.

Niedawno Zamek Królewski w Warszawie wprowadził program skierowany do osób niewidzących.  Stworzono audioprzewodniki, które umożliwiają oprowadzanie po obiekcie. Specyfiką działania było dostosowanie przekazu do osób, które nie mogą zobaczyć zwiedzanych pomieszczeń, wszystkie opisy przedmiotów zawierały więc bardzo szczegółowe i zmysłowe przedstawienie rzeźb, obrazów czy mebli. Program cieszył się ogromną popularnością, a po pewnym czasie również osoby bez zaburzeń wzroku zaczęły zwracać się do obsługi z pytaniami o słynne audioprzewodniki. Korzyści z nowych udogodnień i otwartości instytucji kultury na wykluczonych mogą czerpać więc wszyscy zwiedzający, bo otrzymują możliwość innego, wzbogaconego obcowania z kulturą. Instytucja zyskuje na wizerunku – jawi się nie tylko jako otwarta i przyjazna, ale i oferująca szeroką gamę doświadczeń. W przypadku Zamku Królewskiego teza znalazła zresztą potwierdzenie także w wypadku dużej ilości doniesień medialnych po udostępnieniu specjalnych audioprzewodników.

Projekt był częścią większego programu społeczno-kulturalnego „Poza ciszą i ciemnością”, który został zainaugurowany w celu włączenia osób niepełnosprawnych w życie kulturalne. Dzięki audiodeskrypcjom oraz udostępnianiu na rożne sposoby tekstów kultury udało się stworzyć warunki umożliwiające niepełnosprawnym samodzielny odbiór sztuki. O powodzeniu mogą świadczyć liczby: w ciągu roku trwania projektu udało się udostępnić 28 spektakli, które obejrzało siedemset osób w dziewięciu polskich teatrach; opracować audiodeskrypcję do ponad dwudziestu filmów – w pokazach uczestniczyły trzy tysiące  osób; wykonać adaptację w trzech muzeach: Muzeum Powstania Warszawskiego, Zamku Królewskim, i na wystawie w Królikarni. We wszystkich przypadkach liczba odwiedzających zwiększyła się dzięki wycieczkom osób niepełnosprawnych. Fundacja Zdążyć z Pomocą otrzymała kilka nagród za program, a biorące udział w projekcie instytucje kultury wymieniane są  jako przykłady nowoczesnych i otwartych.

Inny pozytywnym przykładem może być Muzeum Narodowym we Wrocławiu , które przygotowało wystawę „Polska sztuka współczesna” przystosowaną do potrzeb osób niewidomych.  Stworzono płaskorzeźby obrazów, aby niewidzący mogli je „zobaczyć”, a wszystkie eksponaty można było dotykać. Wypukła żółta linia na podłodze prowadziła po wystawie. Przy stanowiskach znajdowały się też życiorysy malarzy i opisy obrazów w alfabecie Braille’a. Audioprzewodnik zawierał opisy dzieł sztuki uwzględniające kształty i kolory. Zwiedzający z dysfunkcjami wzroku mówili, że wreszcie czują się swobodnie w dużej, nieznanej przestrzeni.

Choć odsetek instytucji kultury myślących o osobach niepełnosprawnych w Polsce rośnie, to cały czas nie jesteśmy wrażliwi na ich potrzeby tak, jak Zachód. Sporą rolę odgrywa tam internet i odpowiednie zaprojektowanie strony internetowej. Zwraca się uwagę na to, aby materiał był dostępny w różnych formach: audialnej i wizualnej. Jeden ze zwycięzców w konkursie „Best of the Web” na najlepszą stronę internetową dostosowaną do potrzeb osób niepełnosprawnych zostało Natural History Museum z Los Angeles. Witryna wyróżniona została między innymi za to, że przy zachowaniu wszelakich udogodnień dla niepełnosprawnych nie traci nic ze swojego nowoczesnego charakteru i unikatowego projektu graficznego. Z kolei londyńska Tate Gallery zapoczątkowała I-map Project. Strona zaprojektowana przy okazji wystawy Picassa i Matissa specjalnie dla osób z problemami widzenia wykorzystywała podniesione obrazy, które można dotknąć po wydrukowaniu na specjalnej drukarce. W Stanach Zjednoczonych sprawę reguluje w dużej mierze rozporządzenie „Americans with disability Act” z 1990 roku. To ono zmusiło teatry do udostępniania spektakli osobom z dysfunkcjami. Niektóre musiały odwoływać pokazy ze względu na brak zainteresowania. Po przeprowadzeniu analizy okazało się jednak, że winą nie był brak zainteresowania, lecz zaniedbanie promocji skierowane do osób niepełnosprawnych. Teatry, które jej nie zaniedbały sprzedawały tysiące biletów.

[JZ]

2 Komentarze

Filed under Uncategorized

Jak ćwierkać w kulturze

„W roku 2013 w ramach około-pucharowych bloków reklamowych SuperBowl CBS wyemitowało 52 spoty. W połowie, bo aż w 26 pojawiły się tagi odnoszące do Twittera. Tylko na 4 planszach skierowano widzów na facebookowy fanpage” – pisał niedawno portal technologie.gazeta.pl, zwracając uwagę na rosnącą popularność ćwierkającego medium społecznościowego. Twitter nieustannie rośnie w siłę – to fakt. Z ostatniego Megapanelu PBI/Gemius wynika, że we wrześniu 2012 roku Twittera odwiedziło niemal półtora miliona polskich użytkowników, o 265 tys. więcej niż rok wcześniej. Dla znacznej części polskich internautów, w tym dla instytucji i osobowości kultury, Twitter pozostaje medium nieoswojonym. Czy słusznie? Impuls każe powiedzieć, że warto być w każdym większym miejscu, gdzie mogą pojawić się nasi odbiorcy. W tym sensie obecność na Twitterze wydaje się uzasadniona. Czy jednak dodatkowa praca związana z obsługą konta przyniesie realne korzyści w postaci większej liczby odwiedzających muzea czy osób kupujących książki? Twitter wśród polskich użytkowników zdążył wyrobić sobie opinię medium elitarnego, okupowanego głównie przez entuzjastów technologii i polityków. I o ile pierwsza część zdania jest nieprawdziwa tylko w pewnym stopniu, to druga całkowicie.


Fragment „Twitterdammerung: The Twitter Opera” w Royal Opera House

Gdy londyńska Royal Opera House (@RoyalOperaHouse) ogłosiła, że wystawi operę współtworzoną przez użytkowników Twittera, wśród brytyjskich elit zapanowała konsternacja. Bo jak z tekstów mikrobloga, często uznawanego za śmietnik, miałaby powstać sztuka uznawana za wysoką? Na specjalnie utworzonym profilu podane zostało pierwsze zdanie: „One morning, very early, a man and a woman were standing, arm-in-arm, in London’s Covent Garden. The man turned to the woman and he sang…”. Zadaniem użytkowników było dopisać kontynuację. Kompletny tekst libretta składał się z 900 wyselekcjonowanych i dopasowanych na potrzeby operowej formy tweetów. Akcja przyniosła operze duży rozgłos, zarówno wśród użytkowników Twittera jak i w prestiżowych mediach. „Choć to tylko tania sztuczka, trzeba przyznać, że była to bardzo dobra tania sztuczka” – napisał „The Daily Telegraph”, a „Washington Post” podsumował: „Twitterdammerung: The Twitter Opera nie została zmiażdżona przez krytyków, co dla wielu, w tym dla krytyków, okazało się niespodzianką”.

Bardziej lub mniej udanych projektów pokazujących, że Twitter ma kulturalny potencjał, jest wiele: od mini-opowiadań wyćwierkiwanych w 140 znakowych statusach (twitteratura) do „Romea i Julii” wystawianych poprzez Twittera w czasie rzeczywistym (akcja Royal Shakespeare Theatre – @TheRSC). Jak jednak prowadzić za jego pomocą codzienną komunikację? Warto pamiętać, że Twitter jeszcze bardziej niż Facebook jest nastawiony na dialog i prowadzenie dyskusji i właśnie do dyskusji oraz wymiany opinii nadaje się najlepiej. Niestety przez polskie instytucje najczęściej traktowany jest jako kolejna tablica ogłoszeniowa, gdzie trzeba wrzucać „co się dzieje”. Jake Orr (@jakeyoh), lider teatralnej inicjatywy Younger Theatre (@ayoungertheatre) zachęca, by nie traktować ćwierkającego medium jako narzędzia marketingowego, ale jako szansę autentycznego, bezpośredniego kontaktu z odbiorcami. „Jeśli nie jesteś londyńskim National Theater (@NationalTheatre), nie próbuj sprzedawać biletów za pomocą Twittera, bo i tak ci się to nie uda. Przestań traktować swoich followersów jako potencjalnych klientów i zacznij postrzegać ich jako miłośników kultury, którymi są. Daj im prawdziwy wgląd w twoją instytucję. Porzućmy marketing na Twitterze, dajmy sobie spokój ze strategiami, zacznijmy myśleć kreatywnie i róbmy to, co potrafimy najlepiej: świetną sztukę. I róbmy to na Twitterze” – apeluje.

RCS

Profil Royal Shakespeare Theatre – 70 tys. followersów, duża liczba wpisów, wysoki poziom interakcji.

„Polski” Twitter, wypełniony politycznymi dyskusjami, wciąż czeka na instytucje, a w szczególności ludzi kultury. Twitter może stanowić doskonałą platformę wymiany poglądów z wyspecjalizowanych dziedzin i pełen jest profili godnych zaufania ekspertów najróżniejszych branży. Dobrym przykładem jest Rebecca Taylor (@RebeccaTaylorNY), dyrektor ds. komunikacji Museum of Modern Art PS1 (@MoMA PS1) w Nowym Jorku, jednej z najstarszych organizacji non-profit zajmujących się sztuką współczesną w Stanach Zjednoczonych. Jej profil śledzi ponad sześć tysięcy osób i skupia największe światowe muzea, artystów, kuratorów i miłośników sztuki. Posty dodaje regularnie, a jeśli relacjonuje akurat ważną według niej artystyczną debatę – możemy się spodziewać nawet kilkudziesięciu 140-znakowych komunikatów w ciągu dnia, często wchodzi też w dyskusje z innymi użytkownikami – wszystko, oczywiście, na temat sztuki. Śmietnik? Dla niektórych pewnie tak, dla innych – przestrzeń do dialogu i szansa na dotarcie do informacji, które inaczej pozostałyby niedostępne. Personalne profile pracowników dodają instytucjom kultury wiarygodności, są szansą na pokazanie muzealnych gmachów od wewnątrz, często udowadniają, że pracują w nich ludzie zaangażowani i pełni pasji do tego, co robią. Inicjatywa MuseumNext (@MuseumNext) dla pracowników muzeów chcących założyć konto na Twitterze stworzyła nawet specjalny poradnik, dostępny zresztą dla wszystkich pod adresem:  www.museumnext.org/2010/blog/twitter-guidelines-for-museum-staff.

Niestety, jak na razie polskich ekspertów od kultury na Twitterze ciągle brak. Emocje, które towarzyszą codziennym dyskusjom i sporom, mogłyby znaleźć swoje odzwierciedlenie w Internecie. A przecież nic nie zrobiłoby kulturze tak dobrej reklamy jak płomienne dyskusje i szczypta kontrowersji. W 140 znakach.

[MM]

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Nienazwany i niewidzialny. Kryzys w kulturze

Skuteczne działania PR-owe często mogą uratować dobre imię marki. Tak było w przypadku operatora telefonów komórkowych – Play. Jeden z popularnych blogerów zbyt długo czekał na przeniesienie swojego numeru do tej właśnie sieci. Nie pomogły telefony, ani zażalenia jakie składał na Facebooku. Zadziałało dopiero zdjęcie przedstawiające blogera z kawałkiem kartonu, na którym widniał napis: „Nie przenoś numeru do Play. Czekam już 4 dni”. Na Facebooku rozpoczął się prawdziwy seans nienawiści skierowany przeciw firmie. Wtedy do akcji wkroczył rzecznik operatora, który skontaktował się z blogerem i tą samą metodą („kartonową”, nazwaną humorystycznie przez komentatorów  „karton-mesydż”) przekazał mu przeprosiny od firmy: „Jakubie, Twój numer jest już w Play. Przepraszamy, że musiałeś czekać”. Reakcje operatora komentowano bardzo pozytywnie. Dziś nikt nie pamięta już o tym, że pracownicy Play’a popełnili błędy. Wszyscy za to kojarzą uśmiechniętą twarz rzecznika i doceniają jego poczucie humoru. Kryzys został obrócony w żart. Dlaczego piszemy o telefonach? Bo w kulturze trudno znaleźć przykłady szybkiej reakcji w sytuacji kryzysowej. Wszystkie problematyczne wizerunkowo sytuacje zazwyczaj kończą się w kulturze źle.

Afera sprzed ośmiu lat. TVN wraz z „Rzeczpospolitą” postanowiły przeprowadzić dziennikarską prowokację w znanym domu aukcyjnym Polswiss Art i udowodnić, że jego pracownicy sprzedają falsyfikaty. Dziennikarze poprosili nieznanego artystę, żeby na podstawie reprodukcji kilku pasteli Franciszka Starowieyskiego stworzył podróbkę obrazu malarza pt. „Zjawa”. Starowieyski zgodził się, żeby wystawić ją na aukcji. Dziennikarz TVN, udając prawnika, przekazał falsyfikat do Polswiss Art. Cena wywoławcza, jaką mu zaproponowano wynosiła 3200 złotych. Domniemany obraz Franciszka Starowieyskiego sprzedany został jako autentyk. Cała operacja została nagrana. Nie można wyobrazić sobie gorszej sytuacji dla domu aukcyjnego. Nikt nie chce wydać majątku na dzieło sztuki, które potem okaże się sfałszowane. Był to ewidentnie kryzys dużo poważniejszy, niż problemy korporacji telekomunikacyjnej przedstawione powyżej.

Potem było jeszcze gorzej. Janusz Miliszkiewicz w felietonie opublikowanym przez  „Art & Business” wyśmiewał brak kompetencji i niechlujstwo eksperta antykwarycznego Polswiss Art, który dopuścił falsyfikat na aukcję. Miliszkiewicz zauważył też, że pracując w domu aukcyjnym ekspert był jednocześnie pracownikiem Muzeum Literatury w Warszawie, a Kodeks etyki Międzynarodowej Rady Muzeów zabrania muzealnikom wydawania ekspertyz. Tekst w „Art&Business” przyniósł autorowi proces sądowy. Przez siedem lat, bo tyle toczyła się sprawa, pracownik Polswiss Art twierdził, że obraz, który przyjął na aukcję był prawdziwy. Proces trwający tak długo budził wiele emocji, a ekspert za całą aferę otrzymał tytuł „chały roku” od tygodnika “Wprost”. Dlaczego dom aukcyjny nie przyznał się do porażki tuż po tym, kiedy cała sprawa wyciekła? Wtedy można było jeszcze ugasić pożar. Brak jakiejkolwiek reakcji, a potem chowanie głowy w piasek i „pójście w zaparte”, to klasyczne błędy z podręczników do zarządzania sytuacjami kryzysowymi.

Siedem lat później, na początku 2012 roku, wybucha inny kryzys dotyczący domu aukcyjnego. Tym razem chodziło o Abbey House. To dom aukcyjny, którego właściciele twierdzą, że „ich model biznesowy jest prosty jak drut, dlatego sprawdzi się nie tylko przy proszkach do prania i gumach do żucia, ale też w sztuce”(tak Maciejowi Samcikowi opowiadali o swoim biznesie właściciele firmy). Okazało się, że nie wszyscy chcieli uwierzyć w to, co mówią. Działania Abbey House krytykowali nie tylko ludzie związani ze sztuką, ale również biznesem. Odpowiedź była szybka i zgodna z zasadą – która w kryzysie się raczej nie sprawdza – najlepszą obroną jest atak. Ze strony Abbey House padały stwierdzenia w stylu: „nieinteligentni nie są naszymi klientami”. Kolejny ruch był jeszcze gorszy. Abbey House zaczął wysłać pisma adwokackie zapowiadające sankcje do dziennikarzy i blogerów, a nawet osób prywatnych wypowiadających się krytycznie o domu aukcyjnym na Facebooku. Listy oczywiście szybko wyciekły do sieci, a do żadnego procesu nie doszło. Mniej więcej w tym samym czasie na jednym z forów można było prześledzić dyskusje na temat najlepszego domu aukcyjnego w Polsce. Wyglądały mniej więcej tak: -„Jaki jest najlepszy dom aukcyjny w Polsce? Bo chciałabym kupić obraz” -„Moja żona kupuje tylko w Abbey House”. Czy to przypadek, czy nieudolne działania sztabu antykryzysowego? Właściciele firmy zamiast stawić czoła problemowi, wziąć udział w dyskusji, zaczęli atakować i jeszcze bardziej zrazili do siebie środowisko sztuki i mediów.

Atak w świecie kultury to zresztą często spotykana forma reakcji na krytykę. Przekonał się o tym Tomasz Raczek, który w zeszłym roku krótko zrecenzował na Facebooku pewien film: „Dawno nie byłem w kinie tak głęboko zażenowany. To nie jest po prostu zły film. Ten film jest jak choroba, jak nowotwór złośliwy: zabija wiarę w kino i szacunek do aktorów”. Te bardzo mocne słowa dotyczyły komedii „Kac Wawa”. Producent tego dzieła poza tym, że groził Raczkowi sądem, twierdził, że stracił on wiarygodność, bo przekroczył granice krytyki filmowej. Takim histerycznym zachowaniem Jacek Samojłowicz być może przysporzył filmowi widzów, ale na pewno nie wzmocnił pozytywnego wizerunku swojemu producenckiemu biznesowi. Podobny problem z krytyką miał twórca innego polskiego filmu. Mowa tutaj o Alessandro Leone, który nie mógł znieść złych recenzji, jakie dostała „Bitwa pod Wiedniem”. Zdzisław Pietrasik pisał: „Dzieło nieznanego szerzej Renzo Martinellego nie broni się nawet jako widowisko, za dużo w nim bowiem komputerowych efektów, do złudzenia przypominających grafikę słabych gier komputerowych.” Wtórowało mu wielu innych krytyków i dziennikarzy. Producent postanowił wkroczyć do akcji i zajął bardzo oficjalne stanowisko w tej sprawie. W swoim oświadczeniu przekonywał: „Każdy film, od najmniejszego do największego, jest wynikiem długiej i ciężkiej pracy setek osób, które zapewne bardziej niż ja, jako producent, mogą się poczuć niesprawiedliwe dotknięte i poniżone przez przesadną krytykę. Mam na myśli w szczególności polskich aktorów grających w filmie.” W dalszej części tekstu było coraz gorzej i groźniej: „Wydaje mi się, że taki stosunek mediów stanowi sygnał trudnej chwili dla Polski, która dzisiaj przeżywa nadal sprzeczności przejścia z komunizmu do kapitalizmu, i ta chwila zachęca dziennikarza pozbawionego pokory do poszukiwania własnego sukcesu, próbując stać się bohaterem spektaklu lub autorem  najbardziej skandalicznego artykułu.” Uderzając w podniosły ton producent filmu przysporzył sobie (i filmowi) jeszcze więcej złych recenzji.

To tylko klika z wielu, nawet kilkudziesięciu kryzysów wizerunkowych, które dotknęły polskie przedsięwzięcia, instytucje i firmy kulturalne w ostatnich latach. Pewne prestiżowe muzeum od miesięcy opisywane jest negatywnie przez jednego z pracowników na dość popularnym blogu. Inne ma anty-fanpage na Facebooku regularnie naśmiewający się z tekstów, które kuratorzy umieszczają pod pracami. Anty-fanpage zresztą być może przysporzył instytucji trochę prawdziwych fanów, ale szkoda, że jej władze nie zdecydowały się wykorzystać tej sytuacji, np. organizując debatę na temat języka, jakim opisuje się sztukę współczesną. Mieliśmy też w Polsce kilka odwołanych festiwali, których organizatorzy nie potrafili w kryzysie porozumieć się z publicznością (np. Ultra Music Festival) lub władzami miast finansujących imprezy (np. Festiwal Dialogu Czterech Kultur). Jak widać kryzys wizerunkowy w kulturze wcale nie jest rzadkością.

Dlaczego jednak właśnie w kulturze tak często podejmuje się złe decyzje dotyczące rozwiązywania kryzysów, albo nie robi się zupełnie nic? Częściowo to wynik braku pieniędzy na profesjonalny sztab antykryzysowy lub agencję PR. Jednak to nie jedyna przyczyna. Przedstawiciele instytucji często ignorują problemy, albo reagują na nie nerwowo i bez namysłu. Firmy czy instytucje działające w kulturze nieporadnie zachowuje się w realiach rynkowych. Po części to efekt przekonania, że jeśli coś jest dobre, obroni się samo. Po części przeświadczenia, że PR to coś mało szlachetnego. W końcu pokutuje teza, że jeśli odbiorcy się nie podoba to jego, a nie instytucji czy firmy problem. Przykłady z przeszłości pokazują, że nie do końca. Nie jeden brak reakcji na kryzys zrzucił ze stanowiska dobrego dyrektora czy zniszczył ciekawą inicjatywę.

[KP]

7 Komentarzy

Filed under Uncategorized