Monthly Archives: Listopad 2012

Festiwalomania – szkodzi czy pomaga promocji miast?

„Jak zrobić krzywdę idei promocji miasta za pomocą kultury”* – tak powinien brzmieć tytuł panelu zorganizowanego przez Stanisława Trzcińskiego, szefa STX podczas – skądinąd bardzo ciekawych i potrzebnych – Europejskich Targów Muzycznych Co Jest Grane. Przez czterdzieści minut Trzciński powtarzał jak dobrą promocję robi festiwal Pozytywne Wibracje miastu Białystok. Potem podarował raptem kwadrans organizatorom innych – dużo lepszych, ciekawszych, tańszych i skuteczniej promujących miasta – wydarzeń. Ale zanim dojdziemy do ich wypowiedzi warto przyjrzeć się Pozytywnym Wibracjom i tezom zawartym w wystąpieniu Trzcińskiego. Wiele mogą się z nich nauczyć samorządowcy chcący inwestować w promocję za pomocą kultury. Choć może nie do końca tego, co chciał przekazać im Trzciński.

Pozytywne Wibracje zostały przedstawione jako wielki (jeśli nie największy) sukces promocji miasta za pomocą kultury w Polsce. Wiadomo: poprawiło się postrzeganie miasta, zjechali się turyści, a Białystok zyskał – i tu cytat – światowej klasy festiwal. Ciekawe jaki odsetek czytających ten wpis pojechało na imprezę, z jej powodu odwiedziło Białystok w innym terminie lub chociaż potrafi wymienić połowę tegorocznego line-upu. Idę o zakład, że grupa nie będzie liczna. No to zacznijmy od programu: Angie Stone, Dimitri From Paris, Ewa Bem, !Deladap, Ewa Szlachcic i Way No Way, Omar, Ania Rusowicz. Jedna gwiazdka średniej wielkości, zagraniczny DJ i polscy wykonawcy wcale nie z najwyższej półki.

Trzciński twierdzi, że taka obsada musi kosztować. I to dużo. Dokładnie 2 miliony złotych. 2 miliony z budżetu Białegostoku. Jak przekłada się to na liczbę widzów? Tu mamy największą zagadkę. Podczas Targów CJG organizator Pozytywnych Wibracji mówił co innego niż na jesiennym spotkaniu z władzami miasta. Deklarował 10 tysięcy widzów każdego dnia. „W trakcie dyskusji padło pytanie o liczbę sprzedanych biletów. Trzciński nie podał ich liczby, wyliczał tylko, ile biletów wydrukowano – co nie znaczy, że tyle sprzedano; część osób bilety wygrała czy otrzymała za darmo. – W piątek na dziedziniec wstępny były to 683 bilety, do Golden Circle przed sceną 2503 bilety i do strefy VIP 770 biletów. W sobotę odpowiednio 911 biletów, 3947 oraz 940” – pisała z kolei białostocka „Gazeta Wyborcza”. Czyli 10 tys. biletów w trakcie obu dni, a nie każdego dnia. Co więcej zazwyczaj na takich festiwalach co najmniej 70 procent publiczności pokrywa się podczas obu dni. Gdyby i tak było podczas Pozytywnych Wibracji musiałoby się na nich bawić raptem 7 tysięcy osób. I to wliczając posiadaczy darmowych wejściówek.

Pochodząca z XVI wieku rycina przedstawiająca festiwal

Jeśli byłaby to prywatna impreza, sponsorowana przez komercyjne firmy, nie byłoby o czym mówić. Gdy Pozytywne Wibracje stawia się jako przykład idealnej promocji miasta finansowanej z jego budżetu, mamy problem braku przejrzystości. Białystok do jednego widza dokłada więc 200-300 zł. Sporo. Dla porównania Płock do Audioriver, którego przedstawiciel też był obecny podczas panelu dokłada 67 zł (1 milion dotacji, 15 tys. widzów), a Kraków za jednego widza Coke Live Music Festival płaci 34 zł (1 milion dotacji, 30 tys. widzów). Pozytywne Wibracje wychodzą więc na jedną z najdroższych dla samorządu imprez w Polsce. O tym Trzciński nie wspomniał. Pochwalił się za to, że miasto zyskuje 7,5 miliona w ekwiwalencie promocyjnym.

Czym poparta jest kalkulacja, jaka jest jej metodologia, co wliczono w wymienione 7,5 mln złotych? Tego nie da się dowiedzieć. Dla porównania ekwiwalent dla Dreamlinera LOT-u, który przez tydzień faktycznie brylował we wszystkich mediach wyniósł 15,5 mln. Z kolei marne 300 tys. zł wyniósł ekwiwalent reklamowy ekspozycji marki Red Bull w polskich stacjach telewizyjnych w relacjach z głośnego skoku Feliksa Baumgartnera. Wychodzi na to, że Pozytywne Wibracje czynią dla Białegostoku cuda. I to wszystko przy zaledwie 900 publikacjach medialnych (dane STX).

A teraz poważnie. Uświadamianie samorządowców na temat możliwości promocji miasta za pomocą kultury jest potrzebne. I wcale nie bywa łatwe, bo sport, chęć pokazywania się w serialach i billboardy cały czas dominują w wyobraźni włodarzy miast i województw.  Ale kultura, o której mowa nie może opierać się wyłącznie na festiwalomanii. W Białymstoku identyczna kwota jak na Pozytywne Wibracje jest przeznaczana na całoroczną działalność organizacji pozarządowych i organizację imprez kulturalnych. Jak wyliczyła „Gazeta Wyborcza” mniej otrzymują kluczowe dla miasta Centrum im. Ludwika Zamenhofa i Dom Kultury Śródmieście. Czy miasto nie powinno więc inwestować w rozwój inicjatyw kulturalnych, aby sprostać wizerunkowi, który chce zbudować za pomocą festiwalu? Czy w gruncie rzeczy nie lepiej, wiarygodniej i taniej wspiera wizerunek Białegostoku festiwal Up To Date? Może brakuje mu silnej promocji, ale i tak radzi sobie znakomicie. Jeśli miastu potrzebna jest promocja za pomocą kultury, może warto lepiej wyważyć proporcje między finansowaniem wielkich imprez i tych mniejszych?

Problem nie dotyczy tylko Białegostoku. Nie do każdego miasta pasuje impreza muzyczna, nie do każdego filmowa. Krótko mówił podczas panelu Ireneusz Dudek, muzyk i szef Rawa Blues Festiwal. Ale wypowiedział trafne zdania: „Zanim zabierzemy się za organizację festiwalu najpierw zastanówmy się kim jesteśmy. Zastanówmy się jaki rodzaj muzyki pasuje do danego miasta”. Łukasz Napora, rzecznik Audioriver dodawał: „Najpierw miasto musi mieć kulturę, a potem niech robi wielki festiwal. Ale nie każde musi mieć taki festiwal”. Przypomnę, że na początku tego roku Łódź, miasto zupełnie nie kojarzone z muzyką, otrzymało ofertę przyjęcia gali Fryderyków. Miałoby za branżową, niezbyt dziś popularną imprezę, zapłacić 900 tys. złotych. Celebrytów z Warszawy do Łodzi miałby przywieźć specjalny pociąg. Do transakcji nie doszło. Produkcją gali wręczenie Fryderyków zajmuje się Grupa STX Jamboree.

O promocji miast za pomocą kultury pisaliśmy już tu, tu i tu.

* W rzeczywistości tytuł panelu brzmiał: „Wypromuj swoje miasto festiwalem”.
[MF]

5 komentarzy

Filed under Uncategorized

Kultura i biznes – punkty zapalne

Nie zawsze relacje na linii biznes-kultura układają się wzorcowo. Ba, w polskich warunkach dość często można mówić o sytuacjach patologicznych. Opowiedział o nich wczoraj (21 listopada) na wykładzie „Niebezpieczne związki biznesu ze sztuką” zorganizowanym przez Galerię 2.0 doktor Mikołaj Iwański, ekonomista i filozof zajmujący się rynkiem sztuki. Choć nie ze wszystkimi postawionymi przez niego tezami można się zgadzać, warto przytoczyć najciekawsze i najważniejsze z nich. Według Iwańskiego istnieją cztery główne punkty zapalne na styku biznesu i kultury: kultura sponsoringu, gentryfikacja, festiwalizacja oraz implementowanie wzorców zarządzania znanych w biznesie do kultury.

Iwański słusznie podjął się obalenia mitu, że sponsoring może utrzymywać kulturę. Przywołał model brytyjski, przez wiele osób zajmujących się na poważnie związkami kultury i biznesu uznawany za wzorcowy. Nawet na Wyspach nie udało się zrealizować założenia, że koszty funkcjonowania instytucji kultury można podzielić na trzy równe części między państwo, komercyjne firmy i działalność własną. Około 50 procent kosztów pokrywa dziś w przypadku brytyjskich instytucji dotacja publiczna,  20-30 procent sponsoring prywatny, a resztę wpływy z biletów, praw oraz działalności komercyjnej instytucji. Gdy mit został już obalony warto zastanowić się gdzie kryją się największe zagrożenia dotyczące sponsoringu kultury. I tu Iwański podał przykłady wad finansowania prywatnego, z którymi trudno się zgodzić. Zanegował sam fakt dodawania nazwy firmy sponsora do tytułu wydarzenia, tak samo jak organizowania dizajnerskiej zabawy z produktami sponsora na jednym z artystycznych festiwali. Tymi przykładami niejako jednak zaprzeczył własnym słowom, według których sponsoring to transakcja między stronami. Jeśli się dogadały, należy założyć, że czerpią z tego obopólne korzyści. Inna sprawa, gdy  sponsoring prowadzi do wmanipulowania twórców w działania wątpliwe zarówno z punktu widzenia etycznego, jak i artystycznego. W czasie gdy firma deweloperska Griffin wypowiedziała umowę najmu pawilonu dawnej Emilii Muzeum Sztuki Nowoczesnej, artyści wzięli udział w Griffin Art Space na terenie dawnej Hali Koszyki. Według Iwańskiego zostali potraktowani instrumentalnie, co bez wątpienia nie jest dobrą praktyką na styku kultury i biznesu.

Kolejnym punktem zapalnym ma być festiwalizacja. Eventy biorą górę nad sukcesywnym budowaniem jakości kultury. Festiwale organizowane w dużej mierze przez prywatne firmy czerpią garściami z budżetów zadłużonych często samorządów. Zamiast kultury otrzymujemy festyny służące z jednej strony konkretnym przedsiębiorcom, z drugiej budowaniu kapitału politycznego prezydentów miast. Z tezą trudno nie zgodzić się patrząc na dziesiątki wydarzeń w całej Polsce, które choć potrafią kosztować fortunę nie są ani sukcesem artystycznym, ani też frekwencyjnym. Z drugiej strony festiwale nie mają być tylko wydarzeniem kulturalnym, o czym Iwański nie wspomniał podczas wykładu. Niejednokrotnie stanowią narzędzie promocji miast i regionów. Gdynia stała się atrakcyjna dla młodych Polaków dzięki Open’erowi, Płock dzięki festiwalom Audioriver i Reggaeland, Kraków zbudował kilka silnych wizerunkowo i turystycznie marek od Off Plus Camery poczynając, a na Unsound kończąc. Problem w tym, że samorządy nie sprawują zazwyczaj żadnego nadzoru nad prywatnymi przedsięwzięciami finansowanymi z publicznych pieniędzy. Rzadko organizator musi rzetelnie rozliczyć się z faktycznej liczby widzów, wizerunkowego zysku wydarzenia dla miasta czy realnej liczby turystów.

fot. http://www.galeriadwazero.blogspot.com

Chwaliszewo w Poznaniu stało się miejscem głośnej akcji Kontener Art. Do rewitalizowanej dzielnicy wprowadzono artystów. Miasto wsparło projekt sumą pół miliona złotych. I w tym problem widzi Iwański. Prywatny deweloper chce podnieść wartość inwestycji za pomocą działań związanych ze sztuką, a za działania płaci samorząd. Problem ma jednak swoje rozwinięcie. To gentryfikacja, do której bez refleksji przyczyniają się artyści. Podczas wykładu jako negatywny przykład postawiono warszawskie Soho Factory. Miejsce, w którym – według Iwańskiego – sztuka jest traktowana przedmiotowo, a praktycznie żaden z projektów nie jest skierowany do mieszkańców. Wszystko to sprowadza się do gentryfikacji. Artyści wchodzą w zaniedbaną przestrzeń, poprawiają jej wizerunek nie zwracając często uwagi na potrzeby lokalnej społeczności. Miejsce zyskuje na wartości, dotychczasowi mieszkańcy zostają wysiedleni lub po prostu nie stać ich na pozostanie w „artystycznej dzielnicy”. Wtedy i artyści przestają być potrzebni. Trwały zysk z relacji przyda się wyłącznie biznesowi.

Ostatnim punktem zapalnym, o którym mówił Iwański jest implementowanie zarządzania biznesowego do kultury. To problem młody, który dopiero kiełkuje. Jednak podczas wykładu padł jeden bardzo interesujący przykład. Szczecińska Trafostacja Sztuki miała być nowym dystryktem sztuki w Szczecinie. Na mocy nowych przepisów pozwalających oddawać całe instytucje kultury w zarządzanie zewnętrznym podmiotom rozpisano przetarg nieograniczony. Wzięły w nim udział dwa podmioty – Stowarzyszenie Zachęta Sztuki Współczesnej ze Szczecina i prywatna poznańska spółka Baltic Contemporary. W komisji przetargowej nie znalazł się ani jeden przedstawiciel świata sztuki. Cena stanowiła 30 procent oceny, wartość merytoryczna ofert 70 procent. Wygrała Baltic Contemporary z ofertą 700 tysięcy złotych za zarządzanie obiektem. Zachęta popełniła błąd podając cenę za całość działań. Problem pojawił się według Iwańskiego w momencie, gdy na jaw wyszło, że spółka nie dysponuje zapleczem merytorycznym pozwalającym na zarządzanie kulturalnym obiektem, instytucje, które miały być jej partnerami nie słyszały o Baltic Contemporary, a firma została założona raptem trzy miesiące przed ogłoszeniem przetargu. O ile dobrze zrozumiałem intencje Iwańskiego, nie jest jego zamiarem krytyka przeszczepiania na grunt kultury modeli zarządzania znanych z biznesu. Przykład z Trafostacją pokazuje jednak, że nie da się ich przenieść w skali jeden do jednego.

Zdefiniowanie punktów zapalnych doprowadziło do sformułowania kilku postulatów mających przeciwdziałać patologiom: wprowadzenie katalogu dobrych praktyk w relacjach między kulturą i biznesem, pozyskanie wsparcia mediów mainstreamowych, wsparcie ze strony instytucji centralnych, silna tożsamość ludzi kultury, świadomość transakcyjnego charakteru relacji między kulturą i biznesem. I o ile nie ze wszystkimi tezami, nie z każdym słowem krytyki wypowiedzianym przez Iwańskiego – który zresztą mniej przychylnie wypowiadał się o ludziach biznesu niż kultury – można przyklasnąć, o tyle pod puentującymi wykład postulatami należy się bez wątpienia podpisać.

[MF]

22 komentarze

Filed under Uncategorized

Wideo dla kultury – jakie powinno być?

Nikt dziś chyba nie wątpi w to, że sfera kultury, tak jak każda inna, potrzebuje dobrych treści wideo by móc promować się skutecznie. Większość instytucji posiadanie kanału na You Tube traktuje już jako zrozumiały obowiązek, problemem pozostaje cały czas produkcja materiałów, które zyskają popularność. Trailery książek czy wystaw cały czas nie radzą sobie w polskim internecie zbyt dobrze. Jakie treści zaserwować więc wirtualnej publiczności, by zechciała przyjść na wystawę, zarezerwować bilet czy przeczytać książkę? Dlaczego tak często treści wideo podmiotów kultury są tak słabe i czy zawsze chodzi tylko o niski budżet? Zwróćmy uwagę na kilka często popełnianych błędów i wskażmy na pozytywne przykłady.

1. Film to nie ruchomy plakat czy katalog. Jego zadaniem nie jest informowanie – od tego są inne środki przekazu. Celem twórców powinno być zwrócenie się do emocji odbiorcy. Filmy, które przypominają prezentacje w power-poincie, słabo się klika, nie dają też żadnych powodów, by odbiorcy udostępniali je dalej. Bez ich zaangażowania materiał szybko przepadnie. O książce, festiwalu muzycznym czy nowej wystawie odbiorca dowiedział się już pewnie z innych źródeł. Otwiera film, bo chce zobaczyć więcej, jeśli tego nie dostanie – szybko się od nas odwróci. Patrząc na rzecz z tej perspektywy, trudno dziwić się że film reklamujący finisaż głośnej wystawy „Wywyższeni. Od faraona do Lady Gagi” w Muzeum Narodowym cieszył się tak niskim zainteresowaniem.

2. Film nie jest wyłącznie narzędziem PR-u produktowego mającego na celu przyciągnięcie większej liczby konsumentów. Dla widzów może stać się on okazją do pogłębienia przeżytych już doświadczeń, dla instytucji – budowania długofalowego zaangażowania odbiorców. Jednymi z najbardziej popularnych filmów na kanale You Tube nowojorskiej MoMA są krótkie rozmowy z Mariną Abramovic z okazji jej retrospektywnej wystawy „The Artist is Present”. Czy filmy mają standardowe cechy virala? Nie. To materiały, które dokumentują dzieło artystki i rozjaśniają jej intencje. Co istotne, nie dezaktualizują się w momencie zakończenia wystawy, stanowią jej przedłużenie.

3. Jeśli twórcy chcą przyciągnąć dużą liczbę odbiorców, powinni opowiedzieć im jakąś historię – niekoniecznie prawdziwą. Przykład dać może londyńskie Tate, które zastosowało klasyczny dla twórców reklamowych chwyt polegający na wizualnej metaforze zmysłowego doświadczenia. Tylko że tym razem nie chodziło o aksamitny smak nowego batonika, a doznanie estetyczne. Prace Johna Martina, XIX-wiecznego twórcy romantycznych pejzaży i obrazów o tematyce apokaliptycznej, nadawały się do tego zabiegu doskonale.

4. Odbiorców bardziej niż cokolwiek, interesują sami artyści. Jeśli możemy ich pokazać, zróbmy to. Przygotowanie materiału, w którym pisarz opowiada o swojej książce, a malarz o obrazach, nie wymaga wielkiego budżetu, a zawsze może okazać się dodatkowym impulsem dla odbiorców do sięgnięcia po produkt. Jak w zapowiedzi „Instytutu” Jakuba Żulczyka.

5. Materiały wideo robione bez przekonania, dla samego „bycia”, stają się częścią wielkiego zalewu spamu ignorowanego przez widzów. Słaby odzew na takie treści staje się często dla instytucji, wydawnictw i festiwali dobrym argumentem na to, że szkoda inwestować czas i pieniądze w tego typu komunikację. Ale to błędne koło. Dopóki nie nauczymy się tworzyć atrakcyjnych treści, faktycznie lepiej się za to nie odbierać. Często nie trzeba jednak wiele, by osiągnąć zadowalający efekt.

[MM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Dwa lata Business & Culture

Dwa lata temu rozpoczęła się działalność Business & Culture. Wcześniej, przez dobre pół roku dyskutowaliśmy o pomyśle założenia firmy, strategii działania i szansach powodzenia. Wiedzieliśmy, że na rynku jest nisza, którą możemy wypełnić. Zdawaliśmy sobie sprawę, że najłatwiej nie będzie, bo PR nie cieszy się poważaniem w świecie kultury, a kultura w polskich mediach i świecie biznesu zajmuje coraz mniej znaczącą pozycję. W tym jednak upatrywaliśmy szansę na funkcjonowanie Business & Culture.

I nie pomyliliśmy się. Jednego tylko nie przewidzieliśmy – że ta szansa jest tak duża. Po dwóch latach funkcjonowania nasz zespół powiększył się trzykrotnie, wśród naszych klientów są największe festiwale, najbardziej prestiżowe instytucje kultury, świetne wydawnictwa, zagraniczne ministerstwa, polskie miasta i oczywiście komercyjne marki. Cieszy nas, że co najmniej kilka osób przekonaliśmy do potrzeby promocji kultury. Z radością obserwujemy również, że temat, którym zajmujemy się od początku, czyli łączenie kultury i biznesu, jest coraz częściej poruszany publicznie.

Ale przede wszystkim jesteśmy dumni z dwóch faktów – w stu procentach pozytywnych opinii marek, dla których pracujemy oraz naszego bloga. Czasem słyszymy pytania, czy nie boimy się, że wszystko, o czym piszemy na blogu trafi do konkurencji. Otóż nie boimy się, a jesteśmy z tego zadowoleni. Chcemy, żeby nasz blog pokazywał rozwiązania, aby otwierał oczy, czasem przekazywał krytyczne opinie. Ma promować ideę nowoczesnego PR-u kultury i zaangażowania biznesu we wspieranie kultury. Czy działa – tego nie możemy być pewni. Jesteśmy za to zaskoczeni, że z pozoru niszowa strona coraz bardziej zyskuje na popularności. Aktualnie odwiedza nas od 1500 do 2000 osób miesięcznie. Dla portalu internetowego byłoby to niewiele, dla specjalistycznego bloga całkiem dużo. I choć jako Business & Culture szykujemy w nowym roku kilka zmian, na pewno jedno się nie zmieni – nasz blog.

[KG&MF]

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Porzucić reklamę, zainwestować w akcje miejskie

W filmie „This Space Availble”, który można było zobaczyć w trakcie trwającego właśnie festiwalu „Warszawa w Budowie”, specjaliści od reklamy przytaczają anegdotę: kiedyś mówiło się, że pięćdziesiąt procent reklam jest nieskutecznych, problem jest jednak taki, że nie wiadomo które to pięćdziesiąt procent. Dziś mówi się, że nieskutecznych może być nawet osiemdziesiąt procent. Wszechobecność reklamy, szczególnie w przestrzeni miejskiej, doprowadziła do zjawiska popularnie nazywanego „Ad blindness”. Sytuacja, w której stanęły wielkie koncerny dotyczy również instytucji i produktów kultury, a ta sprzyja kreatywnym. Niestandardowe metody promocji przestają być ciekawostką, a stają się realną alternatywą.

The Art Institute of Chicago to instytucja, która długo postrzegana była jako jedna z wiodących i najciekawszych w Stanach Zjednoczonych. Otwarcie w 2009 nowego skrzydła prezentującego sztukę nowoczesną stworzyło szansę na odświeżenie wizerunku i zyskanie jeszcze większej rozpoznawalności. Niestety dla mieszkańców Chicago instytucja stała się niewidzialna – jakkolwiek poważana i przysparzająca dumy, przestała być miejscem, o którym mówiło się na co dzień. Wskaźnik wzrostu odwiedzin spadł o sześćdziesiąt procent w stosunku do poprzedniego roku, a budżet reklamowy został obcięty o ponad połowę. W Chicago, tak jak w każdej aglomeracji, walka o publiczność nie odbywa się tylko między instytucjami kultury. Wydarzenia sportowe, parki, uliczne festiwale i piękne jezioro były dla Art Institute of Chicago takim samym rywalem jak teatry i muzea. Przed instytutem stanęło zadanie ponownego przyciągnięcia ludzi i stworzenia wizerunku, który zachęcałby do częstszych i regularnych odwiedzin. Razem z agencją Energy BBDO stworzono „Red Cube Project”.

fot. Cheryl Lemanski of Meryddian Photography/www.flickr.com/photos/meryddian CC BY-NC-ND 2.0

By wesprzeć projekt „500 Ways of Looking at Modern”, w całym Chicago ustawiono 500 czerwonych sześcianów nawiązujących do logotypu instytutu. Każdy sześcian miał swój numer i hasło – po jego wprowadzeniu mieszkańcy otrzymywali zadanie do wykonania: narysowanie własnej wersji jednego z obrazów znajdującego się w kolekcji muzeum, stworzenie filmiku, zrobienie zdjęcia konkretnego eksponatu, a nawet sprzedanie czerwonego sześcianu na eBay’u czy znalezienie kolejnego poprzez media społecznościowe. W wyniku akcji niektóre sześciany przemierzyły wszystkie kontynenty, niektóre nie zostały nigdy odnalezione. Czerwone sześciany zostały wymyślone tak, by być częścią dialogu, projektem, grą, a przede wszystkim – by promowały wizerunek Art Institute of Chicago jako dynamicznej i młodej instytucji. Co istotne, nie były pustym gadżetem – pogłębiały doświadczenie obcowania ze sztuką. Akcja zakończyła się sukcesem: muzeum odwiedziło 53 tysiące więcej widzów niż w poprzednim roku (wzrost o 35%), a publikacje w prasie dotyczące projektu wyceniono na około 30 tys. dolarów.

fot. http://www.flickr.com/photos/thejosh CC BY-NC-ND 2.0

Otwarcie nowych przestrzeni ekspozycyjnych również dla Museum of London było okazją do stworzenia ciekawej kampanii w miejskiej przestrzeni. Cel był prosty – przyciągnięcie do muzeum jak największej ilości nowych odwiedzających i ożywienie marki instytucji. Udało się – w pierwszym tygodniu od otwarcia ekspozycji, Museum of London odwiedziło ponad 35 tysięcy zwiedzających, w skali roku wzrost frekwencji wyniósł 94 procent, a publikacje w mediach związane z kampanią wyceniono na milion funtów (sic!). Prosty w istocie pomysł – pokazanie historycznych wydarzeń istotnych dla Wielkiej Brytanii i świata w ich londyńskim, miejskim kontekście – okazał się strzałem w dziesiątkę. „You are here”, jesteś tutaj, głosiło hasło – w miejscu, gdzie działa i dzieje się historia. W metrze można było zobaczyć fotografie ludzi ukrywających się przed bombardowaniem w trakcie II wojny światowej, na Trafalgar Square – pikietę sufrażystek. Kampania przyniosła emocjonalny i czytelny przekaz: Museum of London to nie muzeum Londynu, ale Londyńczyków.

fot. http://www.flickr.com/photos/tcd123 CC BY-NC-ND 2.0

Ciekawe akcje w przestrzeni miejskiej są nie tylko w zasięgu gigantów. Przykład może dać z pewnością Delaware Art Museum, instytucja bez międzynarodowej rozpoznawalności, ale za to z poważną kolekcją dzieł prerafaelitów. To właśnie na nich postawiono przy okazji świętowania stulecia istnienia muzeum. Na terenie trzech hrabstw w stanie Delaware umieszczono piętnaście realistycznych reprodukcji, miejsca ich ekspozycji były różne: od gmachu opery po restaurację specjalizującą się w przyrządzaniu krabów. Kampania przyniosła publikacje w lokalnych i globalnych mediach, nastawiona była również na budowanie rozpoznawalności samych obrazów będących wizytówkami instytucji. Niestety, trzeba przyznać, że zabrakło tu pomysłu na możliwość interakcji potencjalnej publiczności z reprodukcjami, a schemat milczący obraz – znudzony odbiorca został zwyczajnie przeniesiony z gmachu muzeum do miejskiej tkanki. 

Inicjatywy w przestrzeni miejskiej są dobrym pomysłem na przezwyciężenie zmęczenia publiczności tradycyjną reklamą – to już wiemy. Tańsze od klasycznych kampanii reklamowych, wymagają jednak od organizatorów zwiększonej kreatywności i dobrego pomysłu na to jak zaangażować publiczność. Ustawić przedmiot na ulicy jest dosyć łatwo, sprawić by o nim mówiono – trochę trudniej.

[MM]

1 komentarz

Filed under Uncategorized