Tag Archives: Raster

Sztuka to nie jest zwykły biznes

Kupując sztukę lepiej zapomnieć o tym czy się straci, czy zyska. Nie zajmujemy się produktami inwestycyjnymi – przekonują w rozmowie z Maksem Fuzowskim Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński, właściciele Galerii Raster.

Na targach sztuki Frieze w Londynie Raster był jedną z dwóch polskich galerii na targach.

Mamy już czteroletnie doświadczenie z Frieze. Londyn nie jest miejscem, gdzie polska sztuka odnosi jakiś wielki tryumf, ale jest dobrze. Zdobyliśmy swoją publiczność. Są ludzie, którzy zbierają polskich artystów. Anglicy nie otwierają się na polską sztukę tak łatwo, jak Niemcy czy Amerykanie. Choć w ubiegłym roku udało nam się na przykład sprzedać pracę Zbigniewa Libery do prestiżowej galerii Tate Modern. Równie ważne jak obecność na targach jest pokazywanie polskich artystów w brytyjskich instytucjach. W tym roku swoją pierwszą brytyjską wystawę w South London Gallery miał Michał Budny.

Obecność polskiej sztuki w brytyjskich galeriach przekłada się na jej sprzedaż?

Jak na czasy pokryzysowe i podnoszenie się rynku z marazmu jest nieźle. Natomiast targi nie mają dla nas jakiegoś olbrzymiego komercyjnego znaczenia. Są miejscem skutecznej promocji młodych artystów. Sami staramy się kreować międzynarodowe wydarzenia. Takim była Villa Reykjavik, spotkanie czternastu europejskich galerii w Islandii.

Z polską sztuką na Frieze pojawili się tacy giganci jak Larry Gagosian i Iwan Wirth, pierwsza i trzecia najbardziej wpływowa osoba w świecie sztuki według najnowszego rankingu magazynu „Art Review”.

To są indywidualne przypadki i nadużywanie słowa „polski” może być mylące. To jest sukces konkretnych artystów i galerzystów. Zainteresowanie światowych galerii pomaga, bo poszerza perspektywę zachodnich kolekcjonerów, uświadamia im, że sztuka nie kończy się na Odrze.

Na ostatnich targach Art Basel obrazy Wilhelma Sasnala sprzedały się za 70 i 35 tysięcy euro. Prace Jana Jakuba Ziółkowskiego za ponad 10 tysięcy, a fotografie Artura Żmijewskiego za 20 tysięcy euro. Te sumy robią wrażenie. Szczególnie, gdy zestawimy je z ostatnimi, niższymi wynikami Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Jerzego Kossaka na aukcjach w Polsce.

Rynek sztuki dawnej różni się od rynku dzieł współczesnych. Sztuka najnowsza w ciągu ostatnich dwóch lat stała się droższym dobrem. Jeśli jednak porównać prace o podobnym statusie, klasycznych artystów XIX czy XVII stulecia, to nie będą wcale tańsze od prac najlepszych współczesnych twórców. Poza tym operowanie samymi cenami w sposób wyrwany z kontekstu nie ma sensu. Bo dlaczego 20 tysięcy euro ma robić wrażenie. Ekscytujemy się namacalnymi wiadomościami. Ale cena dzieła sztuki, to jest nic więcej niż tylko cena. To nie jest opis wartości, czy treści dzieła sztuki. Sztuka sprawia wrażenie drogiej i ekskluzywnej, bo system jej dystrybucji wśród publiczności jest inny niż literatury. Książkę sprzedaje się w 100 tysiącach egzemplarzy po 10 zł, a obraz w jednym egzemplarzu za 100 tysięcy. Emocjonowanie się sumami nie ma znaczenia dla sztuki.

Sumy nie przekładają się na zainteresowanie polskimi twórcami przez zachodnich kolekcjonerów?

Przekładają się, bo to są rynkowe sumy. Prace sprzedaje się za tyle, ile ktoś chce zapłacić. I dokładnie tyle warte jest dzieło sztuki.

Ale co to znaczy, że jest tyle warte? Mirosław Bałka miał w zeszłym roku prestiżową wystawę w Hali Turbin galerii Tate Modern. Bałka osiąga ceny w wysokości kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Ai Weiwei, który pokazuje swoje prace w Hali Turbin w tym roku, sprzedaje się powyżej 100 tysięcy dolarów.

Obserwowanie wyników aukcyjnych jest bardzo mylące. Nie można porównywać jedynie cen. Trzeba patrzeć też na prace, które są sprzedawane. Rysunki będą zazwyczaj tańsze niż wybitne dzieła. Drugi częsty błąd polega na porównywaniu rynku aukcyjnego z galeryjnym. W rzeczywistości nie mają ze sobą wiele wspólnego. My, jako galerzyści zajmujemy się rynkiem pierwotnym. Jesteśmy po stronie producenta, oferujemy pewien produkt z pierwszej ręki w takiej, a nie innej cenie. Rynek aukcyjny jest zaś podatny na spekulacje.

Ale o całym rynku sztuki decydują dziś zazwyczaj kolekcjonerzy i właściciele prywatnych galerii. Często ludzie pokroju Charlesa Saatchiego, którego posądza się o manipulowanie cenami. Czy takie galerie jak Raster mają wpływ na rynek sztuki?

Ceny są generowane przez rynek. Ale już rynek nie ma wpływu na wartości artystyczne. To często jest przedmiotem niezrozumienia. Z jednej strony stara się plasować sztukę jako kolejny produkt, a z drugiej odżegnuje się od tego i mówi, że sztuka nie powinna mieć z pieniędzmi nic wspólnego. Rynek sztuki jest chimeryczny i nie traktowałbym go jako poważnego narzędzia inwestycyjnego. W Polsce media elektryzuje wiadomość o kilkudziesięciu tysiącach za pracę Żmijewskiego, na Zachodzie podobnie działa kilka milionów wydanych na Damiena Hirsta. Z jednej strony sztuka stała się jakimś superluksusowym dobrem, które kosztuje niewyobrażalne pieniądze. Z drugiej jesteśmy my, którzy pracujemy blisko z artystami. Mamy kolekcjonerów, którzy nie są przylatującymi jetami biznesmenami wpadającymi na chwilę na Frieze, kupującymi coś za miliony funtów i za chwilę bawiącymi się na Seszelach. Współpracujemy z kolekcjonerami, którzy przez lata budują swoje zbiory. Uczą się o sztuce.

Kim jest polski kolekcjoner sztuki współczesnej?

Trudno stworzyć jednoznaczny portret. Generalnie w większości nie są to ludzie jakoś szczególnie zamożni. Nie mieszczą się pierwszej setce „Wprost”. Może tylko Grażyna Kulczyk operuje dużym majątkiem. Zazwyczaj są to osoby, które mogą sobie pozwolić na dużo mniej. Interesuje ich też udział w pewnej przygodzie. Co jakiś czas przeznaczają 10-20 tys. na zakup prac. Wielu z nich postrzega udział w rynku sztuki jako rodzaj swoistego mecenatu. Rozumieją, że kolekcjonowanie sztuki współczesnej, to nie tylko otaczanie się luksusowymi dobrami. Na ogół są dobrze wykształceni i otwarci.


Dlaczego na polskich aukcjach nie pojawiają się często prace współczesnych rodzimych artystów?

Najlepiej, jakby w ogóle się nie pojawiały. Pierwszym i najwłaściwszym miejscem zakupu sztuki współczesnej i wiedzy o niej są galerie, nie domy aukcyjne. To jest nowa sytuacja – mówię teraz o rynku globalnym – że na rynku aukcyjnym zaistniało wielu artystów współczesnych. Fakt, że ceny na sztukę współczesną wzrosły sprawił, że stała się ona łatwym łupem inwestycyjnym. Wielu ludzi zaczęło kupować sztukę tylko dla inwestycji. Na codzienną działalność galerii może to mieć niedobry wpływ. Ceny w galerii potrafią być o wiele niższe niż na aukcjach. Albo odwrotnie. W wyniku jakiegoś odruchu pozbycia się aktywów ludzie gwałtownie sprzedają, co powoduje, że ceny spadają. To trafia zarówno w galerię, jak i samego artystę. Polski rynek aukcyjny sztuki dawnej bardzo się nasycił. Powstał problem z podażą dobrej jakości prac. Spostrzeżono, że wyrasta rynek sztuki współczesnej. Ale nasze domy aukcyjne nie są zbyt dobrze przygotowane do poruszania się na nim. Spotkaliśmy się z opisywaniem prac w sposób, który sprzyja manipulacji. Nie pojawia się na przykład informacja, że praca pochodzi z długiej serii.

Pojawiły się głosy, że kryzys był korzystny dla sztuki, oczyścił rynek ze spekulacji, banków kupujących dzieła.

Na pewno trochę tak się stało, co można ocenić po spadku obrotów. Ale nadzieje, że będzie to wielki ozdrowieńczy moment się nie spełniły. Wielu kolekcjonerów zwolniło. Nie ma pędu. Wiedzą, że nie muszą kupować, bo jest kolejka chętnych. Dziś rozchodzą się wektory sztuki. Na sztukę ambitną i zarazem gorzej się sprzedającą i tę wykreowaną, popularną, drogą.

Ten rok wydaje się wyjątkowo dobry dla polskiej sztuki. Jedna z kopii „Nazistów” Piotra Uklańskiego sprzedała się niedawno w Londynie za 481 tysięcy funtów. Na początku roku padł rekord dla pracy polskiego artysty, tryptyk liczony Romana Opałki kupiono za 713 tysięcy funtów.

To są dane, które nie mówią nic o kondycji polskiej sztuki, nie są dla nas ważne i miarodajne, nie są potrzebne w naszej pracy. Interesuje nas to, jaki projekt robimy w galerii. Oceniamy na bieżąco naszą kondycję. I jesteśmy umiarkowanie optymistycznie nastawieni. Cały czas pozostajemy beneficjentami sytuacji niedorozwoju sceny sztuki współczesnej w Polsce. Przez długi czas nie istniały galerie prywatne w Polsce. Cały rynek trzeba było zbudować od nowa. Dziś pojawiają się fundusze inwestycyjne, domy aukcyjne, które starają się wmówić ludziom, że inwestowanie w sztukę współczesną będzie łatwym pomnożeniem kapitału. Nie można w to wierzyć.

Kilka lat temu media dużo mówiły o „efekcie Sasnala”. Popularność malarza miała zainicjować boom na polską sztukę na zachodzie. Faktycznie tak się stało?

To był raczej fenomen skierowany do wewnątrz. Został nazwany przez dziennikarzy, lecz niekoniecznie wyglądał w sposób, w jaki był opisywany. Z perspektywy międzynarodowej faktycznie pojawiła się generacja polskich artystów, którzy zaczęli być pokazywani przez galerie, instytucje. Zdobyli też jakiś rynek. Ale nie był to fenomen, który by wywrócił do góry nogami rynek sztuki światowej. Rynek po prostu się poszerzył o Indie, Brazylię, Meksyk czy Polskę. Za to w kraju zadziałał charakterystyczny dla prowincji mechanizm. Pojawiło się zainteresowanie młodymi rodzimymi artystami, gdy zaczęto pisać w gazetach, że ktoś na świecie zapłacił sporą sumę za obraz polskiego malarza. To pomogło rozwojowi lokalnego rynku.

Jeśli dziś przyszedłbym do Panów i powiedział, że mam do wydania 3-7 tysięcy i nie chcę stracić, to czyje prace powinienem kupić?

Radzimy zapomnieć o tym czy się straci, czy zyska. Jeżeli ktoś mówi, że chce inwestować, to odpowiadamy, że nie jesteśmy w stanie pomóc. Zajmujemy się sztuką, nie produktami inwestycyjnymi. Za 7 tysięcy polecilibyśmy kupić pracę Przemka Mateckiego, artysty o dużym potencjale. Albo Michała Budnego. Cały czas niedoceniany przez kolekcjonerów, w najbliższym czasie będzie miał kilka wystaw w międzynarodowych znaczących instytucjach, a jego prace są wciąż relatywnie tanie.

Galeria Raster działa od 2001 roku, jako jedna z niewielu polskich instytucji sztuki zaistniała na Zachodzie. W swoim portfolio ma wielu artystów międzynarodowej klasy, jak Zbigniew Libera, Wilhelm Sasnal, Rafał Bujnowski.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized