Tag Archives: biznes

Baśń o 177 prywatnych muzeach – kultura, biznes i filantropia w Turcji

Gdy spojrzy się w encyklopedyczne biografie największych tureckich biznesmenów przy niemal połowie nazwisk pojawia się podobna formułka: „przedsiębiorca, filantrop, kolekcjoner sztuki”. Gdy zajrzy się do statystyk muzealnych tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki można w nich wyczytać, że podlega mu 99 państwowych muzeów, natomiast tych, które mu nie podlegają – niezależnych finansowo i administracyjnie jest aż 177. Nie uwzględniając prywatnych kolekcji sztuki, których rok temu naliczono 1204. Ten turecki fenomen jest tym większy, że rozpoczął się niedawno, zaledwie trzy dekady temu, a dziś osiągnął niespotykane na świecie rozmiary. Ważne, że nie chodzi wyłącznie o ilość, ale także, a nawet przede wszystkim, poziom prywatnych instytucji sztuki. Duża cześć prywatnych muzeów to instytucje na najwyższym światowym poziomie, z którymi współpracę chętnie podejmują Tate czy Luwr.

sakip

Jedna z licznych wycieczek szkolnych w Sakip Sabancı Müzesi, fot. Business & Culture

Gdyby porównać historię polskiego i tureckiego muzealnictwa, to należałoby powiedzieć, że to drugie niemal jej nie ma. W 1920 roku w Turcji funkcjonowały raptem cztery muzea: Asar-ı Atika Müzesi (Muzeum Archeologiczne), Evkaf-ı Islamiye Müzesi (Muzeum Islamskie), Askerî Müze (Muzeum Militarne) oraz Müze-i Humayun (Muzeum Imperium Ottomańskiego). Trzy pierwsze działały w Stambule, czwarte miało oddziały w kilku anatolijskich miejscowościach. Żadne nie było muzeum sztuki sensu stricto, choć w każdym można było znaleźć jej elementy. Tureckie muzealnictwo narodziło się dopiero za czasów Atatürka, wraz z powołaniem do życia Republiki. Druga ważna fala nadeszła dla niego w latach 80, gdy po raz pierwszy właściciele wielkich holdingów, ale i mniejsi przedsiębiorcy, zaczęli otwierać własne muzea.

sandberk

Sadberk Hanım Müzesi, fot. Sadberk Hanım Müzesi/Vehbi Koç Foundation

Sadberk Hanım Müzesi było pierwsze. Zostało założone przez Vehbiego Koça, najbogatszego ówcześnie Turka. W ottomańskiej willi nad Bosforem znalazły się imponujące zbiory anatolijskiej sztuki, antyków, dzieł stworzonych nawet sześc tysięcy lat przed Chrystusem. Do dziś bardzo wpływowa rodzina Koç podejmuje wiele działań związanych z kulturą. Jednak to pierwsze dało przykład setkom innych tureckich przedsiębiorców. Mimo globalnego kryzysu, który uderzył także w założone w Turcji – dziś już międzynarodowe firmy – dynamika tworzenia prywatnych muzeów nie maleje. W 2009 roku w Stambule funkcjonowało 40 prywatnych muzeów, w roku 2013 – 43, w Ankarze liczba wzrosła z 31 do 34, w Izmirze z 8 do 11. Oficjalne statystyki Ministerstwa Kultury i Turystki podają, że w ciągu ostatnich trzech lat Turcy pozyskali z zagranicy 4138 dzieł sztuki.

Imponuje nie tylko skala zaangażowania sektora prywatnego we wspieranie sztuki, ale też sposób działania prywatnych instytucji. Wiele z nich zyskało międzynarodową sławę i liczną publiczność. To właśnie prywatna instytucja jest dziś najchętniej odwiedzanym tureckim muzeum. Yerebatan Sarnıcı czyli Cysterna Bazyliki to największa ze starożytnych cystern położonych w podziemiach miasta. W roku 2012 muzeum odwiedziło ponad 1,8 miliona osób. Prywatne muzea sztuki pozostają w tyle, ale i tak notują bardziej niż przyzwoite wyniki. Istanbul Modern to drugie w kraju najchętniej odwiedzane prywatne muzeum. Przyciągnęło ponad 665 tys. odwiedzających, z czego turyści stanowią według różnych szacunków od 30 do 50 procent. Wynik blednie przy liczbie odwiedzających Tate Modern (ponad 5 milionów rocznie). Jednak w porównaniu z muzeami i galeriami sztuki w Polsce robi już wrażenie. Wiodące stołeczne instytucje sztuki współczesnej rocznie odwiedza 200-300 tysięcy osób. Kolejne na tureckim podium znalazły się Miniaturk z ponad 530 tysiącami odwiedzających rocznie, Somuncu Baba Müzesi z 485 tysiącami oraz Sakip Sabanci Müzesi z 253 tysiącami.

IstanbulModern

Istanbul Modern i okolice dawnej przemysłowej dzielnicy, fot. DJ Hoogerdijk/Flickr.com (CC BY-ND 2.0)

Warto jednak wrócić do Istanbul Modern, które choć założone dopiero w 2004 roku zyskało już niemałą światową sławę. Położone w dawnych dokach nad Bosforem przyczyniło się znacznie nie tylko do popularyzacji sztuki współczesnej, ale i kulturalnego rozkręcenia podupadłej dzielnicy Karaköy. Równie ciekawa co historia instytucji jest też opowieść o rodzinie, która powołała ją do życia. Na pomysł założenia Istanbul Modern wpadło trzecie pokolenie biznesowego klanu założonego przez Süleymana Ferit Eczacıbaşıego, zdolnego farmaceutę-przedsiębiorcę. Jego syn Nejat F. Eczacıbaşı w 1954 został współfundatorem Wydziału Biznesu na Uniwersytecie Stambulskim, pełnił funkcję pierwszego prezydenta Turkish Educational Foundation, założył Istanbul Foundation for Culture and the Arts oraz Dr. Nejat F. Eczacıbaşı Foundation. Ostatnia skupiała się na stypendiach dla utalentowanych muzyków, filmowców i artystów oraz sponsorowaniu publicznych szkół oraz instytutów naukowych. Holding rodziny Eczacıbaşı działa w kilkudziesięciu branżach, produkuje m.in. sprzęt sanitarny, leki i oprogramowanie, sprzedaje ubezpieczenia i mieszkania, inwestuje w nowe technologie. Niemal w każdej poświęconej doktorowi Nejatowi nocie biograficznej można przeczytać, że często powtarzał swoim rozmówcom: „Sens życia można najlepiej zrozumieć za pomocą sztuki. Wartości, które najbardziej wywyższają ludzkość to kultura i sztuka”. Istanbul Modern posiada dużą kolekcję sztuki współczesnej z Turcji i regionu. Jej kolejne odsłony można oglądać w części przestrzeni wystawowych. Organizuje też wiele wystaw czasowych. Aktualnie można oglądać ekspozycję poświęconą najnowszej sztuce z Turcji i regionów sąsiedzkich – Bałkanów, Kaukazu i Bliskiego Wschodu.

pera

Pera Müzesi, fot. Luna/Flickr.com (CC BY-SA 3.0)

Skąd bierze się fenomen zainteresowania tureckiego biznesu sztuką próbuje tłumaczyć w najnowszym numerze kwartalnika „Herito” Özalp Birol, dyrektor jednej z najważniejszych w kraju prywatnych organizacji zajmujących się sztuką – Suna and İnan Kıraç Foundation. – Są niezwykle świadomi znaczenia znaczenia i prestiżu – zarówno w kręgach międzynarodowych, jak i w samej Turcji – wynikających z posiadania znaczącej kolekcji dzieł sztuki i otwarcia kompetentnej instytucji z niej związanej. (…) Z zadowoleniem zauważamy, że z każdym dniem prestiżowe instytucje ze świata biznesu kładą większy nacisk na kulturę i wydarzenia artystyczne, podejmując coraz cenniejsze inicjatywy i przydzielając środki na ich wdrożenie – tłumaczy Birol. Zanim został szefem założonej w 2003 roku Suna and İnan Kıraç Foundation przez wiele lat zajmował się sprzedażą i marketingiem, a później także zarządzaniem komercyjnymi markami, pracował m.in. dla Unilever, Nestle i grupy finansowej Yapı Kredi. Fundacja, którą kieruje podejmuje wiele działań z zakresu kultury i nauki. Sfinalizowała powstanie w Stambule wspólnego instytutu badawczego uniwersytetów Harvarda i Boğaziçi, doprowadziła do zdigitalizowania 20 tysięcy cennych ottomańskich manuskryptów.

Ale perłą w koronie Suna and İnan Kıraç Foundation jest Pera Müzesi. Założona w 2005 roku instytucja mieści się w dawnym hotelu Bristol, imponującym budynku w dzielnicy Beyoğlu. W stałej kolekcji znajduje się starożytna anatolijska sztuka, orientalne malarstwo XVII, XVIII i XIX wieku oraz ottomańska i turecka ceramika. Wszystkie prace pochodzą z bogatej, liczącej ponad 20 tysięcy obiektów kolekcji Suny Kıraç (jest córką Vehbiego Koça) i jej męża. Muzeum organizuje też ekspozycje artystów współczesnych, w tym roku m.in. Stephena Chambersa oraz Andy’ego Warhola. Posiada też bogaty program filmowy, nie tylko związany ze sztuką. Wystawy czasowe potrafi odwiedzić nawet 150 tysięcy osób w czasie ich 3-4 miesięcznego trwania. Özalp Birol zwraca uwagę, że muzeum szczególny nacisk kładzie na edukację młodego odbiorcy. Pera Müzesi codziennie odwiedzają dwie zorganizowane grupy szkolne, co daje rocznie 8-10 tysięcy osób. Wstęp dla nich jest darmowy, w przypadku weekendowych zajęć edukacyjnych dla rodzin opłata jest symboliczna i ma pokryć jedynie koszt materiałów wykorzystanych w trakcie warsztatów.

Sakip2

Sakip Sabancı Müzesi, zabytkowa część kompleksu muzealnego, fot. Business & Culture

Mówiąc o prywatnych tureckich instytucjach sztuki trudno nie wspomnieć o Sakip Sabancı Müzesi. Urodzony w rodzinie handlarzy bawełną Sakip Sabancı uchodził za najbarwniejszą i najbardziej lubianą postać tureckiego biznesu ostatnich dekad. Sprowadził nad Bosfor wiele międzynarodowych marek, m.in. sieć Hilton, BNP Paribas i Carrefoura. Sabancı Holding (na tureckich ulicach trudno nie zauważyć przy logotypach wielu globalnych marek charakterystycznych liter „SA” umieszczonych w dwóch niebieskich kołach) to ponad sześćdziesiąt różnych firm. Sabancı mawiał, że jest zły, gdy nazywa się go tylko bogatym, jest szczęśliwy ze swojej hojności. W 1974 roku powstała Sabancı Foundation utrzymująca do dziś ponad 120 ośrodków zdrowia, szkół i centrów kultury. W 1999 roku biznesmen założył Uniwersytet Sabancı. W końcu, dwa lata przed śmiercią, powołał do życia Sakıp Sabancı Müzesi. Na jego stałą kolekcję składa się unikatowy zbiór dawnej sztuki regionu, według wielu najcenniejszy na świecie – 320 ottomańskich i tureckich obrazów oraz ponad 400 przykładów ottomańskiej kaligrafii. Ale w muzeum regularnie odbywają się też wystawy czasowe. Aktualnie trwa „600th Anniversary of Turkish – Polish Relations”. W tym roku można było zobaczyć złożoną z kilkudziesięciu prac ekspozycję dzieł wybitnego brytyjsko-indyjskiego rzeźbiarza Anisha Kapoora. W poprzednich latach Sakıp Sabancı Müzesi gościło imponujące wystawy Picassa, Rodina, Beuysa, Daliego i Rembrandta. Muzeum ściąga do siebie ekspozycje z Victoria and Albert Museum czy Luwru, Przy okazji prowadzi jedną z najlepszych w mieście restauracji, którą dowodzi Peter Gordon, znany nowozelandzki szef kuchni. Placówkę odwiedza rocznie ponad 250 tysięcy osób, znajduje się ono na osiemnastym miejscu najchętniej odwiedzanych muzeów w Turcji. Mimo że wymaga od zwiedzającego nawet godzinnej podróży z centrum miasta – położone jest w urokliwej willi w odległej od śródmieścia, zielonej dzielnicy Emirgan.

Turecki przykład obala często przywoływany w Polsce argument, że na wsparcie prywatnych firm kultura nie może liczyć, ponieważ kraj nad Wisłą, to nie Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, gdzie tradycje filantropii czy sponsoringu są dużo dłuższe, a społeczeństwa bardziej wyedukowane kulturalnie. Turcja to przykład, że sztuka w prywatnych rękach może przyczynić się do rozwoju całego społeczeństwa. I nie tylko. – Wzrost liczby muzeów finansowanych z prywatnych środków, ich interesujące wystawy i towarzyszące im kulturalne czy artystyczne wydarzenia wpłynęły na państwowe muzea i władze. Rozważają one wystawiane swoich cennych kolekcji z zastosowaniem nowoczesnych metod ekspozycyjnych, aby zwiększyć zainteresowanie i liczbę odwiedzających – zauważa Özalp Birol.

[MF]

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

USA: biznes + kultura

Raz na jakiś czas pada w Polsce pomysł, aby wprowadzić amerykański model finansowania kultury oparty na prywatnym sponsoringu. Ostatnio także w Wielkiej Brytanii, której rząd drastycznie obciął wydatki na kulturę, pojawiają się podobne głosy. Problem w tym, że choć w obu wypadkach partnerstwo biznesu i kultury należy rozwijać, to próba przeniesienia na europejski grunt systemu amerykańskiego jest z gruntu skazana na porażkę.

Według oficjalnych danych kultura w Stanach Zjednoczonych jest finansowana tylko w 40 procentach z pieniędzy poszczególnych stanów i rządu federalnego. Reszta pochodzi od prywatnych bądź korporacyjnych sponsorów. Dla większości Amerykanów to nie dowód na niedostateczne zaangażowanie państwa w kulturę, lecz potwierdzenie siły wolnego rynku także w obrębie kultury. Słynny ekonomista Milton Friedman opisał w książce „Wolny wybór” przypadek Chicago końca XIX wieku. Wtedy w mieście powstały Instytut Sztuki, Biblioteka Newberry, Chicagowska Orkiestra Symfoniczna, Uniwersytet Chicagowski, Muzeum Historii Naturalnej, Biblioteka Crerara. Większość z nich została stworzona, a później także prowadzona za prywatne pieniądze.


Fundacja Solomona R. Guggenheima działa od 1937 roku. Na zdjęciu nowojorskie Guggenheim Museum powstałe w 1959 roku, fot. wikipedia.org.

Jednak już na początku XIX wieku budowano kulturalne instytucje w podobny sposób. Amerykańskim elitom zależało na dogonieniu Europy we wszystkich możliwych sferach, stąd ich szczodrość dla muzeów, bibliotek czy uniwersytetów. Kolejna fala prywatnych środków dla kultury w Stanach Zjednoczonych trafiła po II wojnie światowej. András Szántó w opublikowanym dwa lata temu na łamach „The Art Newspaper” artykule zauważa, że inwestycje miały związek rywalizacją ze Związkiem Radzieckim na wszystkich polach, od przestrzeni kosmicznej, przez sport, po kulturę właśnie. „Skoro sowieci mieli Balet Bolszoj, to Fundacja Forda musiała założyć City Ballet” – pisze Szántó.

To nie jedynie powody tak dużego zainteresowania kulturą w Stanach Zjednoczonych przez prywatnych sponsorów. Kultura jest tam (czego cały czas nie można powiedzieć o Polsce) silnie związana z rozwojem społeczności lokalnej. Dlatego większość pieniędzy trafia bezpośrednio do regionu, w którym fundator prowadzi swoją działalność. Mało prawdopodobne, aby przedsiębiorca ze wschodniego wybrzeża wspierał muzeum z Los Angeles. Lokalni przedsiębiorcy traktują kulturę jako rodzaj współzawodnictwa, tak samo jak właściciele klubów baseballowych swoje drużyny. Programy sponsoringowe mają więc giganci jak Chase czy American Express, ale aż 69 proc. prywatnych pieniędzy pochodzi od firm z zyskiem poniżej 1 miliona dolarów rocznie.


fot. partnershipmovement.org

Wszystko to sprawia, że amerykański model sponsoringu kultury nie mógłby się przyjąć w Polsce, ani nawet Wielkiej Brytanii. To system wynikający z konkretnych historycznych uwarunkowań. Co nie znaczy, że nie powinniśmy bliżej przyjrzeć się niektórym rozwiązaniom ze Stanów Zjednoczonych. Choćby organizacji Americans for the Arts założonej już w 1960 roku (wtedy nazywała się Community Arts Councils). Przez ponad pół wieku działalności zamiast konkurować z podobnymi podmiotami łączyła się z nimi tworząc w efekcie najsilniejszą w Stanach Zjednoczonych, jeśli nawet nie na świecie, grupę prywatnych sponsorów kultury, fundacji i instytucji kulturalnych. W 1967 roku przyłączył się do niej nawet Business Committee for the Arts miliardera i filantropa Davida Rockefellera.

Dziś Americans for the Art mają 150 tys. członków i prowadzą kilkanaście programów związanych z kulturą, poczynając od doradztwa, przez edukację, lobbing na rzecz kultury, po zdobywanie prywatnych środków. Jednym ze stałych programów jest The pARTnership Movement  pozwalający na łatwą i szybką budowę więzi między biznesem i kulturą. The pARTnership Movement zajmuje się indywidualnym pozyskiwaniem prywatnych środków na konkretne przedsięwzięcia, ale też pozwala dzięki platformie internetowej na szybkie i łatwe znalezienie inicjatyw, które poszukują sponsora. Jednak nie wszędzie i za wszelką cenę. Tak, jak całe  Americans for the Art, tak i ta inicjatywa jest powołana dla łączenia konkretnych, pasujących do siebie przedsięwzięć. Zgodnie z przekonaniem, że przedsiębiorca powinien nie tylko wkładać w kulturę pieniądze, ale i się w nią angażować, czuć projekt, który sponsoruje, mieć świadomość współtworzenia go. I akurat ten element amerykańskiego systemu sponsoringu kultury przydałoby się faktycznie przenieść do Polski.

4 Komentarze

Filed under Uncategorized

Teatr to także firma

Z publicznej debaty o stanie teatru i jego finansowaniu w Polsce powinniśmy się cieszyć. Trudno jednak o radość, gdy obie strony sporu okopały się na swoich pozycjach i zamiast rozmawiać rzeczowo używają często emocjonalnych argumentów. „Ja się tak wkur…łam, że aż osłabłam. Nawet kawy nie zaproponowali. Ja nie wytrzymam, chodźmy” – powiedziała Monika Strzępka, reżyserka teatralna i wyszła ze studia radia Tok Fm. Rozsierdziły ją pytania Grzegorza Chlasty, który nieco prowokacyjnie sugerował, że teatr nie jest w ogóle Polakom potrzebny.

To tylko jeden z elementów dyskusji rozpoczętej przez problemy z wyborem nowego dyrektora Teatru Dramatycznego oraz wypowiedź urzędnika odpowiedzialnego za kulturę w stolicy, który zasugerował, że Dramatyczny powinien brać przykład z grającego lekkie przedstawienia Teatru Komedia. W odpowiedzi artyści przygotowali apel, który odczytują po spektaklach Warszawskich Spotkań Teatralnych. W debatę od razu włączyły się media, które stają z reguły po stronie twórców.

Razem stawiają zarzuty o upolitycznienie teatru, próbę jego komercjalizacji, obcinanie dotacji z budżetów miejskich (w Warszawie o 12 proc.), niezrozumienie sztuki przez niekulturalnych urzędników. Za zarzutami idą postulaty: odpolitycznić teatr, oddać go ludziom teatru, zrezygnować z menadżerów na stanowiskach dyrektorów i dać więcej pieniędzy z budżetu. „Teatr nie jest firmą/nie jest produktem, widz nie jest klientem. Nie rezygnujmy z artystów, rezygnujmy z niekompetentnych decydentów” – piszą twórcy.

Teatr Dramatyczny w Warszawie, fot. Cezary P/wikipedia.org/CC BY-SA 3.0

Problem w tym, że do jednego worka wrzucono postulaty z różnych bajek. Co innego gdy dyrektorem zostaje radna sejmiku, co innego, gdy człowiek, który ma wszelkie predyspozycje, aby wyprowadzić teatr z zapaści finansowej, a jedyną jego wadą jest fakt, że nie należy do środowiska. Co innego, kiedy awangardowym scenom zostawia się pieniądze na jedną premierę rocznie, co innego, gdy wymaga się od teatru by walczył o widza. Trudno jednoznacznie stanąć po stronie ludzi teatru w sytuacji, gdy protestują nie tylko przeciw urzędniczej ignorancji, ale też namowom, aby walczyli o publiczność i komercyjnych sponsorów. W wielu teatrach cały czas nie dba się o sprzedaż większej ilości biletów, nie inwestuje się w promocję, nie myśli o tym, co będzie, gdy pieniędzy z miasta przestanie starczać na kilka premier w roku, opłacenie etatów i łatanie dziur w dachu.

Obecna debata raczej nie doprowadzi do rozwiązania problemu. Obie strony nie proponują rozwiązań, które można by nazwać reformą teatru i budową jasnych relacji na linii teatr-publiczny mecenat. Co ciekawe niedawno podobna debata wybuchła w Wielkiej Brytanii. Kiedy w zeszłym roku po raz pierwszy opublikowano National Planning Policy Framework, Mhora Samuel dyrektor Theatres Trust zauważył, że w dokumencie zabrakło nie tylko teatru, ale i kultury. Urzędnicy rozpoczęli więc dialog, w wyniku którego do poprawiania dokumentu zaproszono dziewiętnaście organizacji kulturalnych, które nie głowiły się jak zapisać pieniądze dla kultury, ale wyszły od jej miejsca i znaczenia dla społeczności lokalnej.

Magazyn TM wydawany przez Theatres Trust, fot. theatrestrust.org.uk

W kontekście całej afery wart jest wspomnienia także przykład samego Theatres Trust. To rządowa jednostka zajmująca się doradztwem, pomocą w kontakcie z lokalnymi władzami, społeczeństwem, rozwijaniu nowych projektów, dostarczaniem wiedzy, a nawet sprawami renowacji teatralnych obiektów. Jego rola bywa podobna do tej, którą w Polsce sprawuje Instytut Teatralny. Jednak kompetencje, budżet i możliwości są dużo większe.

Druga brytyjska instytucja, której brak w Polsce, to Theatrical Management Association. Podczas, gdy twórcy teatru w Polsce krzyczą, że teatr to nie firma, w Wielkiej Brytanii już od 1894 roku działa teatralne stowarzyszenie mające w statucie zapisane realizowanie biznesowej misji teatru. TMA szkoli, dostarcza narzędzi promocyjnych, łączy z komercyjnymi sponsorami, wydaje branżowy magazyn, przyznaje własne nagrody.

Bez wątpienia podobnych organizacji brakuje w Polsce. Ale aby powstały potrzebna jest nie tylko urzędnicza życzliwość i pieniądze, lecz także zrozumienie przez artystów, że polski teatr działa w warunkach rynkowych czy tego chce czy nie. Jedne sceny mają większą możliwość ich wykorzystania, inne mniejszą. Ale każda powinna z tej możliwości korzystać. Dla własnego dobra.

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Zarządzanie oparte na sztuce

„Organizacje potrzebują sztuki. Potrzebują kultury w swoim biznesie. Żyjemy w czasach przemian i ten czas woła o nowe modele, nową ideę zarządzania i nowe narzędzia marketingowe” – to zdania tyleż prawdziwe, co oczywiste. Jednak wciąż pozostające w teorii, a nie praktyce biznesu. Wypowiedział je profesor Giovanni Schiuma, włoski naukowiec i szef Arts for Business Institute na konferencji The Culture Capital Exchange. Część jego wystąpienia zamieścił internetowy serwis Guardian Professional.

Schiuma zbudował swoją wypowiedź w formie apelu do biznesu. To coś w stylu wołania: otwórzcie oczy, weszliśmy w XXI wiek, a wasze modele zarządza są jak z lat 50., była rewolucja przemysłowa, technologiczna, czas na rewolucję kulturalną. „Włączenie sztuki w biznes, to coś więcej niż powieszenie obrazów na ścianach” – mówił. Rozwijając myśl można dodać, że kultura traktowana instrumentalnie sprawdza się tylko na krótką metę. Kultura to nie narzędzie marketingowe, to sposób na zarządzanie organizacją.

Oczywiście profesor Schiuma nie odkrywa Ameryki. Mimo to jego apel wydaje się istotny. Potrafi w krótkich zdaniach uzasadnić rolę kultury w biznesie. Tworzy listę pięciu wyzwań, przed którymi stają organizacje w XXI wieku. Nazywa je 5E. Pierwsze E to doświadczenie (experience). Każde nasze zetknięcie z ekonomią jest nowym doświadczeniem, nawet zakup podstawowych produktów. Kolejne to emocje, bo już nie chodzi tylko o techniczne know-how, ale i to z jakimi emocjami podchodzimy do produktów czy rozwiązań proponowanych przez biznes. Z kolei energia ludzi i jej wykorzystanie liczy się w procesie produkcji. Do tego etyka czyli odpowiedzialność społeczna, o której jeszcze niedawno mowy nie było. Środowisko (enviroment) to ostatnie E. Odpowiedzią na wszystkie z wyzwań staje się kultura. A konkretnie Arts-Based-Initiatives (ABIs).

Niestety Guardian Professional nie wspomina o ABIs, których teorię od kilku lat rozwija profesor Schiuma. ABIs to model zarządzania oparty na co najmniej jednej formie sztuki – daje ludziom możliwość doświadczać sztuki w kontekście organizacji, albo pozwala traktować sztukę jako aktywa firmy. Mówiąc krótko chodzi o wykorzystywanie pozytywnego procesu zaangażowania emocjonalnego lub racjonalnego uzyskanego dzięki kulturze. W ABIs nie chodzi o dzieło sztuki, jako takie, ale o doświadczenia związane ze sztuką. Albo sztukę, kulturę jako medium, które katalizuje, napędza, a w efekcie pozwala wywrzeć wpływ na ludzi. Jakie korzyści płyną z ABIs? Zmusza grupy ludzi do budowania i dzielenia się emocjami oraz energią, tworzy społeczność, umacnia więzi, pobudza kreatywność. Pozostaje przy tym zjawiskiem indywidualnym, czyli cenionym. I w końcu różni się od znanych nam modeli zarządzania.

To w dużym skrócie. Do  ABIs jeszcze wrócimy, bo temat jest ciekawy i zasługuje na oddzielny wpis. Tym razem chcieliśmy jedynie przywołać apel Giovanniego Schiuma. Dlatego zakończymy jego słowami: „Jedynie poprzez integrację sztuki w naszym DNA możemy stworzyć, to co uważam za prawdziwą organizację XXI wieku”.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Handel sztuką – nadchodzi rewolucja?

Sztuka w Polsce boi się internetu. Mniejsza o państwowe muzea czy galerie, które nie tylko nie udostępniają swoich zbiorów online, ale nawet nie prowadzą zazwyczaj przyzwoitych stron internetowych. Także komercyjne instytucje obstają cały czas przy tradycyjnym modelu. Sztukę kupuje się w galerii lub domu aukcyjnym. Fizycznie, rzadziej przez telefon. Owszem, zdarza się, że można także przez internet, ale to właściwie incydentalne przypadki.

Pod koniec stycznia opisywaliśmy przypadek VIP Art Fair, targów sztuki, które odbywają się wyłącznie online. Podczas drugiej edycji odwiedziło je 150 tys. zarejestrowanych gości, zanotowano ponad 9 milionów odsłon stron z dziełami sztuki. Nie ujawniono ile prac zostało sprzedanych. Wszystko wskazuje jednak na to, że VIP Art Fair były sporym sukcesem James Cohan Gallery, która zorganizowała wydarzenie. Targi zyskały nowych inwestorów, którzy na ich rozwój wyłożyli milion dolarów. Już w kwietniu VIP Art Fair uruchomią VIP Paper, w lipcu VIP Photo, a we wrześniu VIP Vernissage.


Szybki rozwój nie jest jedynie domeną VIP Art Fair. Paddle8  ruszyło zaledwie rok temu, a już dziś jest traktowane przez prestiżowe galerie jako poważny partner. Pomysł był prosty – stworzyć internetowy odpowiednik stacjonarnej galerii, która będzie nie tylko oferowała katalog prac na sprzedaż, ale także wystawy przygotowane przez uznanych kuratorów.

W tym roku młodziutkie Paddle8 rozpoczęły współpracę z nowojorskimi Armory Show, jednymi z największych i najważniejszych targów sztuki na świecie. Dzięki temu Armory zadebiutuje w sieci. Chęć sprzedaży prac online zadeklarowała setka, czyli połowa z galerii pojawiających się na stacjonarnych targach. Paddle8 dostanie cztery procent z każdej transakcji, czyli dużo mniej niż biorą stacjonarne galerie. Podobna do Paddle8 platforma Artspace zapowiedziała niedawno podjęcie współpracy z nowojorskim AIPAD Photography Show i Texas Contemporary Art Fair.

Targi czy galerie online nie demokratyzują jednak wbrew pozorom rynku sztuki, a jedynie nadają mu wymiar jeszcze bardziej globalny. Pozwalają także zaoszczędzić od kilku do kilkunastu procent przy każdej transakcji. W odróżnieniu od tradycyjnych targów nie pobierają opłat od zwiedzających, a prowizje od sprzedających i kupujących są dużo niższe. Jednocześnie cały czas galerzysta ma prawo odrzucić ofertę, decydować czy chce właśnie nam sprzedać daną pracę. Rejestrując się musimy zostawić nasze dane kontaktowe, a w wypadku, gdy kupimy pracę sprzedawca będzie wiedział, co nas może zainteresować podczas kolejnej wizyty.

Sukcesy VIP Art Fair, Paddle8 czy Artspace pokazują, że inwestycje sztuki w internet opłacają się. Jednocześnie wskazują, że nawet na zachodzie tradycyjne galerie nie do końca radzą sobie samodzielnie w obszarze internetu. I już powstają kolejne projekty chcące wykorzystać oba fakty. Najwięcej mówi się o art.sy. Skromna strona to jedynie zapowiedź tego, co pod adresem znajdziemy już niedługo. Projekt budzi zainteresowanie ze względu na postacie jego twórców. Należą do nich tuzy ze świata sztuki, biznesu i nowych technologii: Dasza Żukowa, szefowa słynnej moskiewskiej galerii Garage CCC i zarazem partnerka miliardera Romana Abramowicza, Jack Dorsey, pomysłodawca Twittera, Petera Thiel, współzałożyciel PayPala oraz Wendi Deng, żona magnata medialnego Ruperta Murdocha. Świat sztuki jeszcze nie wie, co się szykuje. Ale jest pewny, że coś naprawdę wielkiego.

2 Komentarze

Filed under Uncategorized

Barbadosu kreatywność na eksport

– Bez kreatywnych dziedzin sztuk, nie ma przemysłów kreatywnych, nie ma kreatywnej ekonomii i kapitału. Biznes powstaje dzięki artystom – powiedział tydzień temu doktor Keith Nurse z University of the West Indies na Barbadosie. Na tej małej, zamieszkałej zaledwie przez 300 tys. osób karaibskiej wyspie toczy się właśnie gorąca dyskusja na temat przemysłów kreatywnych.

Bezpośrednio wywołała ją rządowa ustawa dla przemysłów kultury. Odbyły się już jej konsultacje społeczne w grupach poświęconych konkretnym gałęziom kultury. Kolejnym krokiem ma być dopracowanie ustawy i wcielenie jej w życie. Podobnie, jak w przypadku Australii, o której pisaliśmy kilka dni temu, i tym razem zwraca się uwagę na zaangażowanie w projekt rozwoju przemysłów kreatywnych nie tylko Ministerstwa Kultury, ale właściwie wszystkich rządowych resortów Barbadosu.

Stephen Lashley, Minister Kultury Barbadosu / fot. http://www.ifacca.org

O ile jednak w przypadku Australii czy Europy (tutaj opisujemy ciekawy przypadek Nadrenii Północnej-Westfalii) przemysły kreatywne brzmią poważnie, o tyle ich realny wpływ na ekonomię w małym Barbadosie może wydawać się podejrzany. Zupełnie niesłusznie. Doktor Nurse zbadał aktualną sytuację przemysłów kreatywnych nie tylko na Barbadosie, ale także innych wyspiarskich krajach regionu – Trynidadzie i Tobago, Jamajce, czy nawet mikroskopijnej Saint Lucia.

Okazuje się, że nic nie nakręca turystyki tak mocno, jak właśnie kultura. Podczas Crop Over Festival na Barbadosie osoby spoza kraju zostawiają 3,2 mln dolarów, St. Lucia Jazz Festival daje niemal 15 mln. Nurse  oszacował też wartość rynku muzycznego na Karaibach. W przypadku Barbadosu na 20-25 mln dolarów, co przekłada się na całkiem sporą liczbę miejsc pracy. Biorąc pod uwagę, że warty 80-100 mln rynek muzyczny na Jamajce tworzy 15 tys. etatów, to na Barbadosie powinno ich dzięki niemu powstawać niemal 4 tysiące.

Ale dla rządu to za mało. Minister Kultury Barbadosu, Stephen Lashley chce, aby ustawa została uchwalona najpóźniej w połowie roku. Ma wyznaczyć ramy rozwoju kultury w kategoriach biznesowych. Ustawa nie daje oczywiście gotowych rozwiązań, ale ma stwarzać preferencyjne warunki dla przedsiębiorstw, które zdecydują się działać w sektorach kreatywnych, zapewniać infrastrukturę, wspierać badania i pozyskiwanie funduszy. Lashley podkreśla, że uchwalenie ustawy przełoży się nie tylko rozwój kraju czy turystykę, ale także zwiększy eksport towarów i usług.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Sztuka – jak zniszczyć własny wizerunek

Gwiazda domu aukcyjnego Abbey House rozbłysła niespodziewanie. Dziesiątki artykułów obwieszczały nową jakość w handlu młodą polską sztuką. Raporty Abbey House zapowiadały niesłychanie duży zwrot z inwestycji. Aukcje notowały niesamowite rekordy. Po wejściu Abbey House na giełdę jego akcje skoczyły z niecałych pięciu złotych za jednostkę do osiemnastu w zaledwie dwa miesiące.

Dziś bańka pękła. Raz za razem ukazują się niepochlebne artykuły, których wcześniej nie było. Akcje szybują w dół. Miesiąc wystarczył, aby wartość jednostki spadła z osiemnastu złotych do niewiele powyżej dziesięciu. Ostatnia aukcja zanotowała wynik pięciokrotnie gorszy niż listopadowa i niemal dziesięciokrotnie gorszy niż październikowa. Abbey House stawia siebie w roli zaszczutej przez czarny PR firmy. Prawda jest zupełnie inna. Abbey House napompowało balon swojej promocji tak, że musiał pęknąć. A gdy przyszedł wizerunkowy kryzys dom aukcyjny zareagował w najgorszy z możliwych sposobów robiąc sobie jeszcze większą krzywdę.

Nie ma, jak twierdzi Abbey House, nagonki na młodą polską sztukę. Jest reakcja na lukrowane artykuły sponsorowane. Dobry PR i działania wizerunkowe muszą mieć poparcie w rzeczywistości. A jakie poparcie w faktach ma nazywanie jednego z szefów Abbey House „polskim Charlesem Saatchim” w tekście napisanym przez PR-owca firmy na łamach jednego z polskich miesięczników? To co na początku było śmieszne, zaczęło denerwować i w końcu zmusiło dziennikarzy, najpierw „Forbesa” potem „Gazety Wyborczej” i radia Tok Fm do przyjrzenia się Abbey House. A im bardziej się mu przyglądali, tym mniej wszystko się zgadzało.

Prawdziwym dramatem była jednak reakcja Abbey House. Zamiast wdrożyć rozsądną kryzysową strategię dom aukcyjny zaatakował. Wszystkich – dziennikarzy, konkurencję, internautów. A to wywołało drugą falę niepochlebnych doniesień medialnych. Trudno wyjaśnić, co kierowało PR-owcami firmy, którzy najwyraźniej postanowili znaleźć jeszcze większe grono wrogów. W telewizji szef rady nadzorczej Abbey House tłumaczył, że „nieinteligentni nie są naszymi klientami”.

Teksty broniące dom aukcyjny ukazywały się na należącym do Abbey House portalu artibiznes.pl. „Autorką artykułu o niedobrym Abbey House jest  Anna Legierska (…) O jej wykształceniu ani doświadczeniu w dziedzinie sztuki nic nam nie wiadomo. Natomiast jedną z audycji w TOK FM prowadziła Anna Laszuk – zanim trafiła do tego radia, pracowała jako socjoterapeutka, nauczycielka gry na fortepianie i teorii muzyki, instruktorka w pracowni form teatralnych. Jej motto, jak głoszą oficjalne informacje radia, brzmi: Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne dziewczynki idą dokąd chcą!… Jak widać, można zajść bardzo daleko tylko dlatego, że się chce…” – atakowała dziennikarki personalnie Anna Jastrzębska. „Polacy słyną, i to nie tylko w biznesie, z wyjątkowej zawiści. Większość z nas nienawidzi, gdy innym coś się udaje. Zamiast cieszyć się sukcesami innych, zgrzytając zębami myślimy, jak tu zaszkodzić konkurencji” – ogłaszała  prawdy o naszych narodowych wadach z zupełną powagą Aleksandra Binkowska. Z kolei na Facebooku administrator strony Abbey House odpowiadał na krytykę ze strony Jakuba Żulczyka słowami: „Każdy kto zna jego teksty, nie bierze ich na poważnie. W tym ponoć tkwi siła tego felietonisty – żeby każdego krytykować, bo najwidoczniej inaczej nie potrafi zwrócić na siebie uwagi”.

Żeby nie wyłamywać się z konwencji zastosowanej przez Abbey House pozostaje nam skomentować sprawę słowami: na takie działania wizerunkowe w kryzysie to normalnie ręce opadają.  A mówiąc serio Abbey House mógł zrobić wiele, aby walczyć o swój dobry wizerunek. Mógł przedstawić wyłącznie merytoryczne argumenty, zwerbować ekspertów i postawić ich na linii frontu, związać się szybko z lepszymi, bardziej uznanymi artystami, którzy uwiarygodniliby przedsięwzięcie. Nawiasem mówiąc takie działania przydałyby się od samego początku istnienia Abbey House. Wydaje się, że lepszym rozwiązaniem byłoby nawet przeczekanie burzy, wydanie oficjalnego oświadczenia i milczenie. Chyba wszystko byłoby lepsze niż prowadzenie wojny, w której nie da się wygrać facebookową stroną zatytułowaną „Wspieraj Sztukę Nie Wojnę”. Do grupy dołączają młodzi ludzie, a Abbey House zależy na świecie biznesu. Straszny, podręcznikowy błąd. Czyżby PR-owcy zapomnieli określić grupę docelową kryzysowej komunikacji?

Przedstawiciele domu aukcyjnego próbują przekonywać, że chciała ich zniszczyć bliżej nie określona konkurencja. Ale Abbey House nie ma na tyle silnej konkurencji. Polskie galerie nie troszczą się o PR, nie są w stanie przeprowadzić takiej akcji. Co więcej, choć wiele osób związanych ze sztuką nie ceni sobie samego Abbey House, to przyglądało się działalności domu aukcyjnego z ciekawością, a nawet nadzieją. Nie od jednego galerzysty słyszeliśmy słowa w stylu: „Może uda im się rozkręcić modę na kolekcjonowanie młodej polskiej sztuki, wtedy wszyscy na tym zyskamy”.

Na całym zamieszaniu traci nie tylko Abbey House. Jak słusznie zauważono w jednym z artykułów ucierpi także ogólne zaufanie do inwestowania w młodą polską sztukę i wizerunek firm zajmujących się nią. Szkoda też artystów, którzy związali się z Abbey House. Owszem, w większości to przeciętniacy, ale nie o to chodzi. Wreszcie ktoś na polskim rynku zaproponował młodym twórcom stałe wsparcie i promocję ich twórczości. W pakiecie dostali razy, które spadają na nich za każdym razem, gdy media krytykują Abbey House.

4 Komentarze

Filed under Uncategorized