Monthly Archives: Grudzień 2010

Happy New Year Mr. Warhol

8 marca 1981 roku Andy Warhol zanotował w swoim dzienniku: „Klub dwudziestu facetów kupi dwa tysiące butelek Dom Pérignon, które zostaną umieszczone w zapieczętowanym pomieszczeniu. Aż do roku 2000, kiedy go otworzymy. Zobaczymy, kto będzie wtedy jeszcze z nami”. Warhola już nie było. Zmarł trzynaście lat przed nastaniem XXI wieku.

W tym roku firma zarządzająca marką Dom Pérignon postanowiła zinterpretować (i wykorzystać biznesowo) zapisaną przez artystę anegdotę. Zadanie powierzono zespołowi Central St. Martin’s London Design. Opakowanie szampana rocznik 2002 jest hołdem złożonym Warholowi. Co jest odstępstwem od dotychczasowej polityki firmy – przez lata butelka nie zmieniała się podkreślając tradycje Dom Pérignon. Teraz nabrała pop-artowskich barw i sitodrukowej stylizacji. Zupełnie jakby zaprojektował ją sam Andy. Oby więcej takich połączeń kultury i biznesu w nowym roku.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Cyfrowa współpraca

U zarania ery cyfrowej wieszczono rychły kres kultury. Internet i nowe media miały ją sprowadzić do roli łatwej i szybkiej rozrywki dostępnej bez wychodzenia z domu. Początkowo wszystko wskazywało na to, że te przewidywania się spełnią. Jednak bardzo szybko zauważono korzyści płynące z cyfrowego partnerstwa. I dziś coraz częściej nowe media służą kulturze. Dowodem na to są projekty powstające we współpracy z międzynarodowymi korporacjami. Z kilkunastu zrealizowanych w ciągu ostatnich lat, trzy zasługują na szczególną uwagę.

W 2009 roku hiszpańskie Muzeum Prado razem z Google Earth uruchomiło projekt The Prado in Google Earth. Korzystając z programu stworzonego przez informatycznego giganta można pozostając w domu podziwiać czternaście arcydzieł, w tym obrazy Goi, Velázqueza i Rubensa. To coś więcej niż zwykła wirtualna galeria. Dzieła przedstawiono w jakości 14 mln pikseli, czyli 1400 razy lepszym standardzie niż 10 megapikselowy aparat. Dzięki takiej rozdzielczości oglądający mogą dostrzec szczegóły, takie jak mała pszczoła na jednym z kwiatów na obrazie Trzy Gracje, czy docenić złożoność figur w dziele Ogród ziemskich rozkoszy Boscha.

W tym roku powstał wspólny projekt nowojorskiego Guggenheim Museum i serwisu You Tube YouTube Play. To globalny, międzynarodowy konkurs dla kreatywnych twórców filmów wideo. Wyróżnione klipy zostały zaprezentowane w nowojorskim Muzeum Guggenheima, a wybrane także w Muzeach Guggenheima w Berlinie, Bilbao i Wenecji. Prace są też dostępne dla widzów z całego świata w serwisie YouTube.

Z kolei użytkownicy iPhonów i smartfonów z oprogramowaniem Android podczas wystawy „DIY Augmented Reality” mogli obejrzeć na ekranach swoich telefonów dodatkowe prace, które nie znalazły się fizycznie na wystawie. Uzyskali też znacznie szerszą informację o wystawie niż użytkownicy poruszający się po niej z papierowym folderem. Wszystko dzięki rozpoczętej w tym roku współpracy producenta aplikacji Layar z nowojorską galerią MoMA. Layar to darmowa aplikacja na telefon pokazująca informacje o otoczeniu użytkownika smartfona przy użyciu wbudowanej kamery telefonu.

Dzięki cyfrowemu partnerstwu kultury i nowych technologii po raz pierwszy znikają wszelkie ograniczenia geograficzne. A sztuka przestaje być elitarną, stając się egalitarną. Teraz pozostaje czekać na podobne projekty w Polsce.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Rewolucji nie będzie

„Coraz więcej twórców, samorządowców, organizatorów rozumie, że kultury nie da się zamknąć w dziedzinie twórczości artystycznej i relacji między władzą a twórcami, że trzeba na nią patrzeć w perspektywie rozwoju kraju. Ale reformy nie da się przeprowadzić bez zasadniczej zmiany otoczenia kultury. A to zależy od struktur państwa, które mimo debaty po Kongresie nie przestawiły się na nowe myślenie” – mówi w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Jerzy Hausner, autor pochodzącego sprzed dwóch lat planu radykalnej reformy polskiej kultury.

Planu niewdrożonego – dodajmy. Hausner proponował wprowadzenie większej konkurencyjności w kulturze. Jej finansowanie chciał oprzeć na konkursach zmuszając zmurszałe instytucje do działania. Nie trudno się domyślić, że sprzeciw twórców był ogromny. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Hausner jest dużo mniej radykalny. Wywiadu udziela jako ekspert Obywateli Kultury.

„Jeśli nie można zmienić systemu od góry, to trzeba spróbować od dołu. A taki ruch jak Obywatele Kultury świetnie się do tego nadaje. Są w nim ludzie z różnych instytucji i organizacji, eksperci, twórcy, intelektualiści, nauczyciele akademiccy. Nie można ich zlekceważyć” – tłumaczy Hausner.

To prawda, Obywatele Kultury są pierwszym tak dużym i zorganizowanym ruchem na rzecz kultury. Z drugiej strony wiara byłego wicepremiera w możliwości ruchów oddolnych wydają się – mówiąc otwarcie – naiwne. Szczególnie w przypadku, gdy nawet Ministerstwo Kultury niewiele może. Kulturze potrzebne są radykalne rozwiązania. Minister Bogdan Zdrojewski lubi chwalić się nowymi inwestycjami. Ale niemal wszystkie z najbardziej znaczących powstają za unijne pieniądze. Na finansowanie ich działalności musimy znaleźć pieniądze sami. Rząd nie kwapi się, aby przeznaczać większe środki. Postulat przekazywania 1 procenta na kulturę cały czas nie zyskał poparcia premiera. Państwowe instytucje nie potrafią się dogadać z prywatnymi sponsorami. Jerzy Hausner zdaje się to wszystko rozumieć. Tylko może jeszcze mniej niż minister Zdrojewski

Cały wywiad można przeczytać tu

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Książka dla Dody

Powstała Republika Książki. I to powstała w Polsce, zupełnie legalnie, z namaszczeniem Ministerstwa Kultury i Biblioteki Narodowej. Republika ma przekonywać, że czytanie włącza. I sprawić, by jak najszybciej zaczął funkcjonować Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa. W akcję zaangażowano ludzi kultury, dziennikarzy, wydawców, księgarzy, działaczy społecznych, biznesmenów. Wszystko pięknie, ale czy elity debatujące we własnym gronie mogą być naprawdę skuteczne? Wszystkie dotychczasowe akcje promujące czytelnictwo były skierowane do osób, które i tak czytają najwięcej – młodzieży, mieszkańców dużych miast, ludzi należących do środowisk intelektualnych. O samej Republice Książki przeciętny Polak nie miał jeszcze szansy usłyszeć. Jej powstanie promowano wśród osób kultury, a na kongresie inaugurującym jej działalność nie pojawił się nikt przypadkowy, z ulicy.


A to właśnie ulica i sytuacje codziennie doświadczane przez większość ludzi powinny być polem, na którym zachęca się do czytania książek. Dlaczego książek nie czytają bohaterowie popularnych seriali? Odcinek „M jak miłość” nadawany 2 listopada przyciągnął przed telewizory 8,14 mln widzów. Mniej więcej tylu Polaków przeczytało w ciągu roku przynajmniej jedną książkę. 38 procent czytających to zresztą najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej. Może gdyby Hanka Mostowiak zamiast patrzeć marzycielsko w okno zagłębiła się w lekturze te przerażające statystyki by się zmieniły? Może akcje promujące czytelnictwo byłyby skuteczniejsze gdyby ich ambasadorami zostawały gwiazdy kultury masowej, a nie wysokiej. Wyobraźmy sobie, że do czytania książek zachęcają Doda i Mariusz Pudzianowski. Celebryci często zarabiają występując w publicznej telewizji. A gdyby im tak dopisać do kontraktów żeby powiedzieli choć dwa zdania o jakieś książce zawsze gdy pojawiają się na wizji? Bez wątpienia byliby skuteczniejsi niż posłańcy Republiki Książki.

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Sztuka to nie jest zwykły biznes

Kupując sztukę lepiej zapomnieć o tym czy się straci, czy zyska. Nie zajmujemy się produktami inwestycyjnymi – przekonują w rozmowie z Maksem Fuzowskim Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński, właściciele Galerii Raster.

Na targach sztuki Frieze w Londynie Raster był jedną z dwóch polskich galerii na targach.

Mamy już czteroletnie doświadczenie z Frieze. Londyn nie jest miejscem, gdzie polska sztuka odnosi jakiś wielki tryumf, ale jest dobrze. Zdobyliśmy swoją publiczność. Są ludzie, którzy zbierają polskich artystów. Anglicy nie otwierają się na polską sztukę tak łatwo, jak Niemcy czy Amerykanie. Choć w ubiegłym roku udało nam się na przykład sprzedać pracę Zbigniewa Libery do prestiżowej galerii Tate Modern. Równie ważne jak obecność na targach jest pokazywanie polskich artystów w brytyjskich instytucjach. W tym roku swoją pierwszą brytyjską wystawę w South London Gallery miał Michał Budny.

Obecność polskiej sztuki w brytyjskich galeriach przekłada się na jej sprzedaż?

Jak na czasy pokryzysowe i podnoszenie się rynku z marazmu jest nieźle. Natomiast targi nie mają dla nas jakiegoś olbrzymiego komercyjnego znaczenia. Są miejscem skutecznej promocji młodych artystów. Sami staramy się kreować międzynarodowe wydarzenia. Takim była Villa Reykjavik, spotkanie czternastu europejskich galerii w Islandii.

Z polską sztuką na Frieze pojawili się tacy giganci jak Larry Gagosian i Iwan Wirth, pierwsza i trzecia najbardziej wpływowa osoba w świecie sztuki według najnowszego rankingu magazynu „Art Review”.

To są indywidualne przypadki i nadużywanie słowa „polski” może być mylące. To jest sukces konkretnych artystów i galerzystów. Zainteresowanie światowych galerii pomaga, bo poszerza perspektywę zachodnich kolekcjonerów, uświadamia im, że sztuka nie kończy się na Odrze.

Na ostatnich targach Art Basel obrazy Wilhelma Sasnala sprzedały się za 70 i 35 tysięcy euro. Prace Jana Jakuba Ziółkowskiego za ponad 10 tysięcy, a fotografie Artura Żmijewskiego za 20 tysięcy euro. Te sumy robią wrażenie. Szczególnie, gdy zestawimy je z ostatnimi, niższymi wynikami Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Jerzego Kossaka na aukcjach w Polsce.

Rynek sztuki dawnej różni się od rynku dzieł współczesnych. Sztuka najnowsza w ciągu ostatnich dwóch lat stała się droższym dobrem. Jeśli jednak porównać prace o podobnym statusie, klasycznych artystów XIX czy XVII stulecia, to nie będą wcale tańsze od prac najlepszych współczesnych twórców. Poza tym operowanie samymi cenami w sposób wyrwany z kontekstu nie ma sensu. Bo dlaczego 20 tysięcy euro ma robić wrażenie. Ekscytujemy się namacalnymi wiadomościami. Ale cena dzieła sztuki, to jest nic więcej niż tylko cena. To nie jest opis wartości, czy treści dzieła sztuki. Sztuka sprawia wrażenie drogiej i ekskluzywnej, bo system jej dystrybucji wśród publiczności jest inny niż literatury. Książkę sprzedaje się w 100 tysiącach egzemplarzy po 10 zł, a obraz w jednym egzemplarzu za 100 tysięcy. Emocjonowanie się sumami nie ma znaczenia dla sztuki.

Sumy nie przekładają się na zainteresowanie polskimi twórcami przez zachodnich kolekcjonerów?

Przekładają się, bo to są rynkowe sumy. Prace sprzedaje się za tyle, ile ktoś chce zapłacić. I dokładnie tyle warte jest dzieło sztuki.

Ale co to znaczy, że jest tyle warte? Mirosław Bałka miał w zeszłym roku prestiżową wystawę w Hali Turbin galerii Tate Modern. Bałka osiąga ceny w wysokości kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Ai Weiwei, który pokazuje swoje prace w Hali Turbin w tym roku, sprzedaje się powyżej 100 tysięcy dolarów.

Obserwowanie wyników aukcyjnych jest bardzo mylące. Nie można porównywać jedynie cen. Trzeba patrzeć też na prace, które są sprzedawane. Rysunki będą zazwyczaj tańsze niż wybitne dzieła. Drugi częsty błąd polega na porównywaniu rynku aukcyjnego z galeryjnym. W rzeczywistości nie mają ze sobą wiele wspólnego. My, jako galerzyści zajmujemy się rynkiem pierwotnym. Jesteśmy po stronie producenta, oferujemy pewien produkt z pierwszej ręki w takiej, a nie innej cenie. Rynek aukcyjny jest zaś podatny na spekulacje.

Ale o całym rynku sztuki decydują dziś zazwyczaj kolekcjonerzy i właściciele prywatnych galerii. Często ludzie pokroju Charlesa Saatchiego, którego posądza się o manipulowanie cenami. Czy takie galerie jak Raster mają wpływ na rynek sztuki?

Ceny są generowane przez rynek. Ale już rynek nie ma wpływu na wartości artystyczne. To często jest przedmiotem niezrozumienia. Z jednej strony stara się plasować sztukę jako kolejny produkt, a z drugiej odżegnuje się od tego i mówi, że sztuka nie powinna mieć z pieniędzmi nic wspólnego. Rynek sztuki jest chimeryczny i nie traktowałbym go jako poważnego narzędzia inwestycyjnego. W Polsce media elektryzuje wiadomość o kilkudziesięciu tysiącach za pracę Żmijewskiego, na Zachodzie podobnie działa kilka milionów wydanych na Damiena Hirsta. Z jednej strony sztuka stała się jakimś superluksusowym dobrem, które kosztuje niewyobrażalne pieniądze. Z drugiej jesteśmy my, którzy pracujemy blisko z artystami. Mamy kolekcjonerów, którzy nie są przylatującymi jetami biznesmenami wpadającymi na chwilę na Frieze, kupującymi coś za miliony funtów i za chwilę bawiącymi się na Seszelach. Współpracujemy z kolekcjonerami, którzy przez lata budują swoje zbiory. Uczą się o sztuce.

Kim jest polski kolekcjoner sztuki współczesnej?

Trudno stworzyć jednoznaczny portret. Generalnie w większości nie są to ludzie jakoś szczególnie zamożni. Nie mieszczą się pierwszej setce „Wprost”. Może tylko Grażyna Kulczyk operuje dużym majątkiem. Zazwyczaj są to osoby, które mogą sobie pozwolić na dużo mniej. Interesuje ich też udział w pewnej przygodzie. Co jakiś czas przeznaczają 10-20 tys. na zakup prac. Wielu z nich postrzega udział w rynku sztuki jako rodzaj swoistego mecenatu. Rozumieją, że kolekcjonowanie sztuki współczesnej, to nie tylko otaczanie się luksusowymi dobrami. Na ogół są dobrze wykształceni i otwarci.


Dlaczego na polskich aukcjach nie pojawiają się często prace współczesnych rodzimych artystów?

Najlepiej, jakby w ogóle się nie pojawiały. Pierwszym i najwłaściwszym miejscem zakupu sztuki współczesnej i wiedzy o niej są galerie, nie domy aukcyjne. To jest nowa sytuacja – mówię teraz o rynku globalnym – że na rynku aukcyjnym zaistniało wielu artystów współczesnych. Fakt, że ceny na sztukę współczesną wzrosły sprawił, że stała się ona łatwym łupem inwestycyjnym. Wielu ludzi zaczęło kupować sztukę tylko dla inwestycji. Na codzienną działalność galerii może to mieć niedobry wpływ. Ceny w galerii potrafią być o wiele niższe niż na aukcjach. Albo odwrotnie. W wyniku jakiegoś odruchu pozbycia się aktywów ludzie gwałtownie sprzedają, co powoduje, że ceny spadają. To trafia zarówno w galerię, jak i samego artystę. Polski rynek aukcyjny sztuki dawnej bardzo się nasycił. Powstał problem z podażą dobrej jakości prac. Spostrzeżono, że wyrasta rynek sztuki współczesnej. Ale nasze domy aukcyjne nie są zbyt dobrze przygotowane do poruszania się na nim. Spotkaliśmy się z opisywaniem prac w sposób, który sprzyja manipulacji. Nie pojawia się na przykład informacja, że praca pochodzi z długiej serii.

Pojawiły się głosy, że kryzys był korzystny dla sztuki, oczyścił rynek ze spekulacji, banków kupujących dzieła.

Na pewno trochę tak się stało, co można ocenić po spadku obrotów. Ale nadzieje, że będzie to wielki ozdrowieńczy moment się nie spełniły. Wielu kolekcjonerów zwolniło. Nie ma pędu. Wiedzą, że nie muszą kupować, bo jest kolejka chętnych. Dziś rozchodzą się wektory sztuki. Na sztukę ambitną i zarazem gorzej się sprzedającą i tę wykreowaną, popularną, drogą.

Ten rok wydaje się wyjątkowo dobry dla polskiej sztuki. Jedna z kopii „Nazistów” Piotra Uklańskiego sprzedała się niedawno w Londynie za 481 tysięcy funtów. Na początku roku padł rekord dla pracy polskiego artysty, tryptyk liczony Romana Opałki kupiono za 713 tysięcy funtów.

To są dane, które nie mówią nic o kondycji polskiej sztuki, nie są dla nas ważne i miarodajne, nie są potrzebne w naszej pracy. Interesuje nas to, jaki projekt robimy w galerii. Oceniamy na bieżąco naszą kondycję. I jesteśmy umiarkowanie optymistycznie nastawieni. Cały czas pozostajemy beneficjentami sytuacji niedorozwoju sceny sztuki współczesnej w Polsce. Przez długi czas nie istniały galerie prywatne w Polsce. Cały rynek trzeba było zbudować od nowa. Dziś pojawiają się fundusze inwestycyjne, domy aukcyjne, które starają się wmówić ludziom, że inwestowanie w sztukę współczesną będzie łatwym pomnożeniem kapitału. Nie można w to wierzyć.

Kilka lat temu media dużo mówiły o „efekcie Sasnala”. Popularność malarza miała zainicjować boom na polską sztukę na zachodzie. Faktycznie tak się stało?

To był raczej fenomen skierowany do wewnątrz. Został nazwany przez dziennikarzy, lecz niekoniecznie wyglądał w sposób, w jaki był opisywany. Z perspektywy międzynarodowej faktycznie pojawiła się generacja polskich artystów, którzy zaczęli być pokazywani przez galerie, instytucje. Zdobyli też jakiś rynek. Ale nie był to fenomen, który by wywrócił do góry nogami rynek sztuki światowej. Rynek po prostu się poszerzył o Indie, Brazylię, Meksyk czy Polskę. Za to w kraju zadziałał charakterystyczny dla prowincji mechanizm. Pojawiło się zainteresowanie młodymi rodzimymi artystami, gdy zaczęto pisać w gazetach, że ktoś na świecie zapłacił sporą sumę za obraz polskiego malarza. To pomogło rozwojowi lokalnego rynku.

Jeśli dziś przyszedłbym do Panów i powiedział, że mam do wydania 3-7 tysięcy i nie chcę stracić, to czyje prace powinienem kupić?

Radzimy zapomnieć o tym czy się straci, czy zyska. Jeżeli ktoś mówi, że chce inwestować, to odpowiadamy, że nie jesteśmy w stanie pomóc. Zajmujemy się sztuką, nie produktami inwestycyjnymi. Za 7 tysięcy polecilibyśmy kupić pracę Przemka Mateckiego, artysty o dużym potencjale. Albo Michała Budnego. Cały czas niedoceniany przez kolekcjonerów, w najbliższym czasie będzie miał kilka wystaw w międzynarodowych znaczących instytucjach, a jego prace są wciąż relatywnie tanie.

Galeria Raster działa od 2001 roku, jako jedna z niewielu polskich instytucji sztuki zaistniała na Zachodzie. W swoim portfolio ma wielu artystów międzynarodowej klasy, jak Zbigniew Libera, Wilhelm Sasnal, Rafał Bujnowski.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Krytyka blogera

Komputery miały zniszczyć tradycyjne książki. Rzeczywistość okazuje się inna. Komputery zostały zaprzęgnięte do promocji książek. Z ciekawym pomysłem wyszło wydawnictwo W.A.B. Do promocji swojej najnowsze pozycji zaprosiło blogerów, którzy piszą o książkach.

Artur Kurasiński i Barbara Belt będą pomagać w promocji książki Bena Mezricha „Miliarderzy z przypadku”. Książka nie jest przypadkowa, bo traktuje o początkach Facebooka. Opowiada o kontrowersyjnych relacjach między Markiem Zuckerbergiem a pozostałymi współzałożycielami tego serwisu. Trudno nie wykorzystać współczesnych narzędzi do promowania takiej literatury. Wydawnictwo W.A.B. wytycza nowy szlak, przy promocji książek.

Niestety literackim blogerom można wiele zarzucić. Już z samej definicji wynika, że bloger nie  jest krytykiem literackim. Jego teksty w znakomitej większości są słabsze językowo i edytorsko od tekstów zawodowców. Często blogi kuleją także pod względem merytorycznym. Ich autorzy ograniczają się zwykle do wrzucenia książki do worka z napisem: fajne lub niefajne. Brakuje tam rzeczowej analizy, nawiązań do historii literatury, fachowej wiedzy. Ponadto blogerzy są uzależnieni od wydawcy. Krytyczne recenzje zdarzają się bardzo rzadko. Czy dlatego, że wszystkie książki są świetne i godne polecenia? Nic bardziej mylnego. Dziennikarz jest niezależny i może pisać co mu się podoba. To truizm, ale wciąż jeszcze tak jest. Bloger paradoksalnie nie może sobie pozwolić na taką postawę, bo zostanie odcięty od źródła książek. Dlatego najczęściej wszystko mu się podoba i każdą książkę chwali.

Czy to oznacza, że wydawnictwa nie powinny sięgać po blogerów? Ależ nie. Należy mieć tylko świadomość, że to narzędzie, które oprócz swoich zalet ma też wady. Należy pochwalić W.A.B. za pomysł. Efektem współpracy z blogerami są wideo recenzje oraz konkursy na blogach, w których do wygrania są egzemplarze powieści „Miliarderzy z przypadku”. A dziś na stronie serwisu audioteka.pl odbędzie się dyskusja poświęcona charakterystyce współczesnego biznesu internetowego.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Doskonała synergia

W Kijowie po raz pierwszy przyznano Future Generation Art Prize. Rzadko się zdarza, żeby o przyznawanej po raz pierwszy nagrodzie od razu było głośno na całym świecie. A jednak informacje o FGAP już od roku krążyły w mediach. Nie tylko branżowych.

Za laurem stoi Wiktor Pińczuk, jeden z najbogatszych ukraińskich biznesmenów („Forbes” wycenił go na 3,1 mld dolarów) i założona przez niego galeria PinchukArtCentre. W tym roku Pińczuk znalazł się na 37 miejscu w rankingu „The Power 100” przygotowywanego przez wpływowy magazyn „ArtReview”. Wyprzedził m.in. gwiazdę amerykańskiej sztuki współczesnej Jeffa Koonsa, najdroższego żyjącego twórcę Damiena Hirsta i legendarnego kolekcjonera, założyciela agencji reklamowej Saatchi & Saatchi, Charlesa Saatchiego.

Historia budowy artystycznego imperium Pińczuka jest świetnym przykładem synergii sztuki i biznesu. Swoją wielką kolekcję sztuki stworzył w ciągu zaledwie kilku lat. Wykorzystał ją jako podstawę dla funkcjonowania prestiżowej galerii. Dziś jest jednym z najważniejszych rozgrywających na rynku sztuki współczesnej. Dowodem pojawienie się na gali Future Generation Art Prize czołówki światowych artystów: Jeffa Koonsa, Damiena Hirsta, Andresa Gursky’ego i Takashiego Murakamiego.

Nagrodę w wysokości 100 tys. dolarów otrzymała Cinthia Marcelle, brazylijska artystka urodzona w 1974 roku.

1 komentarz

Filed under Uncategorized