Monthly Archives: Sierpień 2014

Książka + Prada + Costa + Baileys czyli dlaczego markom literatura się opłaca

Jedna z największych sieci kawiarnianych, jeden z największych producentów towarów luksusowych, fundusz inwestycyjny, wytwórca soczewek kontaktowych i producent popularnego likieru – łączy ich traktowanie literatury, jako dobra, które warto wspierać, ale też z którego można mieć konkretne korzyści promocyjne. Niemal każda ważniejsza nagroda literacka na świecie posiada komercyjnego sponsora, często tytularnego. W Polsce nie ma go żadna. To o tyle dziwne, że – jak pokazują badania Biblioteki Narodowej – czytają konsumenci idealni: osoby dobrze sytuowane, najczęściej z wyższym wykształceniem, mieszkańcy wielkich miast, specjaliści i kierownicy, prywatni przedsiębiorcy, a także uczniowie i studenci. Eksperci powtarzają, że Polacy mało czytają, ale cały czas czyta kilkanaście milionów, regularnie (ponad sześć książek w roku) niemal pięć milionów. To potężna grupa, do której marki komercyjne mogłyby dotrzeć. Dlaczego nie chcą? Dlaczego nie spojrzą na zagraniczne przykłady?

W 1996 roku powstała Women’s Prize for Fiction. To jedna z najważniejszych (jeśli nie najważniejsza) nagroda literacka przyznawana kobietom, niezależnie od ich obywatelstwa, za powieść opublikowaną w języku angielskim w Wielkiej Brytanii. Do 2012 związany z nią był koncern telekomunikacyjny Orange, firma najlepiej znana z zaangażowania w sponsoring związany z filmem. Zresztą właśnie chęcią skupienia się na branży filmowej francuski koncern tłumaczył rozstanie z Women’s Prize for Fiction. Trudno się temu ruchowi dziwić. Masowe usługi telekomunikacyjne i ściśle sprofilowana nagroda literacka nie do końca szły w parze. Women’s Prize for Fiction tylko rok pozostawała bez sponsora. W tym roku jej tytularnym sponsorem został producent likieru Baileys.

akcjaThisBook

Akcja #ThisBook na Twitterze

To mariaż idealny. Baileys to alkohol kierowany do kobiet. Kate Mosse pisarka i jedna z założycielek nagrody wskazuje na idealne dopasowanie, ponieważ obie marki – Baileys i Women’s Prize for Fiction doceniają kobiety. Pisarka Jenny Colgan podkreślała, że Baileys zmiękcza wizerunek nagrody. Baileys współpracę z nagrodą rozpoczął mocnym wejściem w media społecznościowe uruchamiając akcję #ThisBook w maju tego roku. Kampania miała wskazać, która z książek napisanych przez kobietę ma największy wpływ na czytelników. Tysiące czytelników wzięło udział w akcji na Twitterze wskazując ważne dla nich książki i autorki hasztagiem #ThisBook. Profil nagrody śledzi dziś aż 25 tys. osób. Dwadzieścia zwyciężczyń ogłoszono 29 lipca. Wśród nich znalazły się m.in. Doris Lessing, J.K Rowling, Jane Austen czy Sylvia Plath. Baileys Women’s Prize for Fiction, to zresztą kontynuacja przemyślanej strategii sponsoringowej grupy Diageo, do której należy marka likieru. Diageo wśród swoich produktów posiada m.in. Gin Gordon, który współsponsorował Nagrodę Turnera czy szampana Moët, sponsora Moët British Independent Film Awards.

Diageo w swoich działaniach sponsoringowych nie stawia na wizerunek grupy, lecz na promocję konkretnych produktów. Tym samym tropem poszła też spółka Withbread. W latach 1971-2006 przyznawano Whitbread Book Awards (do roku 1983 jako Whitbread Literary Awards). Nagroda miała charakter bardziej masowy, popularny niż elitarna Man Booker Prize (wspieranej zresztą przez firmę inwestycyjną Man Group). Przyznawana była zarówno za wysoką wartość literacką, jak i za przyjemność czytania, książkom, które są skierowane do szerokiego odbiorcy. Ale mało kto kojarzył nagrodę z zarządzanym przez firmę, znanym na całym świecie, sieciowym biznesem.

Costa Book Awards 2013

Tym biznesem jest sprzedaż kawy pod marką Costa (druga największa sieć kawiarni na świecie). „Istnieje naturalny związek pomiędzy książkami i czytelnictwem a rosnącą w Wielkiej Brytanii kulturą picia kawy” – tłumaczył John Derkach, dyrektor zarządzający Costa Coffee. „Trudno byłoby nie odnaleźć związku między kawą i czytaniem. Wystarczy się rozejrzeć” – dodawał Bud McLintock, dyrektor nagrody. I tak w 2006 roku Whitbread Book Awards stała się Costa Coffee Awards. Od tego momentu nazwa sieci pojawia się corocznie w tysiącach medialnych doniesień (nie tylko w Wielkiej Brytanii, bo nagroda jest dobrze rozpoznawalna na świecie) i na okładkach nominowanych książek. Costa chwali się nią także w swoich kawiarniach.

Mariaże marek komercyjnych z literaturą nie zawsze są tak naturalne, jak w przypadku Baileysa i Costy. Czasem bywają dość egzotyczne. W 2007 roku trzyletni kontrakt dotyczący sponsoringu tytularnego National Book Awards podpisał producent czekolady Galaxy. Marka mocno wchodziła zresztą w literaturę w ogóle – wspierała też (i nadal wspiera) akcję Quick Read, która ma na celu rozpowszechnianie czytelnictwa. W 2010 roku Galaxy odnowiła kontrakt z National Book Awards na nowych zasadach. Jak się okazało nie służących ani nagrodzie, ani sponsorowi. Od wydawców nominowanych do Galaxy National Book Awards oczekiwano opłaty na cele marketingowe. Postanowiono też wykorzystać celebrytów do nagłośnienia nagrody, podkreślając, że pisarze nie zawsze są osobami medialnymi, a literatura potrzebuje takiego wsparcia. Momentem kulminacyjnym była gala z wręczenia nagród relacjonowana przez telewizję, wzorowana na Oscarach. Próba wpisania w literatury w taki kontekst nie powiodła się, działanie obniżyło rangę nagrody i gdy w 2012 roku kontrakt sponsorski wygasł, Galaxy już go nie przedłużało.

nat

Logo Specsavers National Book Awards

Szybko jednak znalazła się inna, bardziej rozumiejąca literaturę, komercyjna firma. Sponsorem tytularnym National Book Awards została marka Specsavers, która w chwili przejęcia wspierała już inną literacką nagrodę (Specsavers Crime Thriller Awards). Specsaver to oceniana jako godna zaufania i szanowana firma specjalizująca się w optyce, okularach, soczewkach kontaktowych i aparatach słuchowych. To właśnie widzenie stanowiło pomost pomiędzy nagrodą a produktem. Dyrektor marketingu Specsaver podkreśla, że nie chodzi tylko o sponsoring i promocję, ale też popularyzację czytelnictwa w punktach usługowo-handlowych sieci.

Trend promowania przez literaturę nie omija też towarów luksusowych, choć tutaj – z naturalnych przyczyn – nie można mówić o klasycznym sponsoringu. Prada we współpracy z włoskim wydawcą Giangiacomo Feltrinelli Editore powołała do życia własną nagrodę Prada Journal. Dzięki partnerstwu jednego z największych włoskich domów mody i jednego z największych wydawnictw książkowych, stworzono szansę na publikację książki młodym twórcom. Pierwsza edycja Prada Journal odbyła się w ubiegłym roku. Koncentrowała się na otaczającym świecie oraz życiu codziennym. Do konkursu zgłosiło się ponad 1300 osób, przysyłając prace w ponad trzydziestu językach. Książki pięciu osób, finalistów pierwszej edycji Prada Journal, zostały wydane w formie e-booka.

Prada_journal (2)

Prada Journal w mediach społecznościowych

Tegorocznym wyzwaniem jest wrażliwość na zmiany, które nas czekają. Młodzi twórcy muszą zmierzyć się z pytaniami: „Jakie są oznaki zmieniającego się świata? Jakie sytuacje możemy przewidzieć?”. Od uczestników oczekuje się świeżego spojrzenia na otoczenie. I właśnie spojrzenie jest słowem kluczowym. Umiejętność obserwacji, oceny i refleksji ma zasadnicze znaczenie dla każdego pisarza. Punktem wyjścia do książki są okulary z kolekcji Prada Journal, które zaprojektowano specjalnie na potrzeby konkursu.

W końcu także same marki wydawnicze stają się sponsorami nagród literackich. Brytyjska Folio Prize dedykowana jest pisarzom z całego świata, którzy opublikowali książkę w Wielkiej Brytanii w języku angielskim, niezależenie od formy i gatunku. Początkowo nazywała się po prostu Literature Prize. Pod nową nazwą funkcjonuje od 2014 roku. Zwycięzca otrzymuje 40 tys. funtów. Oceny książek dokonuje jury nazywane akademią, w skład którego wchodzi aż sto osób. Wśród nich twórcy wyjątkowo ważni i utytułowani, m.in. Margaret Atwood, Peter Carey, A.S. Byatt oraz J.M. Coetzee. Widać, że organizatorzy chcą, aby Folio Prize stało się drugim literackim Noblem. Jej twórcy tłumaczą, że chcą zastąpić Man Booker Prize, która według nich się skomercjalizowała.

folio

George Saunders odbiera Folio Prize, fot. thefolioprize.com

Ale i ta nagroda (po części) służy sponsorowi. Jest nim wydawca specjalnych, pięknie ilustrowanych wydań literatury klasycznej, Folio Society. Również tutaj współpraca wydaje się być bardzo przemyślana – prestiżowa nagroda, której celem jest uczczenie fikcji literackiej oraz wydawnictwo z długą tradycją w tworzeniu książek dla pokoleń. „Z niczego nie możemy być bardziej zadowoleni niż ze współpracy z Folio Society. Naszą wspólną ambicją jest stworzenie tak wielu wspaniałych książek jak wielu jest czytelników. Czekamy na długą i owocną współpracę” – mówi założyciel Folio Prize, Andrew Kidd. Krótka zapewne nie będzie, bo nagroda szybko zyskała spore uznanie. A zysk dla sponsora jest oczywisty, bowiem – tutaj powtórzymy – czytają konsumenci idealni: osoby dobrze sytuowane, najczęściej z wyższym wykształcenie, mieszkańcy wielkich miast, specjaliści i kierownicy, prywatni przedsiębiorcy, a także uczniowie i studenci.

[AM]

2 komentarze

Filed under Uncategorized

O siedmiorgu, którzy zmienili kulturę w internecie (i nie tylko)

Internet zmienił sposób odbioru kultury, wynagradzania twórców, zachowania konsumentów kultury. Zmienił cały rynek, zmienił podział środków z naszego portfela przeznaczanych na kulturę. Słuchacz czy widz płaci dziś czasem poświęconym na wysłuchanie bądź obejrzenie reklam. Płaci też stałymi przelewami z karty kredytowej, których wartość jest tak niska, że łatwo o niej zapomnieć. Co chwila pojawiają się nowe możliwości odbioru dóbr kultury, w tym coraz częściej legalne, a prawie już zawsze nie-nielegalne. Za to wszystko odpowiadają setki jeśli nie tysiące (zazwyczaj) młodych przedsiębiorców działających w sektorach kreatywnych. Ale siedmioro z nich można nazwać rewolucjonistami. Ich historia to historia kultury w XXI wieku.

 

Romulus i Remus. Shawn Fanning (Napster) i Sean Parker (Napster, Spotify)

Ojcowie założyciele internetowego piractwa poznali się w sieci, jeszcze jako zafascynowane nowymi technologiami podlotki. Fanning zajmował się programowaniem, Parkera od początku ciągnęło w stronę zarządzania. W czerwcu 1999 roku wspólnymi siłami uruchomili serwis Napster, który w ciągu ponad dwóch lat funkcjonowania zdążył nauczyć masy, że muzyka jest darmowa. Po słynnym procesie z udziałem RIAA (amerykański ZAiKS) i grupy Metallica, Napstera obarczono 36 milionami dolarów grzywny. Pomimo prób przeprowadzenia zmian w zasadach działania serwisu – pomysł wprowadzenia subskrypcji nie przypadł do gustu rozpieszczonym użytkownikom – Napstera w końcu sprzedano niemieckiemu koncernowi Bertelsmann, a pomysłodawcy serwisu ogłosili bankructwo. Był rok 2002. Shawn Fanning miał 20 lat, Sean Parker — 21.

Obaj wizjonerzy wykorzystali doświadczenie i rozgłos, który przyniósł im ich debiutancki serwis, choć z różnym efektem. Młodszy z nich jeszcze pod koniec działania Napstera założył SNOCAP, serwis p2p, który miał na nowo nauczyć internautów przestrzegania praw autorskich (nie nauczył). Potem Shawn Fanning próbował sił w portalu społecznościowym dla graczy – Rupture, a pod koniec 2010 założył Path, społecznościówkę, która miała wyróżniać się wysoką jakością, a padła ofiarą skandalu spowodowanego – delikatnie mówiąc – swobodnym podejściem do prywatności użytkowników. Path obecnie największą popularnością cieszy się w Indonezji, gdzie zyskał sympatię ponad 4 milionów użytkowników. Choć w przypadku Fanninga trudno mówić o biznesowej porażce, jego osiągnięcia bledną w świetle losów starszego kolegi, powszechnie uważanego za internetowego geniusza.

napster

Młody Shawn Fanning na okładce „Time’a”

Sean Parker w 2004 na komputerze swojej dziewczyny zobaczył raczkujący serwis społecznościowy theFacebook i, zachwycony, od razu skontaktował się z jego autorem. Podczas pierwszego spotkania nakłonił Zuckerberga do porzucenia dwóch rzeczy: studiów i przedrostka „the” w nazwie serwisu. Parker na krótki, ale intensywny dla rozwoju Facebooka okres, stał się prezesem i twarzą platformy. Dziś jest jednym z głównych udziałowców serwisu, ale nie pełni już w nim czynnej funkcji. Zuckerberg odsunął go po tym, jak Parker został aresztowany za posiadanie kokainy.

Sympatia do używek to nie jedyna ekstrawagancja pomysłodawcy Napstera. Sean Parker ma opinię skandalisty, bawidamka i szalonego imprezowicza. Telefony odbiera rzadko, wstaje późno, robi to, na co ma ochotę. Jeszcze jako sztubak trafił do aresztu za hacking, nieco później — za seks w publicznej bibliotece. Na swoje przyjęcie weselne przygotował dla gości obowiązkowe stroje inspirowane „Władcą Pierścieni”. Za szkody wywołane imprezą zapłacił ponoć 2,5 miliona dolarów. Stać go – oprócz udziałów w paru dobrze prosperujących serwisach jest członkiem kilku zarządów cyfrowych potentatów. W tym zarządu Spotify.

 

Chłopiec z gitarą. Daniel Ek (Spotify)

Założyciel Spotify, przez „Forbesa” nazwany „najważniejszym człowiekiem w branży muzycznej”. Już jako nastolatek stworzył z kolegami świetnie prosperującą firmę projektującą strony internetowe. Milionerem stał się w wieku 23 lat, dzięki sprzedaży specjalistycznego oprogramowania dedykowanego platformie reklamowej Tradedoublers. Krótko po tym przeszedł epizod depresji. Wycofał się z biznesu, przeprowadził do rodziców, gdyż, jak twierdził, mimo sukcesów nie był tym, kim chciał. Był za to samotny, zawiedziony faktem, że majątek nie przysporzył mu popularności wśród płci przeciwnej. W chwili kryzysu doszło do niego, że zawsze chciał być muzykiem. Na szwedzkiej prowincji odciął się od świata, godzinami grał na gitarze i medytował. W końcu nadeszło kolejne olśnienie – postanowił, że na nowej życiowej ścieżce połączy swoje dwie wielkie miłości: muzykę i biznes. W tym czasie Ek przyjaźnił się z Martinem Lorentztonem, szefem wspomnianego Tradedoublers. Lorentzton miał pieniędzy w bród. Ekowi na pieniądzach już nie zależało. Postanowili, że zamiast wspólnie tworzyć dochodowy biznes, po prostu zrewolucjonizują muzykę.

spotify

Spotify – dziecko Eka

W ustalaniu metody transferu danych pomogło Ekowi doświadczenie na stanowisku dyrektora uTorrent, jednej z większych platform obsługujących torrenty. W przypadku Spotify założyciele od początku stawiał jednak na pełną przejrzystość prawną. Podpisywanie umów z wytwórniami w Europie, wstępnie planowane na 3 miesiące, zajęło 2 lata. Wynagrodzenia dla wydawnictw Ek i Lorentzton wypłacali z góry, co pochłonęło sporą część ich wielomilionowego majątku. W końcu aplikacja ruszyła równocześnie w kilku krajach Europy i okazała się sukcesem. W podpisywaniu umów z wydawnictwami ze Stanów pomagał już Ekowi nie kto inny, jak Sean Parker, założyciel Napstera, który w Spotify zobaczył ideową kontynuację swojego dziecka.

Daniel Ek prywatnie ma opinię wyważonego, wręcz anemicznego. Niezrealizowanym muzycznym ambicjom daje upust poprzez przyjaźnie zawierane w muzycznym światku. Największa bolączka? Brak w katalogu The Beatles i Led Zeppelin, jego ulubionych artystów.

 

Król Maciuś I. Kim Dotcom (Megaupload, Mega, Baboom)

Niemiecko-fiński przedsiębiorca zasłynął po raz pierwszy jako kilkunastoletni haker, który złamał zabezpieczenia NASY, Pentagonu i Citibanku. Jako nieletni dostał wyrok w zawieszeniu, jego motyw określono jako „nastoletnie wybryki”. W 2001 oskarżony o malwersacje finansowe związane z branżą cyfrową (tzw. insider trading) uciekł do Tajlandii, skąd został ekstradowany do ojczyzny. Po schwytaniu groził transmitowanym na żywo samobójstwem, w końcu ponownie dostał wyrok w zawieszeniu. Z Niemiec przeniósł się do Hong Kongu, gdzie założył Megaupload LTD, firmę odpowiedzialną za serwisy Megaupload.com i Megavideo.com. Dzięki cyfrowemu imperium Dotcoma bezpłatnie można było oglądać filmy i seriale, a także ściągać gigabajty muzyki. Głównym źródłem dochodów Megaupload LTD były subskrypcje i reklamy. Za czasów świetności serwisu firma zatrudniała 150 pracowników, a jej roczny przychód wynosił 175 milionów dolarów. Megaupload generował 4 procent całego ruchu w sieci, będąc trzynastą najpopularniejszą stroną w internecie.

Dotcom w końcu na stałe osiedlił się w Nowej Zelandii, gdzie obecnie przebywa w areszcie domowym, w związku z wytoczonym przez rząd Stanów Zjednoczonych procesem. Amerykanie oskarżają go o narażenie przemysłu rozrywkowego na miliardowe straty. Rok po przymusowym zamknięciu swoich słynnych serwerów Dotcom uruchomił następcę Megaupload – serwis Mega. Przedsiębiorca zapiera się, że tym razem działa zgodnie z prawem, a Megę promuje jako gigantyczną platformę hostingową. To także pstryczek wymierzony w nos amerykańskiego rządu.

Kim

Debiut Dotcoma w jego serwisie Baboom

Na początku 2014 roku Dotcom wystartował z kolejną inicjatywą. Muzyczny serwis streamingowy Baboom ma stanowić połączenie Spotify, iTunesa i MySpace. Serwis funkcjonować ma jak gigantyczna cyfrowa szuflada, którą zapełniamy dowolnie wybraną muzyką. Za pliki płacimy kredytami zarobionymi poprzez specjalną nakładkę na przeglądarkę, wyświetlającą nam reklamy. Zaletą ma być dostępność do najwyższej jakości plików i uczciwe podejście do praw artystów, których zyski stanowić mają, bagatela, 90 procent wartości utworów. Pełna wersja Baboom ma zostać uruchomiona pod koniec 2014 roku, tymczasem już od stycznia w serwisie jest dostępny do odsłuchu jeden album. Debiut Kima Dotcoma.

Wydane tuż przed 40 urodzinami przedsiębiorcy „Good Times” to niemal podręcznikowy przykład muzycznej grafomanii. Album Dotcoma jest zbiorem przeprodukowanych, chaotycznych kompozycji, brzmiących jak parodia współczesnego popu z elementami muzyki elektronicznej. Płyta została obśmiana przez krytyków, ego Dotcoma połechtały jednak statystyki — publicznie chwalił się 80 tysiącami odsłuchań, które album zaliczył już w godzinę po udostępnieniu.

Mimo aparycji przerośniętego bobasa Kim Dotcom lubi kreować się na playboya – chętnie fotografuje się z modelkami, często na jachtach, które z pasją kolekcjonuje. Posiada kolekcję ekskluzywnych samochodów (preferuje BMW) i memorabiliów związanych z II wojną światową. Perełką w kolekcji Dotcoma jest pierwsze wydanie „Mein Kampf” z autografem Hitlera.

 

Potwora amatora. Tim Westergren (Pandora)

Założyciel najsłynniejszego dziś radia internetowego, które jako pierwsze zaproponowało niemal idealnie spersonalizowaną playlistę. Pandora dobiera utwory za pomocą zaawansowanego algorytmu Music Genom Project, który wyszukuje kawałki na podstawie średnio 400 atrybutów („genów”) – od oczywistych, jak tempo i styl utworu, przez tonację czy płeć wokalisty, aż po poziom przesterowania gitar. Pandora to nie tylko skomplikowana matematyka — za analizę utworów odpowiada w firmie prawie 40 ekspertów, którzy regularnie przechodzą specjalistyczne szkolenia. Sami użytkownicy również wspomagają system doboru utworów. Dzieje się to poprzez prosty system ocen: kciuk w górę, kciuk w dół. Aplikacja dostępna jest jedynie w Stanach Zjednoczonych, Australii i Nowej Zelandii. W USA jej popularność sięga 70 procent rynku internetowych stacji radiowych.

Pandora

Westergren przeprasza, ale w Polsce Pandora nie działa (jeszcze)

Nim Westergren zanim wpadł na genialny pomysł stworzenia spersonalizowanego radia, spędził niemal 20 lat jako średnio popularny muzyk. Z wykształcenia jest akustykiem i specjalistą od nagrań, potrafi grać na pianinie, perkusji, fagocie i klarnecie. Na podstawie własnych doświadczeń z pustymi salami koncertowymi Westergren wykoncypował, że głównym problemem mało popularnych zespołów niekoniecznie jest brak talentu czy samozaparcia, ale kłopot z dotarciem do odpowiednich uszu. Zirytowany postępującą komercjalizacją mediów muzycznych i faktem, że istniejące systemy rekomendacji muzycznych wspierają tylko znane zespoły, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że bibliotekę Pandory tworzą w dużej mierze mało znane grupy muzyczne, na które wizja dotarcia do idealnego odbiorcy działa jak lep na muchy. Pomocna dłoń Westergrena wyciągnięta w stronę amatorów to tylko połowa prawdy. Druga dłoń liczy pieniądze.

 

Pracodawca 2.0. Reed Hastings (Netflix)

Założyciel jednego z największych na świecie serwisów wideo streamingowych karierę biznesową zaczął stosunkowo późno. W dorosłość wkraczał jako kandydat na oficera marines, szybko jednak rozczarował się bezrefleksyjnością służby wojskowej i żądny przygody zdecydował się dołączyć do Korpusu Pokoju. Wylądował w Suazi w Afryce Południowej, gdzie uczył licealistów matematyki. Po powrocie z misji ukończył informatykę na Uniwersytecie Stanforda. Pierwsze doświadczenia start-upowe zdobył jako założyciel firmy Pure Software, produkującej specjalistyczne oprogramowanie dla inżynierów. Po nieudanej fuzji z Atria Software odszedł, na dwa lata robiąc sobie przerwę w prowadzeniu biznesu. W tym czasie intensywnie planował kolejny startup, za cel stawiając sobie uniknięcie biurokratycznych problemów, które dobiły pierworodnego.

W 1997 roku z inicjatywy Hastingsa narodził się Netflix Global, wypożyczalnia filmów DVD. W ciągu pierwszych lat istnienia firma wprowadziła nowatorskie rozwiązanie subskrypcji. Klienci, oprócz pojedynczych wypożyczeń, mogli korzystać z serwisu wpłacając niewielką, ale stałą miesięczną kwotę, w zamian za którą otrzymywali dostęp do bogatego katalogu wideo. DVD można było wypożyczać na dowolny okres, bez żadnych kar za spóźnienia.

netfix

„House of Cards”, własna produkcja Netflix, przyniosła serwisowi międzynarodowy rozgłos 

Hastings jako pracodawca słynął z wysokiej kultury. Netflix płacił dużo lepiej niż konkurencja, dzięki czemu udało się zbudować zgrany i utalentowany zespół. Słabsze ogniwa menedżerowie eliminowali bez wyrzutów sumienia, bo na odchodne zwalniani pracownicy dostawali gigantyczne bonusy.

Już w 2000 roku Hastings zaimplementował do swojego serwisu pierwsze opcje społecznościowe – system rekomendacji, dzięki któremu kinomaniacy otrzymywali spersonalizowane propozycje. W roku 2007 Hastings wprowadził opcję streamingu, upierając się, że w ciągu kilku lat większość filmów oglądać będziemy na laptopach.

Dziś Netflix to streamingowy potentat o sporej roli kulturotwórczej, szczególnie jeśli chodzi o seriale – i to nie tylko dzięki wyłączności serwisu na doskonałe tytuły („House of Cards”, „Orange is the New Black”, „Arrested Development”), ale także konsekwentnemu wprowadzaniu nowych standardów — braku kosztownych odcinków pilotażowych, publikowaniu od razu całych sezonów (to widz decyduje tu o tempie oglądania) oraz płynnych przejść pomiędzy epizodami.

 

Matka Polka. Susan Wojcicki (Google, Youtube)

Dyrektorka generalna YouTube to absolwentka Harvardu, w murach którego studiowała historię i literaturę. Susan Wojcicki swoje swojsko brzmiące nazwisko zawdzięcza ojcu Polakowi, wykładowcy fizyki. Chociaż humanistyczne wykształcenie szybko uzupełniła o studia z ekonomii i biznesu, można powiedzieć, że jej przygoda z branżą internetową rozpoczęła się od zrządzenia losu. Wraz z mężem w 1998 roku wynajęła garaż dwójce nieco zbzikowanych doktorantów, którzy w pocie czoła pracowali nad ulepszeniem mechanizmów przeszukiwania chaotycznego internetu. Wojcicki spodobał się entuzjazm młodych programistów. W czwartym miesiącu ciąży zrezygnowała z ciepłej posadki w Intelu i jako szesnasty pracownik Google dołączyła do zespołu na stanowisku menedżera do spraw marketingu.

Pod egidą Wojcicki Google zamieniło się z niewielkiego start-upu w lidera rynku. Wielomiliardowe dochody koncernu w 96 procentach pochodzą z reklam. To decyzją Wojcicki Google wykupiło w 2007 roku platformę Doubleclick, której mechanizmy położyły podwaliny pod najdoskonalszą na świecie reklamę kontekstową. Susan Wojcicki odpowiada także za wchłonięcie przez Google serwisu YouTube, którego dyrektorem została w lutym 2014 roku.

wojcicki

Wojcicki na TechCrunch Disrupt, fot. http://www.flickr.com/photos/techcrunch CC BY 2.0

Jako szef największego serwisu wideo Wojcicki stawia sobie jasny cel: uczynić YouTube realną konkurencją dla klasycznej telewizji. Nowa dyrektorka dostrzega wielką szansę w promocji YouTube’owych celebrytów i twórców wartościowego contentu — Wojcicki mocno wspiera profesjonalizację popularnych kanałów, którym stara się ułatwić dotarcie do jeszcze szerszego grona odbiorców. Dyrektorka nie ma zamiaru rezygnować z demokratycznego oblicza YouTube, który od początku funkcjonował jako spełnienie słów Warhola o tym, że każdy ma swoje 15 minut. Nowe rozwiązania w serwisie mają wspomagać dobrze rokujące kanały, które samodzielnie (czytaj: wartościowymi treściami) zdołały przyciągnąć subskrybentów. Silne marki w obrębie serwisu mają z kolei pomóc przyciągnąć reklamodawców. A o Wojcicki nie bez powodu mówi się, że to dziś najważniejszy człowiek w reklamie.

Dyrektorka generalna YouTube to ulubienica kobiecych mediów i współczesny symbol umiejętnego mariażu zawrotnej kariery biznesowej z udanym życiem rodzinnym. Prywatnie jest matką czwórki dzieci. Trudno znaleźć wywiad, w którym o nich nie wspomina.

[SzL]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized