Monthly Archives: Styczeń 2013

Biznes powinien uczyć się od kultury

Wielokrotnie pisaliśmy o tym jak biznes i kultura mogą współpracować, budować wspólne marki, promować się wzajemnie. Wspominaliśmy też w jaki sposób kultura powinna czerpać z doświadczenia biznesowego. Ale ten mechanizm może działać także w drugą stronę. Kultura może pracować nie tylko na wizerunek, ale i samo zarządzanie przedsiębiorstwem. – Szkoły biznesu stawiają większy nacisk na to jak wyprodukować i pozycjonować produkt, zamiast jak napełnić go znaczeniem – pisze „The Economist” i wskazuje, że biznes może uczyć się od sztuki większej kreatywności, klarownej komunikacji, a nawet zarządzania pracownikami – szczególnie tymi niepokornymi.

Czy to nowy nadciągający trend czy pobożne życzenia, trudno dziś stwierdzić. Niedawno przeprowadzony globalny raport IBM zbierający opinie szefów największych światowych firm, wskazywał że cechą, której firmy najbardziej poszukują u swoich pracowników, jest kreatywność. Ta umiejętność, gdy musi iść w parze z efektywnością  i szybkością wykonywania zadań, łatwo może zostać zaniedbana. Zdaje sobie  z tego sprawę Hilary Austen, wykładowczyni Univeristy of Toronto, autorka pracy „Artistry Unleashed:  A Guide to Pursuing Great Performance in Work and Life”. W swojej książce Austen śledzi techniki pracy artystów i próbuje stworzyć modele, które pomogłyby przenieść je na grunt biznesu. – Czego mogą nauczyć się dyrektorzy i menadżerowie od artystów? Artyści  nie poszukują konkretnej odpowiedzi na jedno określone pytanie, zależy  im na całościowym rozwiązaniu problemu. Dlatego eksperymentują testują najróżniejsze opcje, mniej boją się ryzyka. To cechy, których rzadko dostarcza nam formalna edukacja, polegająca w większości na poszukiwaniu dawno ustalonych odpowiedzi na dawno ustalone pytania. Nie ma tu miejsca na innowacje – twierdzi autorka. Zdobytą wiedzę stosuje w praktyce – artystyczne modele działania pomagała wprowadzić między innymi  w Oracle, Procter & Gamble i Shell Oil.

ccc
Kultura może wyznaczać również standardy współpracy zespołowej. Tak stało się  w przypadku teatru Central Works z Berkeley. Każda z ich sztuk powstaje w ciągu  sześciomiesięcznych warsztatów, mających za cel umocnienie lokalnej społeczności właśnie poprzez wspólną pracę nad dramatem. Choć tylko jedna osoba pisze scenariusz, pozostali partnerzy (dyrektor, aktorzy i mieszkańcy miasta uczestniczący w projekcie), biorą udział w kreatywnym procesie poprzez zgłaszanie poprawek, dodawanie własnych sugestii i wspólne odgrywanie powstającej sztuki. Ten model wydał się  interesujący dla Interaction Associates, firmy consultingowej pracującej dla takich firm jak Dell czy Dow Chemical Company. Dla wzbogacenia swojej wiedzy na temat skutecznej i harmonijnej współpracy pracownicy wzięli udział w powstaniu jednej ze sztuk teatru z Berkeley. Sztuka, dotycząca ekonomicznego kryzysu, zadebiutowała 30 czerwca 2011 roku i  gościła na deskach teatru aż do powstania kolejnego kolektywnego dzieła.

W końcu zjawiska znane z kultury można przełożyć na biznes także w bardzo prosty sposób. „W przyszłości wszystkie sklepy staną się muzeami, a muzea sklepami” – powiedział kiedyś Andy Warhol. Wszystkich, którzy znają markę Muji – japońskiego producenta mebli, ubrań i akcesoriów, na pewno nie zdziwi fakt, że pierwszy sklep firmy w Ameryce Północnej został otwarty w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Muji, to firma sprzedająca – jak sama mówi – niemarkowane produkty dobrej jakości. Począwszy od długopisów, przez jedzenie, lampy, aż po projekty domów. Starannie zaprojektowane sklepy japońskiej firmy przypominają spełnioną wizję Andy’ego Warhola. Nieodłącznym elementem każdego salonu firmy (również tego znajdującego się w Warszawie) jest filozofia Muji wytapetowana na ścianie, zaraz przy kasach: „MUJI nie jest marką, której wartość opiera się na dodatkach i chwytach reklamowych. MUJI to prostota – osiągana poprzez złożoność koncepcji i designu. MUJI ulepsza swoje produkty eliminując elementy zbędne, nie zwiększające funkcjonalności. MUJI jako marka, jest racjonalna i pozbawiona drugiego dna, wszelkich -izmów”. Ideologia firmy stała się jej głównym produktem,  za którą podążają ludzie na całym świecie. A produkty? Faktycznie są proste, neutralne i nie najdroższe. No logo – choć oczywiście –  z Muji. – Tworzenie pojemnych idei może być tym, czego mógłby chcieć nauczyć się biznes od kultury – podsumowuje „The Economist”. To, że biznes wykorzystuje kulturę do własnych celów, jest faktem. To, czy potrafi się od niej efektywnie uczyć, cały czas pozostaje pytaniem otwartym.

[MM]

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Kino niezależne – jak je sfinansować i wypromować

Orson Welles twierdził, że 2 procent trudu to film nakręcić. Pozostałe 98 procent, to sprawić, żeby zaistniał. O tym jak trudno w Polsce film w ogóle zrobić może świadczyć ostatnie zamieszanie wokół filmu „Klątwa faraona”, które doprowadziło nie tylko do zmiany tytułu obrazu na „Last Minute”, ale też odwołania prezesa Giełdy Papierów Wartościowych. Według relacji mediów miał on namawiać drogą mailową akcjonariuszy spółek giełdowych – a więc podmiotów mu pośrednio podległych – do zainwestowania w film reżyserowany przez Patryka Vegę. Skoro wcale niełatwo jest pozyskać w Polsce pieniądze na kino masowe, to niemal niewykonalnym należy nazwać zrealizowanie produkcji niezależnej. A gdy już pieniądze się znajdą, zaczynają się piętrzyć kolejne trudności: wprowadzenie filmu do dystrybucji i jego promocja.

Lista dystrybutorów, którzy wchodzą w kino niezależne jest krótka. A i poza Gutek Film są to raczej niewielkie przedsiębiorstwa wprowadzające na polski rynek kilka produkcji w roku. Przeważnie dystrybutorzy boją się zaryzykować i podjąć rozprowadzania rodzimej produkcji niezależnej. Podobnie jak producenci jej finansowania. Marcin Sobczak, specjalista ds. promocji w BreakThru Films zwraca uwagę na dwa problemy: niski poziom polskiego niezależnego kina, ale też brak biznesowego podejścia twórców kina niezależnego. Jeśli przychodziliby do inwestorów z konkretną wizją oraz planem promocji mogłoby być im łatwiej.

MILA
Plakat do filmu „Made in L.A.”

Co więc pozostaje polskiemu kinu niezależnemu? Częściowo na pewno wciąż raczkujący nad Wisłą crowdfunding. Przykład strony wspieramkulture.pl pokazuje, że i u nas można osiągnąć znaczące wyniki w społecznej zbiórce pieniędzy. Tak jest w przypadku filmu dokumentalnego o zmarłej niedawno Joannie Sałydze, autorce bloga Chustka. W krótkim czasie udało się zebrać 30 tysięcy złotych, co stanowi 114 procent kwoty potrzebnej do realizacji obrazu. Już kilka lat temu, zanim jeszcze ktokolwiek w Polsce usłyszał o crowdfundingu, za pomocą zbiórki pieniędzy przez internet ufundowany został krótkometrażowy film „Wszystko”.

Bariera finansowa czasem staje się pozytywnym przykładem biznesowej kreatywności artystów. Na przykład poprzez imprezy domowe i koncerty udało się pozyskać środki na realizację filmu „Made in L.A.”. Innym pomysłem było przekonanie do współfinansowania tej produkcji społeczności związanej z głównym motywem filmu, czyli imigrantów. Z kolei Todd Rosenberg, autor krótkometrażówek umieścił obok swoich filmów w internecie wirtualny „słoik na  napiwki”. Bardzo szybko zdobył w ten sposób 30 tys. dolarów. Szczególnie hojni donatorzy nagradzani są zaproszeniem na plan zdjęciowy. Wiele pomysłów na finansowanie filmów można znaleźć na stronie independent-magazine.org.

Powstanie filmu to jednak nawet jeszcze nie połowa drogi. Pierwszym krokiem w promocji filmu jest zgłoszenie go na festiwale. Niestety tutaj kończy się egzystencja wielu niezależnych produkcji.  Niektórzy dystrybutorzy decydują się na dołączanie niezależnych krótkometrażówek do innego filmu. Nie ulega wątpliwości, że życie dziełu nadaje przede wszystkim internet. Niestety niezależni twórcy często zapominają o sprawach podstawowych, a zarazem nie wymagających wielkich nakładów finansowych: stronie internetowej, profilach w branżowych i masowych portalach społecznościowych czy akcjach viralowych. Akcja promocyjna skupiona na mediach internetowych wielokrotnie pozwalała wylansować niezależne produkcje. Świetnym przykładem skutecznego działania mogą być filmy z dwóch różnych bajek – z jednej strony „KONY 2012”, z drugiej „Blair Witch Project”.


Trailer filmu Billy Was a Deaf Kid

Kino niezależne powinno też sięgać po działania ściśle sprofilowane. Roman Gutek opowiadał, że „Wielką ciszę” udało mu się wypromować w kraju dzięki pracy ze środowiskami kontemplacyjnymi, z założenia zainteresowanymi filmem. Typowo wąsko ukierunkowane działanie przyciągnęło do kin na prawie trzygodzinny niemy film sto tysięcy widzów. Z kolei pewien amerykański twórca zainwestował czas w stworzenie kina objazdowego pokazując swój film we wszystkich możliwych barach, kawiarniach i prowincjonalnych kinach, stopniowo przebijając się do szerszej świadomości. Świetnym przykładem oryginalnej i skutecznej promocji jest pomysł twórców obrazu „Billy Was a Deaf Kid”. W produkcji znajduje się scena, w której bohaterowie urządzają przejażdżkę sofą po ulicy. Promocja na festiwalach opiera się właśnie na organizacji przejażdżek na kanapie na godzinę przed każdym pokazem filmu. Każda osoba, która decydowała się na przejażdżkę otrzymywała informacje dotyczące produkcji, a jej zdjęcie trafiało na fanpage „Billy Was a Deaf Kid”. Sale na pokazach były pełne.

Choć w Stanach Zjednoczonych za film niezależny uznaje się taki, który kosztował poniżej 2 milionów dolarów, a w Polsce kino za często jedynie kilkadziesiąt tysięcy złotych, to mechanizm pozwalający odnieść sukces jest podobny. Źródeł finansowania i możliwości promocyjnych trzeba szukać tam, gdzie nie sięgają duzi producenci.

[JZ]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Jak (dobrze) zarobić na muzeum

W sylwestrową noc Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie zorganizowało Bankiet Ciał, imprezę, z której dochód został przeznaczony na zakup nowych prac dla placówki. Choć niektórych impreza bulwersowała, MSN bodaj jako pierwszy w Polsce pokazał w znacznej skali, że muzeum może dla własnego dobra skutecznie działać także na polu komercyjnym. Bo choć zgodnie z ustawą „muzeum jest jednostką organizacyjną nienastawioną na osiąganie zysku”, to wolno mu pozyskiwać pieniądze na własne funkcjonowanie. Co ważne szczególnie w Polsce, gdzie kultura jest permanentnie niedofinansowana. Ale takich inicjatyw, jak ta w MSN-ie jest cały czas mało, a udział finansowania własnego instytucji kultury mizerny. Często na ich własne życzenie.

Spójrzmy na model brytyjski, uznawany za najdoskonalszy. Statystycznie 50 procent budżetu muzeów i galerii sztuki zapewnia dotacja państwowa. Druga połowa pochodzi łącznie od sponsorów oraz z własnej działalności (w proporcjach mniej więcej równych). Na ową działalność składają się dziesiątki elementów: sprzedaż biletów, dobrowolne dotacje od zwiedzających, stały wynajem powierzchni (np. pod kawiarnie), wynajem sal na specjalne wydarzenia (np. eventy korporacyjne), prowadzenie sklepików muzealnych, wydawnictwa, gadżety, płatne oprowadzanie, wynajem eksponatów i wiele innych. Jak to wygląda w praktyce? Weźmy przykład londyńskiej Tate Britain. Wchodzimy do galerii i od razu napotykamy pojemnik na dotacje, z napisem sugerującym, aby wrzucić minimum 2 funty, mniej nie wypada. Gdy jednak pozostaniemy nieczuli na pierwszą zachętę czeka nas kilka innych. Podobne pojemniki rozstawiono przy szatni. Idziemy do kasy, a tam każdy odwiedzający zostanie zapytany czy chce kupić zwykły bilet, czy wybiera droższy o 1,5 funta, ale zawierający dotację dla Tate. W takiej sytuacji trudno jest odmówić. I choć Tate nie podaje statystyk ile pieniędzy otrzymuje w ten sposób, to obserwacja zachowań kolejnych osób podchodzących do kasy pozwala sądzić, że co najmniej jedna trzecia nie odmawia dotacji. Wychodząc z szatni możemy zahaczyć o sklepik muzealny z bogatą ofertą nie tylko fachowej literatury, ale też gadżetów dla widzów zupełnie przypadkowych. Nie skusiliśmy się, nic straconego, wychodząc z wystawy trafimy na kolejny sklep.
MOMA
Noworoczna wyprzedaż w sklepie MoMA

Tate działa tu niemal jak IKEA. Aby przejść z wystawy na kolejną trzeba przespacerować się wokół półek wypełnionych katalogami, książkami, magnesami, apaszkami, parasolami, reprodukcjami, plakatami, kubkami i dziesiątkami innych gadżetów. Z okazji każdej dużej wystawy tworzy specjalne kolekcje, na każdą kieszeń. Niezbyt majętni miłośnicy prerafaelitów (wystawa trwa do 13 stycznia) mogą zadowolić się estetycznymi filiżankami za kilkanaście funtów, ci bardziej majętni wartym kilkaset funtów fotelem obszytym tkaniną w prerafaelickim stylu. A gdy zechce nam się jeść lub pić, to Tate pod nos podstawi nam dwie kawiarnie. Wszystko w nich z logo galerii, bo wiadomo, że kanapka Tate popijana espresso Tate smakuje lepiej niż ta z Costy. Może też być droższa. Z kolei Royal Academy of Arts nie bała się umieścić sklepiku muzealnego w połowie wystawy Luciana Freuda. Nie można było go ominąć, co miało zwiększyć sprzedaż katalogów i gadżetów. Niemieckie muzea stosują trochę inną technikę – sprzedają często sprzęt specjalistyczny – dla malarzy przy wystawie malarstwa, dla architektów na wystawie architektury.

Ale w przypadku działalności handlowej jeszcze jedno różni rynek polski i europejski, przede wszystkim brytyjski – sposób dystrybucji wydawnictw i innych materiałów. W Polsce zazwyczaj galerie i muzea nie traktują katalogu jako sposobu zarobienia pieniędzy. To publikacje deficytowe, często traktowane jako zło konieczne, dostępne na miejscu, po wystawie i rzadko gdzie indziej. W Wielkiej Brytanii katalogi trafiają do szerokiego księgarskiego obiegu. Publikacje Tate stają na półkach obok albumów Phaidona czy Taschena, można je kupić na Amazonie i oczywiście w dobrze zorganizowanych sklepach internetowych samych galerii. Portal culturelabel.com oferuje gadżety, katalogi, reprodukcje dzieł sztuki z bardzo wielu muzeów. Bo skoro komercyjne wydawnictwa mogą zarobić (także w Polsce) na albumach o sztuce, to dlaczego galeria by nie mogła.

Ważny element komercyjnej działalności to prawa. Mucha Museum w Pradze utrzymuje się wyłącznie z tego co zarobi. Instytucję prowadzi wnuk Alfonsa Muchy, były finansista, który urodził się i wychował w Wielkiej Brytanii. Prawa do reprodukcji prac sprzedaje na całym świecie. Austriacka firma Piatnik produkuje karty z plakatami secesyjnego artysty, a w japońskim supermarkecie można spotkać torby z wizerunkiem Sary Bernhardt. Z kolei z siecią Marks & Spencer umowę na wykorzystanie eksponatów (np. na dziecięcych piżamach) podpisało Natural History Museum z Londynu.
cl
Internetowy sklep culturelabel.com

Muzea brytyjskie prowadzą też aktywną politykę wynajmu przestrzeni. Na stronach polskich galerii takie oferty się nie pojawiają, jeśli już są to rzadko możemy dowiedzieć się co dokładnie otrzymamy. A biznes potrzebuje konkretnej, klarownej i atrakcyjnej oferty. British Museum proponuje doskonale wyposażone sale konferencyjne. Przyciąga klientów kusząc tym, że goście w trakcie konferencji będą mieli dostęp do kolekcji, gdzie mogą „odetchnąć i poszukać inspiracji”. Zapewnia, że może zaspokoić każde żądanie klienta, np. usługi tłumaczeniowe. Victoria & Albert Museum oferuje przestrzeń dla korporacji, ale zapewnia też specjalną aranżację scenerii dla ekip filmowych i sesji fotograficznych. Ofertom towarzyszą cenniki oraz formularze zgłoszeniowe. Oddzielną kategorię stanowią usługi związane z samą sztuką. Na przykład nowojorska MoMA oferuje kursy sztuki współczesnej (od 200 dolarów), wejściówki członkowskie (od 85 dolarów), a także ekskluzywne pakiety (12 tys. dolarów) dzięki którym można delektować się prywatnymi śniadaniami z kuratorami, ekskluzywnymi, drukowanymi w limitowanych nakładach katalogami, a nawet spotkaniami z artystami.

Oczywiście w Polsce sztuka zajmuje mniej istotne w życiu społecznym miejsce. Ale to nie usprawiedliwia niechęci muzealników do komercyjnej działalności. Pierwsze  po 1989 roku badanie dotyczące poziomu i struktury finansowania muzeów w Polsce przeprowadzone zostało przez Narodowe Centrum Kultury w 2008 roku. Wynika z niego, że w muzeach podległych ministrowi kultury średnia dotacja od państwa w latach 1998-2008 wynosiła 71 procent budżetu instytucji. 24 procent to dochody własne. Zdawałoby się, że to niezły wynik, niemal równy brytyjskiemu. Sęk w tym, że zawyżony przez instytucje nie związane ze sztuką, jak Muzeum Zamkowe w Malborku, które „zarobiło” 52 procent. Badaniem objęto tylko kilkanaście instytucji, przez co wyniki trudno uznać zresztą za reprezentatywne dla skali kraju. Większą ilość placówek objęło badanie muzeów samorządowych. W nich średnia dotacja od organizatora wynosiła 81 procent, a udział dochodów własnych to niecałe 15 proc.

Polscy muzealnicy, świadomie bądź nie, są wyznawcami teorii, że bezpiecznym gwarantem funkcjonowania instytucji kultury jest państwo, a nie rynek. I faktycznie w czasach recesji sponsorzy mniej chętnie łożą na kulturę. Jednak także środki z budżetu państwa i samorządu maleją. Przykłady można mnożyć poczynając od problemów MSN-u, kontynuując przez przesuwane rozpoczęcie budowy Muzeum Współczesnego we Wrocławiu, a kończąc na ucinanym co roku budżecie największej w Polsce placówce prezentującej secesję – Muzeum Mazowieckim w Płocku. W takiej sytuacji dywersyfikacja funduszy na funkcjonowanie placówki wydaje się jeszcze ważniejsza. Przemawia za nią jeszcze wiele innych argumentów, choćby to, że niski obecnie stopień samodzielności finansowej instytucji kultury powoduje ich administracyjne uzależnienie, a także upolitycznienie. Komercyjna działalność muzeów może pomóc rozwiązać nie jeden problem, a wiele z nich. MSN pokazał, że muzeum może w Polsce bardzo skutecznie sprzedać komercyjną ofertę. Potrzebni są naśladowcy. I systematyczna praca, bo jeden bankiet to za mało.

[JZ]

7 komentarzy

Filed under Uncategorized

Więcej biznesu w kulturze – wywiad z Ewą Łabno-Falęcką

O postrzeganiu kultury przez biznes, potrzebie profesjonalizacji branży kulturalnej w Polsce i mediach, które nie lubią dostrzegać sponsorów opowiada doktor Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor PR Mercedes Benz Polska.

Na niedawnych Targach Projektów Kulturalnych, które miały łączyć światy kultury i biznesu pojawiło się tylko kilku przedstawicieli drugiego środowiska. Można było odnieść wrażenie, że biznes nie jest zainteresowany kulturą. Do podobnych wniosków dochodzą organizatorzy wydarzenia w opublikowanym ostatnio podsumowaniu.

Myślę, że rzeczywiście kultura nie jest teraz priorytetem w planach sponsoringowych czy CSR firm. Focus przesuwa się w kierunku ekologii, która coraz bardziej przebija się do świadomości Polaków. Inna sprawa, czy kiedykolwiek kultura była priorytetem. Niemniej jednak wydaje mi się, że kilka lat temu istniała większa chęć wspierania kultury zarówno wysokiej jak i popularnej. Tworzyły się np. kolekcje sztuki wielkich banków. Jednak nigdy nie było tak, że istniała nadpodaż chęci biznesu do wspierania kultury. Często mam okazję uczestniczyć w dyskusjach, czy biznes potrzebuje kultury. Odpowiadam wtedy, że po pierwsze biznes tak potrzebuje kultury jak społeczeństwo postrzega jej wartość. No i wygląda na to, że raczej niedoinwestowana kultura potrzebuje biznesu. Oczywiście biznes generalnie wierzy, że poprzez sponsoring czy mecenat dla kultury zyskuje wizerunek firmy. Ale w wielu firmach sponsorowanie sportu i ekologii jest postrzegane jako bardziej efektywna ścieżka do uzyskania przewagi konkurencyjnej. Na zachodzie biznes czuje się nobilitowany przez kulturę, bo kultura ma większą rangę ogólnie w społeczeństwie.
Dwurnik
Fragment obrazu Edwarda Dwurnika „Smart w Warszawie” namalowany dla Mercedes Benz Polska, wiszący w głównej siedzibie firmy w Alejach Jerozolimskich. Fot. Business & Culture.

Skąd biorą się te różnice w postrzeganiu kultury przez biznes w Polsce i na Zachodzie?

Nie wiem, ale pewnie jak zwykle z wielu powodów. „Żyjemy w czasach, w których kulturze grozi, że zginie od środków kultury.” Kiedy Fryderyk Nietzsche snuł te rozważania i zastanawiał się nad fenomenem kultury jako tworzywa kształtującego człowieka w społeczeństwie, my w Polsce marzyliśmy o niepodległości. Po drugie nie mieliśmy mieszczaństwa, a więc tej warstwy, która nobilitowała się przez kulturę. Po trzecie mamy jakiś niedobry talent do oddzielania życia codziennego od kultury i estetyki. Stąd tyle ohydnych pomników w Polsce, brzydkich budynków i nieporadnego naśladownictwa. Żeromski miał rację, że im kultura niższa, tym naśladownictwo bardziej rozwinięte.

Wracając do biznesu: to ludzie z tej samej krwi i kości, część społeczeństwa. Poza tym strasznie dużo pracują i nie chcą przyjąć do wiadomości, że czasem trzeba naładować baterie i pójść na wystawę czy koncert. Nie zostali tego nauczeni ani w domu, ani w szkole. W Niemczech każda szanująca się rodzina klasy średniej idzie w sobotę po południu do muzeum, obojętnie jakiego: sztuki, etnograficznego czy archeologicznego. U nas czas wolny spędza się w galerii, ale handlowej. Po drugiej stronie jest kultura, która uważa, że jest „lepsza” od komercji, bardziej „moralna” – i dlatego się jej coś należy. Otóż tak kultura ma ogromną wagę w rozwoju społecznym, ktoś powiedział, że na dłuższą metę ceny książek są ważniejsze niż ceny aukcji na giełdzie. Ale to nie znaczy, że należy się bez wysiłku. Na Zachodzie nie ma mowy, aby wystawie nie towarzyszył katalog, informacja – bo instytucje kultury mają funkcję edukacji. Ostatnio oglądałam wystawę „Destroy the Picture” w MoCA w Los Angeles. Weszliśmy kilkuosobową grupą i miła pani zapytała, czy chcemy „guided tour”, bo ona jest artystką, pracuje społecznie w MOCA i czasem oprowadza – po prostu lubi kontakt z zainteresowanymi ludźmi… Na zachodzie każdej wystawie towarzyszy darmowy folder lub płatny katalog. U nas zamiast katalogu widz dostaje jedną stronę A4 z zamazanym tekstem, a personel pilnujący łazi za nami nawet w sali, gdzie odbywa się projekcja video. Nie mówiąc o tym, że nie potrafi udzielić żadnych informacji. To z pewnością biznesu nie przyciąga. Managerowie kultury muszą być profesjonalistami – bo artystów mamy dziś świetnych.

Trzecią stroną są oczywiście media, które kulturą nie są zainteresowane. No bo ludzie mediów tak samo nie cenią kultury jak biznes. A jeśli już informują o wydarzeniach kulturalnych,  to skrzętnie chowają sponsorów. Na Zachodzie sponsor nikomu nie przeszkadza. Daje pieniądze, więc naturalne jest, że się go pokazuje. Kultura powinna się czuć nobilitowana przez sponsora. U nas sponsor jest sprawą wstydliwą, jego logo jest niewielkie i najlepiej, jak go w ogóle nie widać. To nie ma nic wspólnego z niezależnością kultury lub mediów. Mam nadzieje, że doczekam czasów, kiedy uda się wykreować modę na kulturę.

Takie inicjatywy jak Targi Projektów Kulturalnych mają sens i coś zmienią?

Myślę że każda rozmowa na ten temat ma sens. Bo, jak mówiliśmy podczas panelu, w tej chwili najważniejsze są relacje między potencjalnymi partnerami. Być może najpierw trzeba się poznać, parę razy zaprosić potencjalnego partnera na jakieś wydarzenie kulturalne, trochę go poznać, rozbudzić w nim sympatię dla kultury i dopiero stawiać go przed jakimiś decyzjami. Zasady Cialdiniego obowiązują tu jak w każdych innych kontaktach. Oczywiście nie mamy gwarancji, że to nam zapewni środki od sponsora, ale bez zbudowania relacji i wzajemnego poszanowania nie będzie sukcesu. Biznes od paru lat wie, że spada wiarygodność reklam a rośnie rola marketingu bezpośredniego, szeptanego, wirusowego. Dawno minęły czasy, kiedy zamówienie ogromnej kampanii reklamowej załatwiało sprawę. W tej chwili staramy się dotrzeć do konkretnego człowieka. Zgodnie z zasadą mediów społecznościowych: nie ma konsumentów, są prosumenci lub po prostu uczestnicy tej wielkiej komunikacji. Tak więc i kultura powinna tak zacząć działać –  zamiast rozsyłać seryjnie oferty do sponsorów, czasem zapominając o zmianie nazwy firmy w tekście. Zanim się do kogoś zwrócę, powinnam wiedzieć jak najwięcej o tej osobie, firmie i jej strategii.

Czy Mercedes ma strategię dotyczącą sponsorowania kultury?

„Największą sztuką jest robienie interesów na sztuce – czyli biznes. Dobry biznes jest najbardziej fascynującą sztuką”. Andy Warhol zrobił dobry biznes, a jego sztuka jest jednym z przełomowych zjawisk XX wieku.  Jak wspomniałam, sztuce w Polsce nie jest łatwo. Szczególnie sztuka nowoczesna, konceptualna, powszechnie uważana za hermetyczną, nie jest kochana przez sponsorów. Ale jest ważna dla rozwoju współczesnego człowieka i dlatego Mercedes-Benz ma ją w swojej strategii sponsoringowej. I często okazuje się, że obcowanie ze sztuką współczesną otwiera nam oczy i wzbogaca. Mogłaby przytoczyć wiele przykładów. Mamy założenia strategiczne, i to pomaga nam przy doborze zjawisk i partnerów, których wspieramy. Wspieranie wszystkich dziewięciu muz nie ma sensu – nie można sponsorować muzyki, teatru, filmu, sztuk plastycznych  i czegoś tam jeszcze. Mercedes-Benz wspiera młody jazz, sztukę nowoczesną i film. Obsługujemy logistycznie sześć festiwali.
Tarasewicz
Mural wykonany przez Leona Tarasewicza znajdujący się w siedzibie Mercedes  Benz Polska w Alejach Jerozolimskich. Fot. Business & Culture.

To wsparcie logistyczne biznesu dla kultury jest wciąż w Polsce mniej popularne niż przekazanie gotówki. Z czego to wynika?

Z perspektywy decydentów bez serca dla kultury najłatwiejsze jest przekazanie gotówki i domaganie się większego logo na plakacie.

Jak w takim razie przekonać biznes, żeby zaangażował się bardziej?

Nie wystarczy dobry projekt, to musi być projekt dla konkretnego partnera. I zamiast mega giga prezentacji trzeba umieć o tej propozycji opowiedzieć – w max. 10 zdaniach. Jeżeli piętnaście Mercedesów wozi gości festiwalu filmowego, to jest sytuacja win-win dla obu stron.

Na to poznanie potencjalnego partnera potrzeba czasu, a pieniądze są często potrzebne w przeciągu kilku miesięcy.

Trzeba sobie zdawać sobie sprawę, że to zawsze będzie czasochłonny proces – jak to w relacjach. Mamy około czterdziestu dilerów w całej Polsce i każdy z nich angażuje się w jakieś projekty kulturalne. Ale żeby ich do tego zachęcić, potrzebowałam ponad dziesięciu lat.

W jaki sposób pokazują Państwo swoje zaangażowanie w kulturę?

Piszemy o tym w naszych obu magazynach – łączny nakład to prawie trzydzieści tysięcy egzemplarzy na kwartał. Staramy się angażować naszych pracowników, dla których zawsze mamy  zaproszenia na pokazy i koncerty sponsorowane przez Mercedesa.  Jeśli sponsorujemy wystawę, to nasi pracownicy mają możliwość jej obejrzenia dzień przed wernisażem. Gdy Leon Tarasewicz tworzył murale w naszej siedzibie, pracownicy przychodzili rozmawiać z nim o sztuce.

Dr Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor PR w Mercedes-Benz Polska, gdzie pracuje od  2000 roku. Wcześniej przez 6 lat była radczynią ds. kultury Ambasady RP w Bonn, tłumaczyła literaturę piękną i teksty filozoficzne. Kolekcjonuje sztukę nowoczesną. Jest prezeską Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Mama 20-letniej Kasi, studentki historii sztuki w Londynie.

[KG]

2 komentarze

Filed under Uncategorized