Tag Archives: targi sztuki

Handel sztuką – nadchodzi rewolucja?

Sztuka w Polsce boi się internetu. Mniejsza o państwowe muzea czy galerie, które nie tylko nie udostępniają swoich zbiorów online, ale nawet nie prowadzą zazwyczaj przyzwoitych stron internetowych. Także komercyjne instytucje obstają cały czas przy tradycyjnym modelu. Sztukę kupuje się w galerii lub domu aukcyjnym. Fizycznie, rzadziej przez telefon. Owszem, zdarza się, że można także przez internet, ale to właściwie incydentalne przypadki.

Pod koniec stycznia opisywaliśmy przypadek VIP Art Fair, targów sztuki, które odbywają się wyłącznie online. Podczas drugiej edycji odwiedziło je 150 tys. zarejestrowanych gości, zanotowano ponad 9 milionów odsłon stron z dziełami sztuki. Nie ujawniono ile prac zostało sprzedanych. Wszystko wskazuje jednak na to, że VIP Art Fair były sporym sukcesem James Cohan Gallery, która zorganizowała wydarzenie. Targi zyskały nowych inwestorów, którzy na ich rozwój wyłożyli milion dolarów. Już w kwietniu VIP Art Fair uruchomią VIP Paper, w lipcu VIP Photo, a we wrześniu VIP Vernissage.


Szybki rozwój nie jest jedynie domeną VIP Art Fair. Paddle8  ruszyło zaledwie rok temu, a już dziś jest traktowane przez prestiżowe galerie jako poważny partner. Pomysł był prosty – stworzyć internetowy odpowiednik stacjonarnej galerii, która będzie nie tylko oferowała katalog prac na sprzedaż, ale także wystawy przygotowane przez uznanych kuratorów.

W tym roku młodziutkie Paddle8 rozpoczęły współpracę z nowojorskimi Armory Show, jednymi z największych i najważniejszych targów sztuki na świecie. Dzięki temu Armory zadebiutuje w sieci. Chęć sprzedaży prac online zadeklarowała setka, czyli połowa z galerii pojawiających się na stacjonarnych targach. Paddle8 dostanie cztery procent z każdej transakcji, czyli dużo mniej niż biorą stacjonarne galerie. Podobna do Paddle8 platforma Artspace zapowiedziała niedawno podjęcie współpracy z nowojorskim AIPAD Photography Show i Texas Contemporary Art Fair.

Targi czy galerie online nie demokratyzują jednak wbrew pozorom rynku sztuki, a jedynie nadają mu wymiar jeszcze bardziej globalny. Pozwalają także zaoszczędzić od kilku do kilkunastu procent przy każdej transakcji. W odróżnieniu od tradycyjnych targów nie pobierają opłat od zwiedzających, a prowizje od sprzedających i kupujących są dużo niższe. Jednocześnie cały czas galerzysta ma prawo odrzucić ofertę, decydować czy chce właśnie nam sprzedać daną pracę. Rejestrując się musimy zostawić nasze dane kontaktowe, a w wypadku, gdy kupimy pracę sprzedawca będzie wiedział, co nas może zainteresować podczas kolejnej wizyty.

Sukcesy VIP Art Fair, Paddle8 czy Artspace pokazują, że inwestycje sztuki w internet opłacają się. Jednocześnie wskazują, że nawet na zachodzie tradycyjne galerie nie do końca radzą sobie samodzielnie w obszarze internetu. I już powstają kolejne projekty chcące wykorzystać oba fakty. Najwięcej mówi się o art.sy. Skromna strona to jedynie zapowiedź tego, co pod adresem znajdziemy już niedługo. Projekt budzi zainteresowanie ze względu na postacie jego twórców. Należą do nich tuzy ze świata sztuki, biznesu i nowych technologii: Dasza Żukowa, szefowa słynnej moskiewskiej galerii Garage CCC i zarazem partnerka miliardera Romana Abramowicza, Jack Dorsey, pomysłodawca Twittera, Petera Thiel, współzałożyciel PayPala oraz Wendi Deng, żona magnata medialnego Ruperta Murdocha. Świat sztuki jeszcze nie wie, co się szykuje. Ale jest pewny, że coś naprawdę wielkiego.

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Targi sztuki 2.0

Ponad 130 wystawców z 30 krajów, 1200 artystów i 2000 dzieł sztuki. Już za kilka dni rusza druga edycja VIP Art Fair. W odróżnieniu od Art Basel czy Frieze Art Fair nie trzeba jednak kupować biletu lotniczego, ani nawet ruszać się z domu. VIP Art Fair odbywają się online. Co w nich niezwykłego skoro sztukę w internecie możemy kupować od wielu lat? Przede wszystkim fakt, że internet daje im przewagę nad tradycyjnymi targami.


fot. dzięki uprzejmości VIP Art Fair, New York

Na VIP Art Fair pojawiają się nie tylko najbardziej uznane galerie – np. James Cohan Gallery, Gagosian Gallery, Hauser & Wirth, White Cube – ale i takie, które nie mogłyby ze względu na wysokie koszty zaistnieć na tradycyjnej imprezie. Dzięki temu obok sprzedających Antony’ego Gromley’a czy Jeffa Koonsa gigantów, pojawiają się małe galeryjki z Chin, Chile czy Włoch. Co nie jest równoznaczne, że do grona wystawców przyjmowano każdego, selekcja była ostra. Organizatorzy chcieli, aby obok głównego nurtu, który funkcjonuje na każdych targach sztuki zaistniała także alternatywa.

VIP Art Fair posiada szereg innych zalet. Rejestracja jest darmowa i dopóki nie decydujemy się na zakup, prace możemy oglądać za darmo. VIP w nazwie wydarzenia to skrót od „view in private”, co znaczy, że każdy pozostaje na targach anonimowy. Na pytania odpowiadają na czacie konsultanci, a transakcje finalizuje się w wirtualnych „private rooms”. – VIP Art Fair wykorzystując nowe technologie do poszerzenia naszych horyzontów, pozwala objąć zasięgiem więcej osób, na wiele różnych sposobów, przy równoczesnym poszanowaniu dotychczasowych relacji między artystami, kolekcjonerami, kuratorami i dilerami – mówił Frish Brandt, dyrektor Fraenkel Gallery z San Francisco.

fot. dzięki uprzejmości VIP Art Fair, New York

Podczas wydarzenia odbędą się także spotkania – znów darmowe – ze specjalistami rynku sztuki. Wśród ekspertów, którzy przygotowali prezentacje video znaleźli się m.in. Lowell Pettit – profesor Sotheby’s Institute, Michael Plummer – współwłaściciel firmy Artvest zajmującej się doradztwem inwestycyjnym na rynku sztuki oraz Adam Lindeman –  miliarder i kolekcjoner. Będzie można obejrzeć także cykl filmów poświęconych współczesnym artystom. Ich bohaterami są m.in. Catherine Opie, El Anatsui, Ai Weiwei, David Altmejd i Marina Abramoviç.

Mimo krótkiej historii VIP Art Fair dorobiły się już naśladowców. W Bombaju, na jesieni zeszłego roku, odbyły się targi India Art Collective. Pierwsza edycja przyciągnęła ponad 40 wystawców z całego kraju. Podobno wzięło w nich udział wielu kupujących zza granicy. Na VIP Art Fair nie pojawi się żadna galeria z Polski.

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Zjednoczone Emiraty Sztuki

Nad Zatoką Perską zrozumiano, że inwestowanie w sztukę się opłaca.
Pojęli to nie tylko kolekcjonerzy, ale przede wszystkim rządy Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru. Do tej pory kojarzone z piaskiem, ropą naftową
i nieprzyzwoicie bogatymi szejkami kraje mają szansę stać się miejscami utożsamianymi ze sztuką.

30 grudnia w Katarze zostało otwarte pierwsze na świecie muzeum współczesnej sztuki krajów arabskich, Arab Museum of Modern Art. Już dwa lata temu otwarto tam Museum of Islamic Art. Sztuka w ujęciu zachodnim nigdy nie była domeną krajów arabskich. Malarstwo pojawiło się tam właściwie dopiero
w XIX wieku. Ale i tak tworzyła je i interesowała się nim jedynie nieliczna elita.


Dopiero w roku 1986 rodzina królewska Kataru kupiła pierwszy obraz do liczącej dziś sześć tysięcy prac kolekcji. Już w XXI wieku została powołana do życia specjalna instytucja, Qatar Museums Authority, w której władzach zasiada
m.in. były premier Francji (urodzony w Maroku) Dominique de Villepin. Katarczykom pomaga także Jeff Koons, jeden z najważniejszych współczesnych artystów. Katar inwestuje nie tylko w sztukę islamską, ale i zachodnią.

Pod koniec zeszłego roku w Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich odbyły się też drugie Abu Dhabi Art. Dopiero drugie, a media zajmowały się nimi niemal jak Art Frieze w Londynie czy Art Basel, które są imprezami z wieloletnią tradycją. W Abud Zabi pojawiło się 50 galerii z 18 państw. Oczywiście stawiły się najlepsze komercyjne galerie świata, jak White Cube z Londynu czy Zwirner Gallery z Nowego Jorku.

W Abu Zabi powstaje właśnie Guggenheim Museum. Będzie to pierwsze muzeum pod tym szyldem poza Stanami Zjednoczonymi i Europą, a zarazem największe ze wszystkich, które do tej pory powstały. Zaprojektował je słynny architekt Frank Gehry. Osoby odpowiedzialne za politykę kulturalną ZEA dobrze rozumieją, że trudno byłoby zbudować markę nowej instytucji od zera. Trwałoby to latami. Ściągnięcie  Guggenheim do Abu Zabi właściwie rozwiązuje ten problem. Mało tego, budynek Guggenheim Museum ma sąsiadować z Louvre Abu Dhabi. Za 108 milionów euro powstanie pierwszy oddział Luwru poza Francją. I tym razem projekt przygotował uznany architekt, Jean Nouvel. Otwarcie planowane jest na przełomie lat 2012 i 2013. Oba obiekty powstają na sztucznej wyspie, która ma stać się centrum artystyczno-kulturalnym nie tylko samego miasta, ale i całego regionu. A kto wie, w przyszłości może nawet świata.

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Sztuka to nie jest zwykły biznes

Kupując sztukę lepiej zapomnieć o tym czy się straci, czy zyska. Nie zajmujemy się produktami inwestycyjnymi – przekonują w rozmowie z Maksem Fuzowskim Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński, właściciele Galerii Raster.

Na targach sztuki Frieze w Londynie Raster był jedną z dwóch polskich galerii na targach.

Mamy już czteroletnie doświadczenie z Frieze. Londyn nie jest miejscem, gdzie polska sztuka odnosi jakiś wielki tryumf, ale jest dobrze. Zdobyliśmy swoją publiczność. Są ludzie, którzy zbierają polskich artystów. Anglicy nie otwierają się na polską sztukę tak łatwo, jak Niemcy czy Amerykanie. Choć w ubiegłym roku udało nam się na przykład sprzedać pracę Zbigniewa Libery do prestiżowej galerii Tate Modern. Równie ważne jak obecność na targach jest pokazywanie polskich artystów w brytyjskich instytucjach. W tym roku swoją pierwszą brytyjską wystawę w South London Gallery miał Michał Budny.

Obecność polskiej sztuki w brytyjskich galeriach przekłada się na jej sprzedaż?

Jak na czasy pokryzysowe i podnoszenie się rynku z marazmu jest nieźle. Natomiast targi nie mają dla nas jakiegoś olbrzymiego komercyjnego znaczenia. Są miejscem skutecznej promocji młodych artystów. Sami staramy się kreować międzynarodowe wydarzenia. Takim była Villa Reykjavik, spotkanie czternastu europejskich galerii w Islandii.

Z polską sztuką na Frieze pojawili się tacy giganci jak Larry Gagosian i Iwan Wirth, pierwsza i trzecia najbardziej wpływowa osoba w świecie sztuki według najnowszego rankingu magazynu „Art Review”.

To są indywidualne przypadki i nadużywanie słowa „polski” może być mylące. To jest sukces konkretnych artystów i galerzystów. Zainteresowanie światowych galerii pomaga, bo poszerza perspektywę zachodnich kolekcjonerów, uświadamia im, że sztuka nie kończy się na Odrze.

Na ostatnich targach Art Basel obrazy Wilhelma Sasnala sprzedały się za 70 i 35 tysięcy euro. Prace Jana Jakuba Ziółkowskiego za ponad 10 tysięcy, a fotografie Artura Żmijewskiego za 20 tysięcy euro. Te sumy robią wrażenie. Szczególnie, gdy zestawimy je z ostatnimi, niższymi wynikami Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Jerzego Kossaka na aukcjach w Polsce.

Rynek sztuki dawnej różni się od rynku dzieł współczesnych. Sztuka najnowsza w ciągu ostatnich dwóch lat stała się droższym dobrem. Jeśli jednak porównać prace o podobnym statusie, klasycznych artystów XIX czy XVII stulecia, to nie będą wcale tańsze od prac najlepszych współczesnych twórców. Poza tym operowanie samymi cenami w sposób wyrwany z kontekstu nie ma sensu. Bo dlaczego 20 tysięcy euro ma robić wrażenie. Ekscytujemy się namacalnymi wiadomościami. Ale cena dzieła sztuki, to jest nic więcej niż tylko cena. To nie jest opis wartości, czy treści dzieła sztuki. Sztuka sprawia wrażenie drogiej i ekskluzywnej, bo system jej dystrybucji wśród publiczności jest inny niż literatury. Książkę sprzedaje się w 100 tysiącach egzemplarzy po 10 zł, a obraz w jednym egzemplarzu za 100 tysięcy. Emocjonowanie się sumami nie ma znaczenia dla sztuki.

Sumy nie przekładają się na zainteresowanie polskimi twórcami przez zachodnich kolekcjonerów?

Przekładają się, bo to są rynkowe sumy. Prace sprzedaje się za tyle, ile ktoś chce zapłacić. I dokładnie tyle warte jest dzieło sztuki.

Ale co to znaczy, że jest tyle warte? Mirosław Bałka miał w zeszłym roku prestiżową wystawę w Hali Turbin galerii Tate Modern. Bałka osiąga ceny w wysokości kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Ai Weiwei, który pokazuje swoje prace w Hali Turbin w tym roku, sprzedaje się powyżej 100 tysięcy dolarów.

Obserwowanie wyników aukcyjnych jest bardzo mylące. Nie można porównywać jedynie cen. Trzeba patrzeć też na prace, które są sprzedawane. Rysunki będą zazwyczaj tańsze niż wybitne dzieła. Drugi częsty błąd polega na porównywaniu rynku aukcyjnego z galeryjnym. W rzeczywistości nie mają ze sobą wiele wspólnego. My, jako galerzyści zajmujemy się rynkiem pierwotnym. Jesteśmy po stronie producenta, oferujemy pewien produkt z pierwszej ręki w takiej, a nie innej cenie. Rynek aukcyjny jest zaś podatny na spekulacje.

Ale o całym rynku sztuki decydują dziś zazwyczaj kolekcjonerzy i właściciele prywatnych galerii. Często ludzie pokroju Charlesa Saatchiego, którego posądza się o manipulowanie cenami. Czy takie galerie jak Raster mają wpływ na rynek sztuki?

Ceny są generowane przez rynek. Ale już rynek nie ma wpływu na wartości artystyczne. To często jest przedmiotem niezrozumienia. Z jednej strony stara się plasować sztukę jako kolejny produkt, a z drugiej odżegnuje się od tego i mówi, że sztuka nie powinna mieć z pieniędzmi nic wspólnego. Rynek sztuki jest chimeryczny i nie traktowałbym go jako poważnego narzędzia inwestycyjnego. W Polsce media elektryzuje wiadomość o kilkudziesięciu tysiącach za pracę Żmijewskiego, na Zachodzie podobnie działa kilka milionów wydanych na Damiena Hirsta. Z jednej strony sztuka stała się jakimś superluksusowym dobrem, które kosztuje niewyobrażalne pieniądze. Z drugiej jesteśmy my, którzy pracujemy blisko z artystami. Mamy kolekcjonerów, którzy nie są przylatującymi jetami biznesmenami wpadającymi na chwilę na Frieze, kupującymi coś za miliony funtów i za chwilę bawiącymi się na Seszelach. Współpracujemy z kolekcjonerami, którzy przez lata budują swoje zbiory. Uczą się o sztuce.

Kim jest polski kolekcjoner sztuki współczesnej?

Trudno stworzyć jednoznaczny portret. Generalnie w większości nie są to ludzie jakoś szczególnie zamożni. Nie mieszczą się pierwszej setce „Wprost”. Może tylko Grażyna Kulczyk operuje dużym majątkiem. Zazwyczaj są to osoby, które mogą sobie pozwolić na dużo mniej. Interesuje ich też udział w pewnej przygodzie. Co jakiś czas przeznaczają 10-20 tys. na zakup prac. Wielu z nich postrzega udział w rynku sztuki jako rodzaj swoistego mecenatu. Rozumieją, że kolekcjonowanie sztuki współczesnej, to nie tylko otaczanie się luksusowymi dobrami. Na ogół są dobrze wykształceni i otwarci.


Dlaczego na polskich aukcjach nie pojawiają się często prace współczesnych rodzimych artystów?

Najlepiej, jakby w ogóle się nie pojawiały. Pierwszym i najwłaściwszym miejscem zakupu sztuki współczesnej i wiedzy o niej są galerie, nie domy aukcyjne. To jest nowa sytuacja – mówię teraz o rynku globalnym – że na rynku aukcyjnym zaistniało wielu artystów współczesnych. Fakt, że ceny na sztukę współczesną wzrosły sprawił, że stała się ona łatwym łupem inwestycyjnym. Wielu ludzi zaczęło kupować sztukę tylko dla inwestycji. Na codzienną działalność galerii może to mieć niedobry wpływ. Ceny w galerii potrafią być o wiele niższe niż na aukcjach. Albo odwrotnie. W wyniku jakiegoś odruchu pozbycia się aktywów ludzie gwałtownie sprzedają, co powoduje, że ceny spadają. To trafia zarówno w galerię, jak i samego artystę. Polski rynek aukcyjny sztuki dawnej bardzo się nasycił. Powstał problem z podażą dobrej jakości prac. Spostrzeżono, że wyrasta rynek sztuki współczesnej. Ale nasze domy aukcyjne nie są zbyt dobrze przygotowane do poruszania się na nim. Spotkaliśmy się z opisywaniem prac w sposób, który sprzyja manipulacji. Nie pojawia się na przykład informacja, że praca pochodzi z długiej serii.

Pojawiły się głosy, że kryzys był korzystny dla sztuki, oczyścił rynek ze spekulacji, banków kupujących dzieła.

Na pewno trochę tak się stało, co można ocenić po spadku obrotów. Ale nadzieje, że będzie to wielki ozdrowieńczy moment się nie spełniły. Wielu kolekcjonerów zwolniło. Nie ma pędu. Wiedzą, że nie muszą kupować, bo jest kolejka chętnych. Dziś rozchodzą się wektory sztuki. Na sztukę ambitną i zarazem gorzej się sprzedającą i tę wykreowaną, popularną, drogą.

Ten rok wydaje się wyjątkowo dobry dla polskiej sztuki. Jedna z kopii „Nazistów” Piotra Uklańskiego sprzedała się niedawno w Londynie za 481 tysięcy funtów. Na początku roku padł rekord dla pracy polskiego artysty, tryptyk liczony Romana Opałki kupiono za 713 tysięcy funtów.

To są dane, które nie mówią nic o kondycji polskiej sztuki, nie są dla nas ważne i miarodajne, nie są potrzebne w naszej pracy. Interesuje nas to, jaki projekt robimy w galerii. Oceniamy na bieżąco naszą kondycję. I jesteśmy umiarkowanie optymistycznie nastawieni. Cały czas pozostajemy beneficjentami sytuacji niedorozwoju sceny sztuki współczesnej w Polsce. Przez długi czas nie istniały galerie prywatne w Polsce. Cały rynek trzeba było zbudować od nowa. Dziś pojawiają się fundusze inwestycyjne, domy aukcyjne, które starają się wmówić ludziom, że inwestowanie w sztukę współczesną będzie łatwym pomnożeniem kapitału. Nie można w to wierzyć.

Kilka lat temu media dużo mówiły o „efekcie Sasnala”. Popularność malarza miała zainicjować boom na polską sztukę na zachodzie. Faktycznie tak się stało?

To był raczej fenomen skierowany do wewnątrz. Został nazwany przez dziennikarzy, lecz niekoniecznie wyglądał w sposób, w jaki był opisywany. Z perspektywy międzynarodowej faktycznie pojawiła się generacja polskich artystów, którzy zaczęli być pokazywani przez galerie, instytucje. Zdobyli też jakiś rynek. Ale nie był to fenomen, który by wywrócił do góry nogami rynek sztuki światowej. Rynek po prostu się poszerzył o Indie, Brazylię, Meksyk czy Polskę. Za to w kraju zadziałał charakterystyczny dla prowincji mechanizm. Pojawiło się zainteresowanie młodymi rodzimymi artystami, gdy zaczęto pisać w gazetach, że ktoś na świecie zapłacił sporą sumę za obraz polskiego malarza. To pomogło rozwojowi lokalnego rynku.

Jeśli dziś przyszedłbym do Panów i powiedział, że mam do wydania 3-7 tysięcy i nie chcę stracić, to czyje prace powinienem kupić?

Radzimy zapomnieć o tym czy się straci, czy zyska. Jeżeli ktoś mówi, że chce inwestować, to odpowiadamy, że nie jesteśmy w stanie pomóc. Zajmujemy się sztuką, nie produktami inwestycyjnymi. Za 7 tysięcy polecilibyśmy kupić pracę Przemka Mateckiego, artysty o dużym potencjale. Albo Michała Budnego. Cały czas niedoceniany przez kolekcjonerów, w najbliższym czasie będzie miał kilka wystaw w międzynarodowych znaczących instytucjach, a jego prace są wciąż relatywnie tanie.

Galeria Raster działa od 2001 roku, jako jedna z niewielu polskich instytucji sztuki zaistniała na Zachodzie. W swoim portfolio ma wielu artystów międzynarodowej klasy, jak Zbigniew Libera, Wilhelm Sasnal, Rafał Bujnowski.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized