Tag Archives: kultura

Z kulturą do Millenialsów czyli Tinder, Snapchat i Kik Messenger

Facebook traci młodych użytkowników. Pokolenie Y, tak zwani Millenialsi, korzystają z internetu inaczej niż osoby urodzone dekadę wcześniej. Chętniej wysyłają do siebie snapy, flirtują na Tinderze, czatują na Kiku, niż uaktualniają statusy na Facebooku. Ten ostatni zresztą jest dla marek narzędziem coraz droższym. Dlatego komunikacja w mediach społecznościowych z młodym odbiorcą – powoli, ale już zauważalnie – zaczyna omijać Facebooka. Także w kulturze. Czy – mówiąc ściślej – głównie w popkulturze.

Tinder czyli randka z prawnikiem, panią doktor i zombie

W Stanach Zjednoczonych Tinder stał się ostatnio ulubionym narzędziem w rękach dużych stacji telewizyjnych, używanym do promocji kolejnych odsłon popularnych seriali. Jego potencjał, jako pierwsza wykorzystała USA Network, emitująca serial „Suits” („W garniturach”). W lipcu 2013 roku, tuż przed premierą trzeciego sezonu serii o prawnikach z Nowego Jorku, użytkownikom Tindera po wejściu do aplikacji od razu ukazywały się profile bohaterów prawniczej opowieści: odnoszący sukcesy Harvey Specter, przystojny Mike Ross lub atrakcyjna Rachel Zane. Po polubieniu profilu, użytkownicy otrzymywali dostęp do ekskluzywnych materiałów związanych z serialem, takich jak zapowiedzi oraz nagrania audio i video z pozdrowieniami od aktorów. Dzięki kampanii USA Network udało się zwiększyć rozpoznawalność „Suits” wśród osób, które na co dzień nie oglądają telewizji i nie miały wcześniej styczności z serialem. Głównie pośród mężczyzn w wieku 18-34 lata, będących trudną do pozyskania widownią.

SUITS

Inną fikcyjną flirciarą na Tinderze była Mindy Lahiri z „The Mindy Project” („Świat według Mindy”). Mindy to młoda ginekolog wciąż poszukująca miłości. Dlaczego nie szukać jej przez służącą do tego aplikację? Na Tinderze powstał profil młodej pani doktor. Osoba, która go polubiła automatycznie dostawała wiadomość zachęcającą do oglądania zbliżającego się odcinka serialu, w którym, Mindy wypróbowuje właśnie Tindera w poszukiwaniach swojego księcia z bajki. Producenci ze stacji FOX i twórcy aplikacji nie ujawnili zasad współpracy, ale zapewne opierała się na opłacalnym dla obu stron barterze – product placement w zamian za reklamę natywną. Kampania nie została jednak dobrze przyjęta przez użytkowników aplikacji – nikt chyba nie lubi rozmawiać z internetowym botem. Zebrała także sporo negatywnych komentarzy w mediach. Za przykład może posłużyć BuzzFeed, który na swojej stronie napisał: „Obecność na Tinderze »Świata według Mindy« może oznaczać jedną z najbardziej znanych randkowych motywacji: desperację”.

MINDYdobry

Użycie Tindera, jako narzędzia promocji bodaj najlepiej udało się stacji TVNZ emitującej serial „The Walking Dead”. Głównie dzięki stworzeniu autentycznych profili osób, zaskakującemu zakończeniu oraz utrzymaniu kampanii w zabawnej konwencji. TVNZ we współpracy z agencją kreatywną Young & Shand przywróciło do życia kilka seksownych zombie w Auckland w Nowej Zelandii. W rzeczywistości były to pracownice agencji, którym udało się zebrać 500 „matchy” wśród młodych mężczyzn, z którymi następnie nawiązały dialog. Nagle podczas rozmowy zaczynały dziać się dziwne rzeczy. Piękne dziewczyny zamieniały się w straszne zombie. „Jedną z rzeczy, która szczególnie była dla nas ekscytująca, to minimalny poziom negatywnych reakcji” – powiedział Chris Hooper, kierownik marketingu stacji TVNZ. Jedynie trzech rozmówców wyraziło swoją dezaprobatę. W wyniku kampanii TVNZ zwiększyła prawie o połowę oglądalność „The Walking Dead” wśród mężczyzn w wieku 18-25 lat, przejmując tym samym część widowni konkurencyjnego kanału TV3.

Tinder to aplikacja randkowa, umożliwiająca wyszukiwanie osób interesującej nas płci oraz wieku, znajdujących się w pobliżu naszej lokalizacji. Odkrywanie kolejnych profili następuje po przesunięciu: w prawo, co oznacza „tak” lub w lewo na „nie”. W ten sposób zbieramy tzw. „matche”, czyli dobrane pary. Tylko wtedy możemy rozpocząć konwersację z potencjalnie nową znajomością.

Snapchat – rządzą „Dziewczyny”

Serial „Girls” („Dziewczyny”) produkowany przez HBO jest wyjątkowo mocno promowany za pomocą mediów społecznościowych – Twittera, Facebooka, Pinteresta, Instagrama i Tumblra. Kilka dni przed premierą trzeciej serii powstał także profil na Snapchacie, o czym regularnie informowano w innych kanałach, głównie na Twitterze serialu. Tweety zachęcały do dodania „Girls” do swoich kontaktów na Snapchacie. Fani mogli poczuć się jak prawdziwi kumple przyjaciółek z Nowego Jorku – uzyskali dostęp do znacznie bardziej osobistych treści, niż te udostępniane na Twitterze lub Instagramie. Jako pierwsi zobaczyli zdjęcia z premiery trzeciej odsłony serialu, zrobione osobiście przez aktorki i wysłane prosto z czerwonego dywanu. Później, w każdą niedzielę otrzymywali przypomnienia o zbliżających się odcinkach, w postaci zabawnych grafik, które jednocześnie były wskazówkami na temat tego, co się wydarzy w danym odcinku. „Snapchat fantastycznie wpasowuje się w demografię widzów, dla których kierowany jest serial »Girls«” – tłumaczył Lindsey Pearl, kierownik ds. social media i marketingu HBO. Pearl dodaje, że konto „Girls” jest jednym z najchętniej obserwowanych na Snapchacie, a jego sukces tkwi w założeniu, aby komunikować się z fanami w ich własnym języku, myśleć jak oni oraz dawać im poczucie tej unikalnej bliskości „jeden na jednego”. W styczniu 2015 „Dziewczyny” powracają na ekrany telewizorów, o czym już przypominają swoim fanom na Snapchacie.

GIRLS

Biorąc pod uwagę wiek użytkowników Snapchata, nie mogło tam również zabraknąć jednej z najbardziej popularnej wśród nastolatków stacji telewizyjnej. MTV UK dołączyło do aplikacji wraz ze swoim reality show „Geordie Shore” („Ekipa z Newcastle”). O swojej obecności w tym medium społecznościowym MTV informowało widzów na Twitterze „Geordie Shore” oraz w reklamie telewizyjnej, przedstawiającej ekipę na fotkach z wakacji. Tweet zachęcający do znalezienia „Ekipy z Newcastle” na Snapchacie został podany dalej 281 razy, 140 użytkowników dodało go do ulubionych, a 11 odpowiedziało. W jednym z komentarzy czytamy: „Właśnie dodałem @mtvgeordieshore na Snapchacie! Chyba uzależnię się teraz od telefonu!”. Fani, którzy dodali do swoich kontaktów na Snapchacie profil „Geordie Shore” otrzymywali ekskluzywne zdjęcia uczestników programu w niecodziennych stylizacjach, nagrania wideo zapowiadające premierę szóstej odsłony reality show oraz materiały zdradzające pojawienie się nowych osób w ekipie. „Snapchat w pełni nadaje się do działań kreatywnych przy promocji szóstego sezonu »Geordie Shore«, torując nam drogę bezpośrednio do naszych fanów poprzez ich ukochane urządzenia. Ponadto zapewnia im natychmiastowy dostęp do wszystkich niezbędnych informacji na temat programu, a nam pozwala na kontakt z widzami w czasie rzeczywistym, zwłaszcza że oglądalność telewizji cały czas ulega zmianie” – tłumaczył wybór tej platformy Jo Bacon, zastępca kierownika ds. marketingu i komunikacji MTV UK.

GEORGIESHORE

Snapchat jest mobilną platformą do dzielenia się zdjęciami, popularną głównie wśród nastoletnich użytkowników smarfonów. Znakiem rozpoznawczym tej aplikacji jest to, że otrzymane zdjęcie tzw. „snap” możemy oglądać tylko przez dziesięć sekund, później ulega autodestrukcji. Jakiś czas temu Snachat stał się bohaterem głośnej afery, kiedy do sieci wyciekło setki tysięcy nagich zdjęć jego użytkowników. Nie wszystkim jednak aplikacja służy do przesyłania erotycznych fotek, czy zdjęć z mocno zakrapianych imprez.

Kik Messenger czyli pocztówki dla nowego pokolenia

Pierwszą kampanią przy użyciu tej platformy była promocja nowego albumu zespołu One Direction w 2013 roku. Brytyjski boys band cieszy się ogromną popularnością wśród nastolatek na całym świecie i posiada stale powiększające się grono „wyznawczyń” tzw. „Directionders”. Użytkownicy Kika, w szczególności nastolatki, idealnie wpasowują się w grupę odbiorców takich zespołów jak One Direction. Kampanię prowadziła agencja IPG Media Lab, której ideą było stworzenie platformy, zapewniającej fanom zespołu interaktywną zabawę i ułatwiającej im wspólne dzielenie się treścią na temat One Direction. Treścią tą była 1D Kik Card, unikalna kartka zespołu dostępna tylko dla użytkowników Kika. Dzięki specjalnym naklejkom można było ją indywidualnie ozdabiać i przesyłać do innych fanów poprzez aplikację. Co więcej, fani mogli również odblokować ekskluzywną zawartość dla całej społeczności Kika, kupując promowany album „Midnight Memories”. Kiedy 5 tysięcy sztuk zostało sprzedanych użytkownikom platformy, zespół udostępnił treść w postaci specjalnych nagrań wideo, zdjęć oraz wpisów zespołu na Twitterze. „Mamy nadzieję, że inne marki dostrzegą wartość kampanii One Direction na naszej platformie i uznają, że to taka sama wartość dla nich. To sposób na wzbudzenie emocji i zaangażowania dla wielu różnych kategorii” – mówił rzecznik prasowy Kika, Heather Galt. Za tę kampanię Kik Messenger otrzymał w 2014 roku nagrodę Smarties przyznawaną przez Mobile Marketing Association za najbardziej efektywne kampanie marketingowe na świecie z wykorzystaniem aplikacji mobilnych.

ONEDIRECTION

W następnym roku tę wartość dostrzegła agencja Adaptly przy okazji promowania filmu dla młodzieży „The Giver” („Dawca Pamięci”) produkcji The Weinstein Company. Była to pierwsza w historii tego typu kampania promująca film. Reklama „The Giver” na Kiku zawierała kartkę – plakat filmu, zwiastun, pytania ciekawostki i filmowe naklejki, którymi użytkownicy ozdabiali plakat, a następnie udostępniali w rozmowach z innymi użytkownikami. Grupą docelową filmu byli młodzi ludzie, a 185 milionów użytkowników Kika to w szczególności osoby w wieku 18-24 lat. Według prezesa Adaptly Nikhila Sethi „największą potęgą Kika jest to, że pomaga markom tworzyć niezwykle intymne porozumienie ze swoimi odbiorcami. Bo cóż może być bardziej intymne, niż dostarczanie przeżyć prosto do telefonu w czyjeś kieszeni?”

GIVER

Kik to aplikacja na smartfony służąca do komunikacji, w której wystarczy jedynie znać nazwę użytkownika, aby wysłać mu wiadomość. Oficjalnie: „Kik pozwoli ci połączyć się z każdym, z kim chcesz rozmawiać. Nieważne jak się poznaliście – w szkole, na ulubionym portalu społecznościowym, czy grze online. Wystarczy, że zapytasz: »Jaki jest twój Kik?«”. Aplikacja nie wymaga dzielenia się numerem telefonu, co uważane jest za jej największą zaletę. Według badań Distimo, zajmującej się analizą aplikacji mobilnych, Kik był trzecią z kolei wśród najczęściej pobieranych aplikacji na Androida i iOS’a.

Trudno powiedzieć, czy aplikacje mobilne takie jak Tinder, Snapchat i Kik zrewolucjonizują marketing internetowy i doprowadzą do klęski promocji na Facebooku oraz innych „standardowych” portalach społecznościowych. Jedno natomiast jest pewne: w świecie Millenialsów musisz być tam, gdzie są oni – w ich telefonie. Muszą mieć cię zawsze w swojej kieszeni lub torebce. Póki co, jedynie kultura komercyjna dostrzegła szansę zaistnienia wśród użytkowników opisanych aplikacji. Jednak i ta bardziej poważna prędzej czy później będzie musiała zacząć z nich korzystać.

[IK]

Reklamy

2 Komentarze

Filed under Uncategorized

Mobile w muzeum przyszłości – kolejny krok

Jeszcze do niedawna wiele muzealnych placówek za punkt honoru stawiało sobie posiadanie własnej aplikacji mobilnej. Na szczęście muzealnicy przekonują się, że aplikacje to nie wszystko. Że solidny pakiet cyfrowych usług, rozbudowana infrastruktura mobilna oraz dobrze zaprojektowane i responsywne strony www przystosowane do wyświetlania na ekranach wszystkich dostępnych urządzeń mobilnych to klucz do sukcesu. W erze mobilnej liczą się też oryginalne pomysły wzbogacające muzealną ofertę i angażujące widzów, dla których tablet czy smartfon to przedłużenie zmysłów – dotyku, słuchu, wzroku. Bo jak mówił przed rokiem w wywiadzie dla muzealnictwo.com Peter Gorgels, Digital Communication Manager w holenderskim Rijksmuseum: „Muzeum powinno zbudować dobrą cyfrową infrastrukturę – na niej można dalej budować, co tylko się chce. Należy pomyśleć o publiczności i o tym, jakie technologiczne trendy – mające sens w kontekście danego muzeum – teraz panują. Nie należy próbować robić wszystkiego naraz, w jednym momencie. Liczy się to, co pokocha 80 procent publiczności”.

Urządzenia mobilne, telefon komórkowy czy tablet, stanowią dziś kombinację wielu wynalazków, które na przestrzeni ostatniego stulecia zrewolucjonizowały takie dziedziny, jak komunikacja, przepływ informacji, rozrywka czy edukacja. Jasper Visser – twórca bloga themuseumofthefuture.com, specjalista od definiowania i wprowadzania zmian oraz innowacji w kulturze, sztuce i muzealnictwie ery cyfrowej – twierdzi, że te instytucje, które w obliczu społecznych i technologicznych zmian ostatnich dziesięcioleci nie poniosły porażki i dostosowały się nowych realiów, w kolejnych dziesięcioleciach będą stały przed szeregiem wyzwań, warunkujących ich „być albo nie być”. Ci, którzy nie dostosują się do dynamiki zmian z pewnością wkrótce zmuszeni będą zakończyć działalność. Muzea, które wciąż kojarzą się z instytucjami „z innej epoki” stają więc przez zadaniem, które polega nie na tym, by utrzymać bezpieczne status quo, ale na budowaniu nowoczesnego wizerunku i oferty w oparciu o permanentny kontakt i interakcję z publicznością. Muzeum musi stać się instytucją social, zarówno w sensie społecznym, jak i technologicznym.

Prześledziliśmy dokonania trzech instytucji, które w tej dziedzinie są w swojej branży pionierami. I doskonale opanowały trudną sztukę traktowania mobilnej usługi nie w kategoriach jednorazowego produktu, ale narzędzia służącego do budowania szerokiego, kompletnego i komplementarnego zestawu usług. Opartego na solidnym researchu i badaniach dotyczących zachowań oraz preferencji publiczności, dostosowanego do jej potrzeb. Instytucje te bezustannie poszukują innowacyjnych dróg do poprawienia jakości komunikacji i interakcji między muzeum, jego ofertą, zbiorami i zasobami, a publicznością.

RIJKSMUSEUM i RIJKSSTUDIO

Od czasu hucznego otwarcia (w kwietniu 2013) po 10-letniej remontowej przerwie, Rijksmuseum bije rekordy popularności. Pod koniec 2013 roku miało na koncie już 2,5 miliona zwiedzających i mogło się poszczycić jedną z najznakomitszych oraz najmocniej angażujących publiczność stron internetowych w muzealnym świecie. „Wierzymy w siłę arcydzieł zebranych w naszej kolekcji. Wierzymy też, że należą do naszego wspólnego dziedzictwa i że w każdym z nas drzemie artysta”. Taka myśl przyświecała szefowi kolekcji Rijksmuseum Taco Dibbitsowi, który wprowadzał na muzealny rynek rewolucyjny produkt – Rijksstudio. Rijksstudio wystartowało dokładnie dwa lata temu, pod koniec października 2012 roku. To innowacyjna strona www (responsywna i działająca na urządzeniach mobilnych dokładnie tak jak aplikacja), za pośrednictwem której muzeum bezpłatnie udostępnia przeglądającym www ogromną część swojej kolekcji. Łącznie ponad 150 tysięcy zdjęć wysokiej rozdzielczości, które można oglądać „na zoomie” z dokładnością do najdrobniejszego szczegółu. Każdy z użytkowników Rijksstudio może założyć na stronie własny profil – przypominający profile na Pinterest. Przeglądane zdjęcia kolekcji – obrazów, przedmiotów codziennego użytki, rycin i grafik – można poddawać przeróżnym zabiegom. Wycinać ulubione elementy, robić kolaże i pobierać na dysk, drukować i produkować w dowolnej formie – samodzielnie robić pocztówki, nadruki na koszulkach, etui na telefon czy tablet. W trakcie zwiedzania muzeum można zaś za pomocą specjalnej aplikacji oznaczać wybrane dzieła i zapamiętywać je jako „ulubione” na własnym profilu.

Muzeum zaprosiło w ten sposób swoją publiczność do interakcji. I spotkało się ze znakomitym przyjęciem – zarówno ze strony zwiedzających jego stacjonarną, jak i wirtualną odsłonę. Statystyki mówią same za siebie. Przez pierwsze trzy miesiące funkcjonowania Rijksstudio założono 32 tysiące profili, pobrano ponad 110 tysięcy zdjęć, a liczba odwiedzających stronę wzrosła o 35 procent. Co ciekawe, zwiększył się też czas spędzany przez indywidualnych użytkowników na stronie www – przed uruchomieniem Rijksstudio wizyta na www trwała średnio 3 minuty, po uruchomieniu – już 10 minut. Szczególnie upodobali sobie stronę użytkownicy iPadów – oni spędzali na stronie najwięcej czasu, średnio 19 minut. Łącznie, po uruchomieniu nowej strony www liczba użytkowników przeglądających ją na urządzeniach mobilnych wzrosła o 90 procent. Absolutnym hitem okazało się nawiązanie współpracy między Rijksstudio a platformą Etsy (od lutego 2014). Muzeum zachęcało projektantów skupionych wokół platformy do twórczego przetwarzania motywów z udostępnionych w Rijksstudio dzieł. I tak powstała np. kolekcja bielizny z elementami dekoracyjnymi z XVII-wiecznych obrazów, obuwie, biżuteria i ubrania oraz ceramika wykorzystująca motywy z muzealnych eksponatów. W przedsięwzięciu nie chodziło o to, by muzeum zarabiało na udostępnianiu praw do wykorzystania dzieł, ale o to by poprzez upowszechnianie zbiorów poszerzać grono odbiorców sztuki i zachęcić ich do odwiedzenia placówki.

IMPERIAL WAR MUSEUM I CENTENARY CONNECTIONS

2014 rok to szczególny czas kiedy w całej Europie galerie, muzea i instytucje zajmujące się historią oraz kulturą, na swój sposób upamiętniały wybuch I wojny światowej. Z inicjatywy Imperial War Museum North w Manchesterze (jednego z pięciu oddziałów Imperial War Museum) doszło do zawiązania współpracy między 26 galeriami, muzeami, bibliotekami i instytucjami ulokowanym na terenie hrabstwa Greater Manchester. Współpraca ta miała na celu udostępnienie szerokiej publiczności, zasobów – archiwów, opowieści, artefaktów – dzięki którym współcześni odbiorcy mogli lepiej doświadczyć czym była I wojna światowa oraz przekonać się, w jaki sposób odcisnęła swoje piętno na mieszkańcach i terenach należących do hrabstwa. Taka była idea Centenary Connections – aplikacji i strony www, największego tego rodzaju projektu muzealnego w Wielkiej Brytanii. Jej twórcy zebrali setki tysięcy danych wyciągniętych z archiwów lokalnych instytucji i przekształcili je w cyfrową podróż po hrabstwie Greater Manchester szlakiem wojennych tropów, pamiątek, wspomnień, listów, zdjęć i fragmentów pamiętników.

blogcc

Korzystając ze strony oraz aplikacji i wybierając na nich konkretną zakładkę (np. Zwierzęta, Linia frontu, Medycyna) można poznać np. historie związane z medycyną w służbie wojny – z ludźmi i miejscami, które służyły pomocą rannym żołnierzom i cywilom w poszczególnych regionach hrabstwa. Można również poznać losy lokalnych bohaterów walczących na froncie. Ciekawostką są np. opowieści o kilkudziesięciu z 16 milionów zwierząt – psów przewodników, wielbłądów, koni – które pełniły służbę podczas wojny. Oczywiście poszczególne historie i obiekty pochodzą ze zbiorów różnych instytucji, dzięki czemu odbiorcy mogą – idąc tropem interesujących ich treści – wybrać instytucję, która ma ich zdaniem najciekawszą, najbardziej kompletną ofertę. Mogą też podzielić się swoimi odkryciami i najciekawszymi historiami z gronem przyjaciół oraz followersów w mediach społecznościowych. Wreszcie, mogą korzystać z aplikacji, jak z klasycznego przewodnika, z którym będą zwiedzać Greater Manchester. Zalogowani użytkownicy mogą stworzyć i przechować na swoich profilach zarówno najciekawsze ścieżki, którymi podążali śladem I wojny światowej, jak również rzeczy, które odkryli dzięki aplikacji. Tym sposobem projekt Centenary Connections połączył potencjał oraz zasoby wielu instytucji i pomógł stworzyć wokół nich społeczność użytkowników zafascynowanych historią.

CLEVELAND MUSEUM OF ART i ARTLENS

ArtLens to inicjatywa amerykańskiego Cleveland Museum of Art, która ma na celu zbudowanie za pomocą nowoczesnych technologii swoistego pomostu między publicznością, a ofertą i zasobami instytucji. Zastosowana technologia – choć efektowna i ultranowoczesna – służy przede wszystkim wytworzeniu określonej interakcji między zwiedzającymi, a zgromadzonymi w muzeum zbiorami. Już pierwszy kontakt z muzeum jest nie lada atrakcją dla publiczności. Słynna Gallery One stanowi preludium do zwiedzania całej ekspozycji. To połączenie sztuki i technologii, które ma zainspirować widzów do wybrania własnego indywidualnego sposobu poznawania muzealnej kolekcji i odkrywania jej skarbów – dzieł Picassa, Rodina czy Chucka Close. Służą temu m.in. interaktywne zabawy, poznawanie faktów związanych z powstawaniem dzieł sztuki, ich pochodzeniem i technikami produkcji. Centralnym punktem galerii jest gigantyczny dotykowy ekran z zamontowanymi stacjami dokującymi, do których podłączyć można iPady z zainstalowaną aplikacją ArtLens. Na ekranie Collection Wall wyświetlają się ponad 4 tysiące obiektów należących do muzealnej kolekcji. Każdy ze zwiedzających może na tym ekranie stworzyć i wyświetlić listę dzieł według słów kluczy, haseł i według nich stworzyć swoją prywatną kolekcję ulubionych muzealnych obiektów.

Zapisując tę autorską kolekcję na iPadzie (własnym lub wypożyczonym z muzeum) wyposażonym w ArtLens stworzyć możemy indywidualną ścieżkę zwiedzania śladem ulubionych prac. Możemy ją udostępnić innym zwiedzającym, możemy też skorzystać z gotowych ścieżek kuratorskich lub ścieżek „zszerowanych” przez innych muzealnych gości. Ipadowa aplikacja daje dostęp do ponad 9 godzin materiałów multimedialnych, wideo, treści audioguide’owych i dodatkowych informacji o muzeum oraz kolekcji. Co więcej, stanowi nieocenioną pomoc, źródło wiedzy i rozrywki zarówno przed, w trakcie, jak i po wizycie w muzeum. Na terenie ekspozycji zwiedzający mogą wykorzystać różne użyteczności oferowane przez aplikację – mają możliwość skanowania dzieł sztuki by uzyskać informacje o tym jak powstawały, o czym opowiadają, poznać sekrety sportretowanych osób, przedmiotów, historii. Ponadto, ulokowane na terenie ekspozycji ekrany pozwalają na „zeskanowanie” mimiki twarzy, gestów i póz osób zwiedzających i dopasowanie ich do konkretnych prac z muzealnych zbiorów.

[KSz]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

O siedmiorgu, którzy zmienili kulturę w internecie (i nie tylko)

Internet zmienił sposób odbioru kultury, wynagradzania twórców, zachowania konsumentów kultury. Zmienił cały rynek, zmienił podział środków z naszego portfela przeznaczanych na kulturę. Słuchacz czy widz płaci dziś czasem poświęconym na wysłuchanie bądź obejrzenie reklam. Płaci też stałymi przelewami z karty kredytowej, których wartość jest tak niska, że łatwo o niej zapomnieć. Co chwila pojawiają się nowe możliwości odbioru dóbr kultury, w tym coraz częściej legalne, a prawie już zawsze nie-nielegalne. Za to wszystko odpowiadają setki jeśli nie tysiące (zazwyczaj) młodych przedsiębiorców działających w sektorach kreatywnych. Ale siedmioro z nich można nazwać rewolucjonistami. Ich historia to historia kultury w XXI wieku.

 

Romulus i Remus. Shawn Fanning (Napster) i Sean Parker (Napster, Spotify)

Ojcowie założyciele internetowego piractwa poznali się w sieci, jeszcze jako zafascynowane nowymi technologiami podlotki. Fanning zajmował się programowaniem, Parkera od początku ciągnęło w stronę zarządzania. W czerwcu 1999 roku wspólnymi siłami uruchomili serwis Napster, który w ciągu ponad dwóch lat funkcjonowania zdążył nauczyć masy, że muzyka jest darmowa. Po słynnym procesie z udziałem RIAA (amerykański ZAiKS) i grupy Metallica, Napstera obarczono 36 milionami dolarów grzywny. Pomimo prób przeprowadzenia zmian w zasadach działania serwisu – pomysł wprowadzenia subskrypcji nie przypadł do gustu rozpieszczonym użytkownikom – Napstera w końcu sprzedano niemieckiemu koncernowi Bertelsmann, a pomysłodawcy serwisu ogłosili bankructwo. Był rok 2002. Shawn Fanning miał 20 lat, Sean Parker — 21.

Obaj wizjonerzy wykorzystali doświadczenie i rozgłos, który przyniósł im ich debiutancki serwis, choć z różnym efektem. Młodszy z nich jeszcze pod koniec działania Napstera założył SNOCAP, serwis p2p, który miał na nowo nauczyć internautów przestrzegania praw autorskich (nie nauczył). Potem Shawn Fanning próbował sił w portalu społecznościowym dla graczy – Rupture, a pod koniec 2010 założył Path, społecznościówkę, która miała wyróżniać się wysoką jakością, a padła ofiarą skandalu spowodowanego – delikatnie mówiąc – swobodnym podejściem do prywatności użytkowników. Path obecnie największą popularnością cieszy się w Indonezji, gdzie zyskał sympatię ponad 4 milionów użytkowników. Choć w przypadku Fanninga trudno mówić o biznesowej porażce, jego osiągnięcia bledną w świetle losów starszego kolegi, powszechnie uważanego za internetowego geniusza.

napster

Młody Shawn Fanning na okładce „Time’a”

Sean Parker w 2004 na komputerze swojej dziewczyny zobaczył raczkujący serwis społecznościowy theFacebook i, zachwycony, od razu skontaktował się z jego autorem. Podczas pierwszego spotkania nakłonił Zuckerberga do porzucenia dwóch rzeczy: studiów i przedrostka „the” w nazwie serwisu. Parker na krótki, ale intensywny dla rozwoju Facebooka okres, stał się prezesem i twarzą platformy. Dziś jest jednym z głównych udziałowców serwisu, ale nie pełni już w nim czynnej funkcji. Zuckerberg odsunął go po tym, jak Parker został aresztowany za posiadanie kokainy.

Sympatia do używek to nie jedyna ekstrawagancja pomysłodawcy Napstera. Sean Parker ma opinię skandalisty, bawidamka i szalonego imprezowicza. Telefony odbiera rzadko, wstaje późno, robi to, na co ma ochotę. Jeszcze jako sztubak trafił do aresztu za hacking, nieco później — za seks w publicznej bibliotece. Na swoje przyjęcie weselne przygotował dla gości obowiązkowe stroje inspirowane „Władcą Pierścieni”. Za szkody wywołane imprezą zapłacił ponoć 2,5 miliona dolarów. Stać go – oprócz udziałów w paru dobrze prosperujących serwisach jest członkiem kilku zarządów cyfrowych potentatów. W tym zarządu Spotify.

 

Chłopiec z gitarą. Daniel Ek (Spotify)

Założyciel Spotify, przez „Forbesa” nazwany „najważniejszym człowiekiem w branży muzycznej”. Już jako nastolatek stworzył z kolegami świetnie prosperującą firmę projektującą strony internetowe. Milionerem stał się w wieku 23 lat, dzięki sprzedaży specjalistycznego oprogramowania dedykowanego platformie reklamowej Tradedoublers. Krótko po tym przeszedł epizod depresji. Wycofał się z biznesu, przeprowadził do rodziców, gdyż, jak twierdził, mimo sukcesów nie był tym, kim chciał. Był za to samotny, zawiedziony faktem, że majątek nie przysporzył mu popularności wśród płci przeciwnej. W chwili kryzysu doszło do niego, że zawsze chciał być muzykiem. Na szwedzkiej prowincji odciął się od świata, godzinami grał na gitarze i medytował. W końcu nadeszło kolejne olśnienie – postanowił, że na nowej życiowej ścieżce połączy swoje dwie wielkie miłości: muzykę i biznes. W tym czasie Ek przyjaźnił się z Martinem Lorentztonem, szefem wspomnianego Tradedoublers. Lorentzton miał pieniędzy w bród. Ekowi na pieniądzach już nie zależało. Postanowili, że zamiast wspólnie tworzyć dochodowy biznes, po prostu zrewolucjonizują muzykę.

spotify

Spotify – dziecko Eka

W ustalaniu metody transferu danych pomogło Ekowi doświadczenie na stanowisku dyrektora uTorrent, jednej z większych platform obsługujących torrenty. W przypadku Spotify założyciele od początku stawiał jednak na pełną przejrzystość prawną. Podpisywanie umów z wytwórniami w Europie, wstępnie planowane na 3 miesiące, zajęło 2 lata. Wynagrodzenia dla wydawnictw Ek i Lorentzton wypłacali z góry, co pochłonęło sporą część ich wielomilionowego majątku. W końcu aplikacja ruszyła równocześnie w kilku krajach Europy i okazała się sukcesem. W podpisywaniu umów z wydawnictwami ze Stanów pomagał już Ekowi nie kto inny, jak Sean Parker, założyciel Napstera, który w Spotify zobaczył ideową kontynuację swojego dziecka.

Daniel Ek prywatnie ma opinię wyważonego, wręcz anemicznego. Niezrealizowanym muzycznym ambicjom daje upust poprzez przyjaźnie zawierane w muzycznym światku. Największa bolączka? Brak w katalogu The Beatles i Led Zeppelin, jego ulubionych artystów.

 

Król Maciuś I. Kim Dotcom (Megaupload, Mega, Baboom)

Niemiecko-fiński przedsiębiorca zasłynął po raz pierwszy jako kilkunastoletni haker, który złamał zabezpieczenia NASY, Pentagonu i Citibanku. Jako nieletni dostał wyrok w zawieszeniu, jego motyw określono jako „nastoletnie wybryki”. W 2001 oskarżony o malwersacje finansowe związane z branżą cyfrową (tzw. insider trading) uciekł do Tajlandii, skąd został ekstradowany do ojczyzny. Po schwytaniu groził transmitowanym na żywo samobójstwem, w końcu ponownie dostał wyrok w zawieszeniu. Z Niemiec przeniósł się do Hong Kongu, gdzie założył Megaupload LTD, firmę odpowiedzialną za serwisy Megaupload.com i Megavideo.com. Dzięki cyfrowemu imperium Dotcoma bezpłatnie można było oglądać filmy i seriale, a także ściągać gigabajty muzyki. Głównym źródłem dochodów Megaupload LTD były subskrypcje i reklamy. Za czasów świetności serwisu firma zatrudniała 150 pracowników, a jej roczny przychód wynosił 175 milionów dolarów. Megaupload generował 4 procent całego ruchu w sieci, będąc trzynastą najpopularniejszą stroną w internecie.

Dotcom w końcu na stałe osiedlił się w Nowej Zelandii, gdzie obecnie przebywa w areszcie domowym, w związku z wytoczonym przez rząd Stanów Zjednoczonych procesem. Amerykanie oskarżają go o narażenie przemysłu rozrywkowego na miliardowe straty. Rok po przymusowym zamknięciu swoich słynnych serwerów Dotcom uruchomił następcę Megaupload – serwis Mega. Przedsiębiorca zapiera się, że tym razem działa zgodnie z prawem, a Megę promuje jako gigantyczną platformę hostingową. To także pstryczek wymierzony w nos amerykańskiego rządu.

Kim

Debiut Dotcoma w jego serwisie Baboom

Na początku 2014 roku Dotcom wystartował z kolejną inicjatywą. Muzyczny serwis streamingowy Baboom ma stanowić połączenie Spotify, iTunesa i MySpace. Serwis funkcjonować ma jak gigantyczna cyfrowa szuflada, którą zapełniamy dowolnie wybraną muzyką. Za pliki płacimy kredytami zarobionymi poprzez specjalną nakładkę na przeglądarkę, wyświetlającą nam reklamy. Zaletą ma być dostępność do najwyższej jakości plików i uczciwe podejście do praw artystów, których zyski stanowić mają, bagatela, 90 procent wartości utworów. Pełna wersja Baboom ma zostać uruchomiona pod koniec 2014 roku, tymczasem już od stycznia w serwisie jest dostępny do odsłuchu jeden album. Debiut Kima Dotcoma.

Wydane tuż przed 40 urodzinami przedsiębiorcy „Good Times” to niemal podręcznikowy przykład muzycznej grafomanii. Album Dotcoma jest zbiorem przeprodukowanych, chaotycznych kompozycji, brzmiących jak parodia współczesnego popu z elementami muzyki elektronicznej. Płyta została obśmiana przez krytyków, ego Dotcoma połechtały jednak statystyki — publicznie chwalił się 80 tysiącami odsłuchań, które album zaliczył już w godzinę po udostępnieniu.

Mimo aparycji przerośniętego bobasa Kim Dotcom lubi kreować się na playboya – chętnie fotografuje się z modelkami, często na jachtach, które z pasją kolekcjonuje. Posiada kolekcję ekskluzywnych samochodów (preferuje BMW) i memorabiliów związanych z II wojną światową. Perełką w kolekcji Dotcoma jest pierwsze wydanie „Mein Kampf” z autografem Hitlera.

 

Potwora amatora. Tim Westergren (Pandora)

Założyciel najsłynniejszego dziś radia internetowego, które jako pierwsze zaproponowało niemal idealnie spersonalizowaną playlistę. Pandora dobiera utwory za pomocą zaawansowanego algorytmu Music Genom Project, który wyszukuje kawałki na podstawie średnio 400 atrybutów („genów”) – od oczywistych, jak tempo i styl utworu, przez tonację czy płeć wokalisty, aż po poziom przesterowania gitar. Pandora to nie tylko skomplikowana matematyka — za analizę utworów odpowiada w firmie prawie 40 ekspertów, którzy regularnie przechodzą specjalistyczne szkolenia. Sami użytkownicy również wspomagają system doboru utworów. Dzieje się to poprzez prosty system ocen: kciuk w górę, kciuk w dół. Aplikacja dostępna jest jedynie w Stanach Zjednoczonych, Australii i Nowej Zelandii. W USA jej popularność sięga 70 procent rynku internetowych stacji radiowych.

Pandora

Westergren przeprasza, ale w Polsce Pandora nie działa (jeszcze)

Nim Westergren zanim wpadł na genialny pomysł stworzenia spersonalizowanego radia, spędził niemal 20 lat jako średnio popularny muzyk. Z wykształcenia jest akustykiem i specjalistą od nagrań, potrafi grać na pianinie, perkusji, fagocie i klarnecie. Na podstawie własnych doświadczeń z pustymi salami koncertowymi Westergren wykoncypował, że głównym problemem mało popularnych zespołów niekoniecznie jest brak talentu czy samozaparcia, ale kłopot z dotarciem do odpowiednich uszu. Zirytowany postępującą komercjalizacją mediów muzycznych i faktem, że istniejące systemy rekomendacji muzycznych wspierają tylko znane zespoły, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że bibliotekę Pandory tworzą w dużej mierze mało znane grupy muzyczne, na które wizja dotarcia do idealnego odbiorcy działa jak lep na muchy. Pomocna dłoń Westergrena wyciągnięta w stronę amatorów to tylko połowa prawdy. Druga dłoń liczy pieniądze.

 

Pracodawca 2.0. Reed Hastings (Netflix)

Założyciel jednego z największych na świecie serwisów wideo streamingowych karierę biznesową zaczął stosunkowo późno. W dorosłość wkraczał jako kandydat na oficera marines, szybko jednak rozczarował się bezrefleksyjnością służby wojskowej i żądny przygody zdecydował się dołączyć do Korpusu Pokoju. Wylądował w Suazi w Afryce Południowej, gdzie uczył licealistów matematyki. Po powrocie z misji ukończył informatykę na Uniwersytecie Stanforda. Pierwsze doświadczenia start-upowe zdobył jako założyciel firmy Pure Software, produkującej specjalistyczne oprogramowanie dla inżynierów. Po nieudanej fuzji z Atria Software odszedł, na dwa lata robiąc sobie przerwę w prowadzeniu biznesu. W tym czasie intensywnie planował kolejny startup, za cel stawiając sobie uniknięcie biurokratycznych problemów, które dobiły pierworodnego.

W 1997 roku z inicjatywy Hastingsa narodził się Netflix Global, wypożyczalnia filmów DVD. W ciągu pierwszych lat istnienia firma wprowadziła nowatorskie rozwiązanie subskrypcji. Klienci, oprócz pojedynczych wypożyczeń, mogli korzystać z serwisu wpłacając niewielką, ale stałą miesięczną kwotę, w zamian za którą otrzymywali dostęp do bogatego katalogu wideo. DVD można było wypożyczać na dowolny okres, bez żadnych kar za spóźnienia.

netfix

„House of Cards”, własna produkcja Netflix, przyniosła serwisowi międzynarodowy rozgłos 

Hastings jako pracodawca słynął z wysokiej kultury. Netflix płacił dużo lepiej niż konkurencja, dzięki czemu udało się zbudować zgrany i utalentowany zespół. Słabsze ogniwa menedżerowie eliminowali bez wyrzutów sumienia, bo na odchodne zwalniani pracownicy dostawali gigantyczne bonusy.

Już w 2000 roku Hastings zaimplementował do swojego serwisu pierwsze opcje społecznościowe – system rekomendacji, dzięki któremu kinomaniacy otrzymywali spersonalizowane propozycje. W roku 2007 Hastings wprowadził opcję streamingu, upierając się, że w ciągu kilku lat większość filmów oglądać będziemy na laptopach.

Dziś Netflix to streamingowy potentat o sporej roli kulturotwórczej, szczególnie jeśli chodzi o seriale – i to nie tylko dzięki wyłączności serwisu na doskonałe tytuły („House of Cards”, „Orange is the New Black”, „Arrested Development”), ale także konsekwentnemu wprowadzaniu nowych standardów — braku kosztownych odcinków pilotażowych, publikowaniu od razu całych sezonów (to widz decyduje tu o tempie oglądania) oraz płynnych przejść pomiędzy epizodami.

 

Matka Polka. Susan Wojcicki (Google, Youtube)

Dyrektorka generalna YouTube to absolwentka Harvardu, w murach którego studiowała historię i literaturę. Susan Wojcicki swoje swojsko brzmiące nazwisko zawdzięcza ojcu Polakowi, wykładowcy fizyki. Chociaż humanistyczne wykształcenie szybko uzupełniła o studia z ekonomii i biznesu, można powiedzieć, że jej przygoda z branżą internetową rozpoczęła się od zrządzenia losu. Wraz z mężem w 1998 roku wynajęła garaż dwójce nieco zbzikowanych doktorantów, którzy w pocie czoła pracowali nad ulepszeniem mechanizmów przeszukiwania chaotycznego internetu. Wojcicki spodobał się entuzjazm młodych programistów. W czwartym miesiącu ciąży zrezygnowała z ciepłej posadki w Intelu i jako szesnasty pracownik Google dołączyła do zespołu na stanowisku menedżera do spraw marketingu.

Pod egidą Wojcicki Google zamieniło się z niewielkiego start-upu w lidera rynku. Wielomiliardowe dochody koncernu w 96 procentach pochodzą z reklam. To decyzją Wojcicki Google wykupiło w 2007 roku platformę Doubleclick, której mechanizmy położyły podwaliny pod najdoskonalszą na świecie reklamę kontekstową. Susan Wojcicki odpowiada także za wchłonięcie przez Google serwisu YouTube, którego dyrektorem została w lutym 2014 roku.

wojcicki

Wojcicki na TechCrunch Disrupt, fot. http://www.flickr.com/photos/techcrunch CC BY 2.0

Jako szef największego serwisu wideo Wojcicki stawia sobie jasny cel: uczynić YouTube realną konkurencją dla klasycznej telewizji. Nowa dyrektorka dostrzega wielką szansę w promocji YouTube’owych celebrytów i twórców wartościowego contentu — Wojcicki mocno wspiera profesjonalizację popularnych kanałów, którym stara się ułatwić dotarcie do jeszcze szerszego grona odbiorców. Dyrektorka nie ma zamiaru rezygnować z demokratycznego oblicza YouTube, który od początku funkcjonował jako spełnienie słów Warhola o tym, że każdy ma swoje 15 minut. Nowe rozwiązania w serwisie mają wspomagać dobrze rokujące kanały, które samodzielnie (czytaj: wartościowymi treściami) zdołały przyciągnąć subskrybentów. Silne marki w obrębie serwisu mają z kolei pomóc przyciągnąć reklamodawców. A o Wojcicki nie bez powodu mówi się, że to dziś najważniejszy człowiek w reklamie.

Dyrektorka generalna YouTube to ulubienica kobiecych mediów i współczesny symbol umiejętnego mariażu zawrotnej kariery biznesowej z udanym życiem rodzinnym. Prywatnie jest matką czwórki dzieci. Trudno znaleźć wywiad, w którym o nich nie wspomina.

[SzL]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Baśń o 177 prywatnych muzeach – kultura, biznes i filantropia w Turcji

Gdy spojrzy się w encyklopedyczne biografie największych tureckich biznesmenów przy niemal połowie nazwisk pojawia się podobna formułka: „przedsiębiorca, filantrop, kolekcjoner sztuki”. Gdy zajrzy się do statystyk muzealnych tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki można w nich wyczytać, że podlega mu 99 państwowych muzeów, natomiast tych, które mu nie podlegają – niezależnych finansowo i administracyjnie jest aż 177. Nie uwzględniając prywatnych kolekcji sztuki, których rok temu naliczono 1204. Ten turecki fenomen jest tym większy, że rozpoczął się niedawno, zaledwie trzy dekady temu, a dziś osiągnął niespotykane na świecie rozmiary. Ważne, że nie chodzi wyłącznie o ilość, ale także, a nawet przede wszystkim, poziom prywatnych instytucji sztuki. Duża cześć prywatnych muzeów to instytucje na najwyższym światowym poziomie, z którymi współpracę chętnie podejmują Tate czy Luwr.

sakip

Jedna z licznych wycieczek szkolnych w Sakip Sabancı Müzesi, fot. Business & Culture

Gdyby porównać historię polskiego i tureckiego muzealnictwa, to należałoby powiedzieć, że to drugie niemal jej nie ma. W 1920 roku w Turcji funkcjonowały raptem cztery muzea: Asar-ı Atika Müzesi (Muzeum Archeologiczne), Evkaf-ı Islamiye Müzesi (Muzeum Islamskie), Askerî Müze (Muzeum Militarne) oraz Müze-i Humayun (Muzeum Imperium Ottomańskiego). Trzy pierwsze działały w Stambule, czwarte miało oddziały w kilku anatolijskich miejscowościach. Żadne nie było muzeum sztuki sensu stricto, choć w każdym można było znaleźć jej elementy. Tureckie muzealnictwo narodziło się dopiero za czasów Atatürka, wraz z powołaniem do życia Republiki. Druga ważna fala nadeszła dla niego w latach 80, gdy po raz pierwszy właściciele wielkich holdingów, ale i mniejsi przedsiębiorcy, zaczęli otwierać własne muzea.

sandberk

Sadberk Hanım Müzesi, fot. Sadberk Hanım Müzesi/Vehbi Koç Foundation

Sadberk Hanım Müzesi było pierwsze. Zostało założone przez Vehbiego Koça, najbogatszego ówcześnie Turka. W ottomańskiej willi nad Bosforem znalazły się imponujące zbiory anatolijskiej sztuki, antyków, dzieł stworzonych nawet sześc tysięcy lat przed Chrystusem. Do dziś bardzo wpływowa rodzina Koç podejmuje wiele działań związanych z kulturą. Jednak to pierwsze dało przykład setkom innych tureckich przedsiębiorców. Mimo globalnego kryzysu, który uderzył także w założone w Turcji – dziś już międzynarodowe firmy – dynamika tworzenia prywatnych muzeów nie maleje. W 2009 roku w Stambule funkcjonowało 40 prywatnych muzeów, w roku 2013 – 43, w Ankarze liczba wzrosła z 31 do 34, w Izmirze z 8 do 11. Oficjalne statystyki Ministerstwa Kultury i Turystki podają, że w ciągu ostatnich trzech lat Turcy pozyskali z zagranicy 4138 dzieł sztuki.

Imponuje nie tylko skala zaangażowania sektora prywatnego we wspieranie sztuki, ale też sposób działania prywatnych instytucji. Wiele z nich zyskało międzynarodową sławę i liczną publiczność. To właśnie prywatna instytucja jest dziś najchętniej odwiedzanym tureckim muzeum. Yerebatan Sarnıcı czyli Cysterna Bazyliki to największa ze starożytnych cystern położonych w podziemiach miasta. W roku 2012 muzeum odwiedziło ponad 1,8 miliona osób. Prywatne muzea sztuki pozostają w tyle, ale i tak notują bardziej niż przyzwoite wyniki. Istanbul Modern to drugie w kraju najchętniej odwiedzane prywatne muzeum. Przyciągnęło ponad 665 tys. odwiedzających, z czego turyści stanowią według różnych szacunków od 30 do 50 procent. Wynik blednie przy liczbie odwiedzających Tate Modern (ponad 5 milionów rocznie). Jednak w porównaniu z muzeami i galeriami sztuki w Polsce robi już wrażenie. Wiodące stołeczne instytucje sztuki współczesnej rocznie odwiedza 200-300 tysięcy osób. Kolejne na tureckim podium znalazły się Miniaturk z ponad 530 tysiącami odwiedzających rocznie, Somuncu Baba Müzesi z 485 tysiącami oraz Sakip Sabanci Müzesi z 253 tysiącami.

IstanbulModern

Istanbul Modern i okolice dawnej przemysłowej dzielnicy, fot. DJ Hoogerdijk/Flickr.com (CC BY-ND 2.0)

Warto jednak wrócić do Istanbul Modern, które choć założone dopiero w 2004 roku zyskało już niemałą światową sławę. Położone w dawnych dokach nad Bosforem przyczyniło się znacznie nie tylko do popularyzacji sztuki współczesnej, ale i kulturalnego rozkręcenia podupadłej dzielnicy Karaköy. Równie ciekawa co historia instytucji jest też opowieść o rodzinie, która powołała ją do życia. Na pomysł założenia Istanbul Modern wpadło trzecie pokolenie biznesowego klanu założonego przez Süleymana Ferit Eczacıbaşıego, zdolnego farmaceutę-przedsiębiorcę. Jego syn Nejat F. Eczacıbaşı w 1954 został współfundatorem Wydziału Biznesu na Uniwersytecie Stambulskim, pełnił funkcję pierwszego prezydenta Turkish Educational Foundation, założył Istanbul Foundation for Culture and the Arts oraz Dr. Nejat F. Eczacıbaşı Foundation. Ostatnia skupiała się na stypendiach dla utalentowanych muzyków, filmowców i artystów oraz sponsorowaniu publicznych szkół oraz instytutów naukowych. Holding rodziny Eczacıbaşı działa w kilkudziesięciu branżach, produkuje m.in. sprzęt sanitarny, leki i oprogramowanie, sprzedaje ubezpieczenia i mieszkania, inwestuje w nowe technologie. Niemal w każdej poświęconej doktorowi Nejatowi nocie biograficznej można przeczytać, że często powtarzał swoim rozmówcom: „Sens życia można najlepiej zrozumieć za pomocą sztuki. Wartości, które najbardziej wywyższają ludzkość to kultura i sztuka”. Istanbul Modern posiada dużą kolekcję sztuki współczesnej z Turcji i regionu. Jej kolejne odsłony można oglądać w części przestrzeni wystawowych. Organizuje też wiele wystaw czasowych. Aktualnie można oglądać ekspozycję poświęconą najnowszej sztuce z Turcji i regionów sąsiedzkich – Bałkanów, Kaukazu i Bliskiego Wschodu.

pera

Pera Müzesi, fot. Luna/Flickr.com (CC BY-SA 3.0)

Skąd bierze się fenomen zainteresowania tureckiego biznesu sztuką próbuje tłumaczyć w najnowszym numerze kwartalnika „Herito” Özalp Birol, dyrektor jednej z najważniejszych w kraju prywatnych organizacji zajmujących się sztuką – Suna and İnan Kıraç Foundation. – Są niezwykle świadomi znaczenia znaczenia i prestiżu – zarówno w kręgach międzynarodowych, jak i w samej Turcji – wynikających z posiadania znaczącej kolekcji dzieł sztuki i otwarcia kompetentnej instytucji z niej związanej. (…) Z zadowoleniem zauważamy, że z każdym dniem prestiżowe instytucje ze świata biznesu kładą większy nacisk na kulturę i wydarzenia artystyczne, podejmując coraz cenniejsze inicjatywy i przydzielając środki na ich wdrożenie – tłumaczy Birol. Zanim został szefem założonej w 2003 roku Suna and İnan Kıraç Foundation przez wiele lat zajmował się sprzedażą i marketingiem, a później także zarządzaniem komercyjnymi markami, pracował m.in. dla Unilever, Nestle i grupy finansowej Yapı Kredi. Fundacja, którą kieruje podejmuje wiele działań z zakresu kultury i nauki. Sfinalizowała powstanie w Stambule wspólnego instytutu badawczego uniwersytetów Harvarda i Boğaziçi, doprowadziła do zdigitalizowania 20 tysięcy cennych ottomańskich manuskryptów.

Ale perłą w koronie Suna and İnan Kıraç Foundation jest Pera Müzesi. Założona w 2005 roku instytucja mieści się w dawnym hotelu Bristol, imponującym budynku w dzielnicy Beyoğlu. W stałej kolekcji znajduje się starożytna anatolijska sztuka, orientalne malarstwo XVII, XVIII i XIX wieku oraz ottomańska i turecka ceramika. Wszystkie prace pochodzą z bogatej, liczącej ponad 20 tysięcy obiektów kolekcji Suny Kıraç (jest córką Vehbiego Koça) i jej męża. Muzeum organizuje też ekspozycje artystów współczesnych, w tym roku m.in. Stephena Chambersa oraz Andy’ego Warhola. Posiada też bogaty program filmowy, nie tylko związany ze sztuką. Wystawy czasowe potrafi odwiedzić nawet 150 tysięcy osób w czasie ich 3-4 miesięcznego trwania. Özalp Birol zwraca uwagę, że muzeum szczególny nacisk kładzie na edukację młodego odbiorcy. Pera Müzesi codziennie odwiedzają dwie zorganizowane grupy szkolne, co daje rocznie 8-10 tysięcy osób. Wstęp dla nich jest darmowy, w przypadku weekendowych zajęć edukacyjnych dla rodzin opłata jest symboliczna i ma pokryć jedynie koszt materiałów wykorzystanych w trakcie warsztatów.

Sakip2

Sakip Sabancı Müzesi, zabytkowa część kompleksu muzealnego, fot. Business & Culture

Mówiąc o prywatnych tureckich instytucjach sztuki trudno nie wspomnieć o Sakip Sabancı Müzesi. Urodzony w rodzinie handlarzy bawełną Sakip Sabancı uchodził za najbarwniejszą i najbardziej lubianą postać tureckiego biznesu ostatnich dekad. Sprowadził nad Bosfor wiele międzynarodowych marek, m.in. sieć Hilton, BNP Paribas i Carrefoura. Sabancı Holding (na tureckich ulicach trudno nie zauważyć przy logotypach wielu globalnych marek charakterystycznych liter „SA” umieszczonych w dwóch niebieskich kołach) to ponad sześćdziesiąt różnych firm. Sabancı mawiał, że jest zły, gdy nazywa się go tylko bogatym, jest szczęśliwy ze swojej hojności. W 1974 roku powstała Sabancı Foundation utrzymująca do dziś ponad 120 ośrodków zdrowia, szkół i centrów kultury. W 1999 roku biznesmen założył Uniwersytet Sabancı. W końcu, dwa lata przed śmiercią, powołał do życia Sakıp Sabancı Müzesi. Na jego stałą kolekcję składa się unikatowy zbiór dawnej sztuki regionu, według wielu najcenniejszy na świecie – 320 ottomańskich i tureckich obrazów oraz ponad 400 przykładów ottomańskiej kaligrafii. Ale w muzeum regularnie odbywają się też wystawy czasowe. Aktualnie trwa „600th Anniversary of Turkish – Polish Relations”. W tym roku można było zobaczyć złożoną z kilkudziesięciu prac ekspozycję dzieł wybitnego brytyjsko-indyjskiego rzeźbiarza Anisha Kapoora. W poprzednich latach Sakıp Sabancı Müzesi gościło imponujące wystawy Picassa, Rodina, Beuysa, Daliego i Rembrandta. Muzeum ściąga do siebie ekspozycje z Victoria and Albert Museum czy Luwru, Przy okazji prowadzi jedną z najlepszych w mieście restauracji, którą dowodzi Peter Gordon, znany nowozelandzki szef kuchni. Placówkę odwiedza rocznie ponad 250 tysięcy osób, znajduje się ono na osiemnastym miejscu najchętniej odwiedzanych muzeów w Turcji. Mimo że wymaga od zwiedzającego nawet godzinnej podróży z centrum miasta – położone jest w urokliwej willi w odległej od śródmieścia, zielonej dzielnicy Emirgan.

Turecki przykład obala często przywoływany w Polsce argument, że na wsparcie prywatnych firm kultura nie może liczyć, ponieważ kraj nad Wisłą, to nie Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, gdzie tradycje filantropii czy sponsoringu są dużo dłuższe, a społeczeństwa bardziej wyedukowane kulturalnie. Turcja to przykład, że sztuka w prywatnych rękach może przyczynić się do rozwoju całego społeczeństwa. I nie tylko. – Wzrost liczby muzeów finansowanych z prywatnych środków, ich interesujące wystawy i towarzyszące im kulturalne czy artystyczne wydarzenia wpłynęły na państwowe muzea i władze. Rozważają one wystawiane swoich cennych kolekcji z zastosowaniem nowoczesnych metod ekspozycyjnych, aby zwiększyć zainteresowanie i liczbę odwiedzających – zauważa Özalp Birol.

[MF]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Entertainment inside

Co łączy Wesa Andersona, reżysera królującego właśnie na kinowych ekranach filmu „Grand Budapest Hotel” z duńskim aktorem Madsem Mikkelsenem, odtwórcą roli demonicznego doktora Hannibala Lectera w hitowym serialu stacji NBC (premiera w Polsce już 2 kwietnia w AXN)? Obaj wielokrotnie nagradzani i znani na całym świecie filmowcy mają na koncie romans z reklamą. A konkretnie z promocją marki przemyconą pod płaszczykiem branded entertainment – niezwykle popularnego w ostatnich latach narzędzia, które pozwala łączyć reklamę z rozrywką i kulturą oraz obudować markę w nietuzinkowy angażujący odbiorcę content.

Utarło się, że reklamy są głupie i nachalne, zbyt długie, banalne i wkurzające. Nieliczne wyjątki potwierdzają tę regułę. Badania wskazują, że ponad połowa Polaków irytuje się na myśl o reklamach, którymi na co dzień bombarduje ich telewizja, internet i prasa, a także seriale, filmy i programy rozrywkowe, gdzie rozpanoszył się nie zawsze najwyższych lotów product placement. O ile ten, do którego przez dziesięciolecia przyzwyczajały widzów filmy o Jamesie Bondzie nie wydaje się dziś rażący, o tyle taki, który znamy z rodzimych produkcji telewizyjnych i kojarzymy z „lokowaniem produktu” stanowi całkowite zaprzeczenie idei jaką forsują obecnie specjaliści od branded entertainment.

„Obrandowany content” – filmy, gry, virale, artykuły, infografiki, a nawet eventy stworzone dla marki – stanowi jedno z ważniejszych narzędzi stałej komunikacji z potencjalnym klientem oraz budowania interakcji na linii marka-odbiorca. Oczywiście, największą „siłę rażenia” oraz potencjał redystrybucji mają content videos i to one są najczęściej stosowanym narzędziem. Co ciekawe, to narzędzie, które w promocji nie zawsze wykorzystuje samą nazwę marki czy jej logotyp. Częściej powołuje się na ambasadora marki. Rzadziej pokazuje produkt. Tak jak ma to miejsce w przypadku nakręconej przez Wesa Andersona, sponsorowanej przez dom mody Prada krótkometrażówki „Castello Cavalcanti”, która w viralowym stylu zainfekowała internet w listopadzie 2013 roku.

Stylowa produkcja – Prada sponsoruje, Wes Anderson kręci

Podobnie było z wyjątkowym projektem filmowym „Move On” zrealizowanym dla Deutsche Telekom z udziałem Madsa Mikkelsena. Twórcy od początku zakładali duży nacisk na interakcję z widzami z różnych krajów. Ośmioodcinkowy film drogi wyprodukowany został z myślą o miłośnikach mobilności, nowych technologii, użytkownikach internetu i kinomanach. Na kolejnych etapach jego powstawania widzowie mogli zaangażować się w kreowanie fabuły albo wystąpić w rolach statystów. Akcja filmu dzieje się m.in. w Niemczech, Holandii, Chorwacji i na Węgrzech, gdzie ze swoją tajemniczą walizką trafia grany przez Mikkelsena tajny agent. Film wyreżyserował Asger Leth, twórca „Miasta słońca” i „Człowieka na krawędzi”. Duński reżyser otrzymał w 2013 roku za swoją produkcję Webby Award w kategorii Branded Entertainment Scripted.

Amerykańscy marketerzy już jakiś czas temu odkryli, że nic tak dobrze nie buduje świadomości marki i przywiązania odbiorców do niej, jak komunikacja opierająca się na precyzyjnie skrojonych działaniach content marketingowych. Różnorodność i odpowiednie  profilowanie treści powstających wokół marki to klucz do dobrej komunikacji z odbiorcami. Badania przeprowadzone na tamtejszym rynku w listopadzie 2013 roku i opublikowane przez magazyn Forbes pokazują, że branded content jest o 55 proc. bardziej efektywny w budowaniu świadomości marki wśród konsumentów i o 24 proc. bardziej skuteczny w kreowaniu zachowań konsumenckich niż tradycyjna reklama. Inne źródła podają, że ponad 30 proc. Amerykanów jest zdania, że każda licząca się marka musi mieć w swojej ofercie rozrywkę i darmowy content online. Nic więc dziwnego, że w ostatnich dwóch latach aż 3/4 popularnych na amerykańskim rynku marek zintensyfikowało swoje działania w obszarze content marketingu powiększając przeznaczone na ten cel budżety.

Move-On
Move-On

Co ciekawe, dane pokazują, że budżety globalnych kampanii contentowych niejednokrotnie równają się, a nawet przerastają budżety hitowych filmowych produkcji. Rośnie przekonanie, że w erze nowych technologii, mobilnej rozrywki i social mediów, które diametralnie zmieniły podejście konsumentów do marek, niewiele rozwiązań sprawdzi się równie dobrze, jak branded content & entertainment. O ich rosnącej popularności i znaczeniu  świadczy choćby fakt, że od 2012 roku słynny The Cannes Lions International Festival of Creativity – jeden z najważniejszych konkursów w świecie reklamy – przyznaje nagrody w tej dziedzinie. W tym roku organizatorzy czekają na zgłoszenia do konkursu do 11 kwietnia. Laureatów poznamy w trakcie festiwalu, który potrwa od 15 do 21 czerwca. Joe Pulizzi, guru content marketingu i założyciel Content Marketing Institute w trafny sposób podsumował na Twitterze ideę leżącą u podstaw tego rodzaju działań promocyjnych. Przekonuje on marketerów: „Nikogo nie obchodzi twój produkt czy usługa, odbiorcy interesują się tylko sobą. Stwórz content, który sprawi, że zmieni się ich obiekt zainteresowania.”

Tym obiektem ma się stać marka a konkretnie wciągająca i fascynująca dla odbiorcy opowieść, jaką wokół niej można zbudować dzięki odpowiednio sprofilowanemu contentowi mającemu oparcie w dobrze opracowanej strategii promocyjnej. Atrakcyjny rozrywkowo kontekst zapewnia marce dotarcie do nowej grupy konsumentów, wzmocnienie zaangażowania grupy docelowej i wzbudzanie pozytywnych emocji związanych z marką i jej misją. Żeby uzmysłowić sobie potęgę branded entertainment  wystarczy wspomnieć ubiegłoroczną kampanię promocyjną „The Epic Split” od Volvo Trucks z udziałem Jean-Claude’a Van Damme’a. Fabuła spotu bazuje na dowcipnym tekście wypowiadanym przez aktora i „wykonaniu” przez niego kultowego szpagatu w zawieszeniu pomiędzy dwiema pędzącymi ciężarówkami. Współpraca z aktorem i odwołanie się do charakterystycznej pozy znanej z filmów z jego udziałem, pozwoliło marce Volvo na zdystansowanie się do swojego zwyczajowego wizerunku, pokazanie siebie w bardziej „rozrywkowym” świetle, ale też na zwiększenie rozpoznawalności wśród osób niezainteresowanych ofertą Volvo Trucks. Kampania zaowocowała stale rosnącą liczbą odsłon, lajków, klików, „szerów” i followersów. Tylko na oficjalnym kanale marki w serwisie YouTube mistrzowski spot obejrzało do dziś 71 mln osób.

volvo-jean-claude-van-dam
Volvo i Jean-Claude Van Damme

Jak twierdzi Clare Hill z International Content Marketing Forum dobry content jest dla odbiorcy jak podróż do świata marki. Pozwala ją doskonale poznać, ponieważ odzwierciedla idee i wartości, jakie przyświecają marce, pozwala ją obejrzeć od innej strony, nie tej znanej z reklam. „Branded entertainment to coś więcej niż reklama. To coś co stawia do góry nogami nasze myślenie o tradycyjnej jednostronnej komunikacji marki”– mówił Tom Humer, dyrektor marketingu firmy Toshiba, gdy w 2011 roku ruszał „Inside” pierwszy z cyklu projektów Toshiby i Intela nawiązujący do hasła „Intel Inside”. Kampania skierowana była do młodszych i bardziej opornych na tradycyjną reklamę odbiorców.  Kilkuodcinkowy „Inside” był interaktywnym social media thrillerem. Opowiadał historię Christiny (w tej roli gwiazda serialu „Shameless”, Emmy Rossum), która dzięki napędzanemu procesorem Intela laptopowi Toshiby oraz nienamierzalnemu połączeniu internetowemu nawiązuje kontakt z siecią znajomych z serwisów społecznościowych i z ich pomocą próbuje uwolnić się z miejsca, w którym została uwięziona. W uwalnianie Christiny zaangażowani byli również widzowie oglądający epizody „Inside” na specjalnej stronie internetowej filmu (dziś już nieistniejącej), dodatkowo jeden z nich miał szansę wygrać rolę w serialu dzięki konkursowemu castingowi prowadzonemu za pośrednictwem YouTube’a.

Seria „Inside” osiągnęła sporą popularność i doczekała się jeszcze dwóch odsłon. Pierwsza z nich „Beauty Inside” (2012) zgarnęła Grand Prix w aż trzech kategoriach konkursu Cannes Lions. Sześć odcinków pokazuje życie Alexa, chłopaka, który każdego ranka budzi się jako inny człowiek. Wciąż ma tę samą duszę i uczucia, ale jego ciało zmienia się diametralnie – raz jest czarnoskórym mężczyzną, innym razem posiwiałą staruszką, jeszcze innym nastoletnią dziewczyną. Obok popularnych aktorów, takich jak Topher Grace czy Mary Elizabeth Winstead produkcję Toshiby i Intela wsparli epizodyści wyłonieni dzięki przeprowadzonemu w sieci castingowi. W ten sposób widzowie mieli szansę zaangażować się w tworzenie filmu a wybrańcy wsparli główny aktorski team w odgrywaniu różnych „wcieleń” Alexa. Ten chwyt sprawił, że seria stała się prawdziwym sieciowym fenomenem. Setki tysięcy osób obserwowały w internecie „na żywo” perypetie Alexa, utożsamiały się z jego problemem. I choć strona www.thebeautyinsidefilm.com nie jest już aktywna, to Intel nie ustaje w produkcji contentu, który angażuje skupioną wokół marki społeczność. 24,5 mln fanów na Facebooku uważnie śledzi, komentuje i „szeruje” treści pojawiające się w serwisie, dotyczące nowych technologii, najważniejszych odkryć w technice czy medycynie i ich autorów, a także programy takie, jak Intel Science Talent Search, które pomagają odkrywać młodych utalentowanych naukowców i wspierać ich prace badawcze.

Powoli także i polskie marki odkrywają, że w komunikacji z klientem najważniejszymi hasłami wcale nie są forsowane latami reklamowe slogany-przechwałki „my”, „nasze usługi”, „nasz produkt”. Znaczenie ważniejsze jest to, że marka zna oczekiwania odbiorców i stara się im sprostać, że się o nich troszczy. Tym co wyróżnia ją spośród innych i czyni ją wyjątkową, jest unikatowa treść i forma opracowana przez nadawcę contentu, adekwatna do zapotrzebowania grup docelowej. Bo dobry content to ten, którego poszukują sami użytkownicy, który bazuje na potrzebach odbiorców i wychodzi im naprzeciw, dzięki czemu zaskarbia sobie ich przychylność. Jak pokazują zagraniczne doświadczenia, twórcami tego najciekawszego, najbardziej angażującego contentu nie będą już tylko kreatywni z agencji reklamowych, a także – a może nawet przede wszystkim – ludzie kultury.

[KSz]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Google Glass – co urządzenie z Mountain View może zmienić w kulturze

Nowe urządzenie Google’a od początku budzi duże emocje. Entuzjastycznie potraktowane przez większość branży technologicznej, z większym dystansem, a czasem nawet lękiem odbierane jest przez tzw. „zwykłych użytkowników”. Nic dziwnego – w końcu to ucieleśnienie snu o mariażu technologii i ludzkiego ciała, spełniona wizja „Raportu mniejszości”. Dyskutować o sensowności nowego wynalazku giganta z Mountain View można długo, argumentów jest sporo: urządzenie wydaje się zbyt drogie (na ten moment wyceniane jest na 1500 dolarów), jak na razie nic nie wskazuje na to, by potrafiło robić coś, czego nie potrafi smartfon, łamie nasze przyzwyczajenia dotyczące prywatności, może doprowadzić do przeciążenia informacyjnego, poza tym według niektórych wygląda się w nim nieatrakcyjnie (co stara się udowadniać popularny blog whitemenwearinggoogleglass.tumblr.com).

Google_Glass_logo

Logotyp Google Glass

Glass złośliwe porównuje się do słynnego w branży technologicznej przypadku Segway’a, który według wszelkich racjonalnych przesłanek miał zrewolucjonizować sposób, w jaki poruszamy się po miastach – jednak nic takiego się wydarzyło. Segway pozostał sympatyczną ciekawostką używaną głównie przez obsługę galerii handlowych i lotnisk. Entuzjaści odpowiadają: cena urządzenia będzie spadać razem z upowszechnianiem technologii, iPad też nie miał możliwości większych niż smartfon, prywatność nie będzie łamana bardziej niż dzieje się to teraz, przeciążeni informacyjnie już jesteśmy, a co do dziwnego wyglądu – Google już potwierdziło sprzedaż Glass, które wyglądają jak zwykłe (a nawet modne) okulary. Poza tym – wszystkie możliwości Google Glass nie są znane, a zostaną odkryte przez poszczególne branże dopiero w momencie umasowienia produktu. Zapytajmy zatem: w jaki sposób Google Glass może zmienić rzeczywistość kultury? Co nam ułatwi, co zmieni na zawsze, jeśli wejdzie do powszechnego użytku?

Google Glass w wersji lifestyle

Wyobraźmy sobie koncert. Zamiast świecących ekranów smartfonów, publiczność w okularach. Artysty nie oślepiają już błyski fleszy – widzi tylko czerwone małe punkty oznaczające nagrywanie. Razem z upowszechnieniem się Google Glass próby niewpuszczania na widowiska osób ze sprzętami nagrywającymi staną się coraz trudniejsze, a nakazy i zakazy – niemożliwe do wyegzekwowania. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w kolejnych generacjach Google dążyło będzie do miniaturyzacji i maksymalnej niewidoczności sprzętu. Artyści i producenci będą musieli się przyzwyczaić – od dziś wszystko jest nagrywane, z wszystkimi zagrożeniami i korzyściami z tym związanymi. Korzyści? Warto zobaczyć oficjalny film koncertowy Beastie Boys z 2006 roku , w którym kamery wręczono 50 uczestnikom widowiska.

Koncert Beastie Boys nagrywany przez uczestników wydarzenia

Ekran wyświetlający się przed oczami odbiorców doprowadzi do istotnych ułatwień dla kultury. Jedno z nich: w momencie upowszechnienia się Google Glass widzom w kinie będzie można zaproponować wszystkie wersje językowe filmu. W operze libretto wyświetlane na tablicy podwieszonej pod sceną stanie się bezużyteczne. Tego typu ułatwienia to oczywiście początek. Jak często zdarza nam się sprawdzać coś na smartfonie np. w trakcie oglądania filmu na DVD lub odwiedzania wystawy? Najnowszy raport Ericsson ConsumerLab wskazuje na coraz częstsze występowanie zjawiska Second Screen, czyli jednoczesnego korzystania z dwóch, a czasem nawet trzech ekranów (oglądam telewizję, piszę smsa, sprawdzam Facebooka na tablecie). Według raportu 63% użytkowników smartfonów w trakcie oglądania telewizji sprawdza pocztę, a 56% korzysta z aplikacji lub wyszukiwarki dla zabicia czasu lub by zgłębić lub potwierdzić informację wyświetlaną na pierwszym ekranie. Dla bardziej złożonych produktów kultury Google Glass stanie się użyteczną platformą do natychmiastowego tłumaczenia i poszerzania kontekstów odbioru, niezależnie od tego, czy trzeba będzie rozjaśnić tajniki sztuki średniowiecznej czy potwierdzić aluzję literacką dla mniej wyrobionych odbiorców. Ten trop podpowiada nam również, że przy umasowieniu Glass, audioprzewodniki po muzeach odejdą do lamusa. Będziemy je nosić na sobie, potrzebna będzie tylko mądra aplikacja.

Google_Glass_Dziewczyna

fot. Google Press Center

Google Glass stanie się też nowym narzędziem na linii komunikacji twórca – odbiorca. Już teraz z użyciem inteligentnych okularów powstają prototypowe artystyczne projekty: pierwszym z nich była „Viewpoints of Billions” nowojorskiego artysty Davida Datuny na Art Basel w Miami. Dzięki Glass odbiorcy mieli dostęp do filmów i obrazów, których reprezentacje znalazły się w instalacji. Proces oglądania instalacji za każdym razem był nagrywany i przesyłany bezpośrednio na oficjalną stronę autora. „Glass, używając treści wideo, odblokowuje narrację. To zupełnie nowe doświadczenie” – mówiła w wywiadzie artystyczna konsultantka Datuny.

Google Glass, jako medium kumulujące funkcje różnych urządzeń, doprowadzi do zwielokrotnienia i umasowienia zjawisk już występujących. Co to oznacza w praktyce? Jeszcze więcej amatorskich filmików na YouTubie. Jeszcze więcej złych i niepotrzebnych treści w Internecie. „Google Glass spotęguje topniejącą już teraz granicę między filmowcem a widzem, między patrzącym a obiektem” – napisał „Rolling Stone”. Nie diabolizując jednak – Glass ułatwi robienie zarówno tych niepotrzebnych, jak i wartościowych rzeczy. Henry Alex Rubin, reżyser filmów dokumentalnych nagradzany m.in. na festiwalu Sundance, pisze: „To może być rzecz bardzo ekscytująca dla dokumentalistów. Najtrudniejsze do uchwycenia w filmie dokumentalnym są te zawstydzające, intymne momenty między ludźmi. Te niebezpieczne. To zazwyczaj chwile, kiedy musisz opuścić kamerę w dół, bo ktoś płacze, komuś dzieje się krzywda. Dalej już nie kręcisz, bo wydaje się to niewłaściwie, mimo że dla tych momentów właśnie warto oglądać filmy. Czuję, że kiedy filmowcy zaczną kręcić filmy z Google Glass, nie będą mogli przestać. Glass zdecydowanie zrewolucjonizują kino dokumentalne – bez wątpliwości”.

Czy Google Glass oznacza rewolucję? Ta – wraz z wprowadzeniem Internetu, a później mediów 2.0 – już się dokonała. Obstawiamy raczej ewolucję. O ile Glass nie skończy jak wspominany już Segway.

[MM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Model obywatelski zamiast festiwalowego – Wrocław jako ESK cz.2

-Nie nastawiamy się na jednorazowy fajerwerk, ani krótkotrwały efekt, ale na głęboką kulturę, którą współtworzą wszyscy wrocławianie – mówi Krzysztof Czyżewski, dyrektor artystyczny projektu Europejskiej Stolicy Kultury 2016 we Wrocławiu. To kolejny materiał na naszym blogu, w którym przyglądamy się wrocławskim poczynaniom związanym z tytułem ESK 2016. I będziemy to regularnie robić przez kilka kolejnych lat.

Czym ma być tytuł Europejskiej Stolicy Kultury dla Wrocławia? Wydarzeniem kulturalnym czy promocyjnym?  
Chciałbym żeby ESK była niezwykłym wydarzeniem kulturalnym, które wypromuje Wrocław w świecie. Chciałbym też żeby ESK udało nam się nie jako jeden festiwal, a jako dzieło zbiorowe miasta. Program, który chcemy zrealizować nie będzie opierał się na impresariacie artystycznym, a zostanie zbudowany na potencjale twórczym Wrocławia i jego mieszkańców. Oczywiście zaprosimy światowej sławy artystów, ale nie na zasadzie gwiazd, a partnerów.

To jednak wciąż nie są żadne konkrety, kiedy możemy spodziewać się bardziej szczegółowych informacji?
Jesteśmy już gotowi z ramową koncepcję i przedstawimy ją w pierwszej połowie stycznia. W tej chwili stawiamy akcent na to jak chcemy robić, a nie co. Od przyszłego roku uruchamiamy czterdzieści laboratoriów, które będą przygotowywały poszczególne projekty. Nazwaliśmy je Fabryką Tworzenia. Laboratoria będą pracowały nad ostatecznym kształtem programu. To, co mogę powiedzieć już teraz, to że największą atrakcją ma być sam Wrocław. Nie nastawiamy się na jednorazowy fajerwerk, ani krótkotrwały efekt, ale na głęboką kulturę, którą współtworzą wszyscy wrocławianie.

Żeby włączyć jak największą ilość osób w uczestnictwo w projekcie musi być on dobrze wypromowany. W sytuacji braku głośnych nazwisk ta promocja staje się jeszcze ważniejsza. Jednak do tej pory w tej kwestii niewiele się we Wrocławiu robi.
To wszystko ulegnie zmianie. Gdy już powstanie wizja programowa, zaczniemy się intensywnie promować. Pod koniec roku 2013 zacznie działać nasza siedziba w dawnym barze Barbara, który będzie punktem promującym całe ESK oraz miejscem, gdzie będzie można się wszystkiego dowiedzieć, także tego, jak można się zaangażować w działania.

Ale to perspektywa roku, co dzieje się teraz?
Przez te kilka miesięcy od objęcia przez nas kierownictwa ESK zbudowaliśmy zespół, podejmujemy współpracę z innymi miastami, zorganizowaliśmy konkurs na nową identyfikację wizualną. Będzie ona pierwszym elementem nowej komunikacji, nowego języka, którym chcemy mówić o ESK i kulturze w ogóle. Ten nowy język jest potrzebny, bo kultura się zmienia. Z modelu festiwalowego przekształca się w model obywatelski – i to właśnie Wrocław pokazał w swojej aplikacji. Teraz musimy wypracować odpowiednie narzędzia do zrealizowania tego nowego modelu kultury. I musimy zrobić to tak, by stworzone przez nas wzorce stały się modelowe. Oczywiście to duże wyzwanie, także w sensie komunikacyjnym.

A jak ten nowy język zadziała w kryzysie? Już dziś widać że przygotowaniom do ESK będą towarzyszyły mniejsze i większe kryzysy. Choćby znaczne odsunięcie w czasie budowy Muzeum Współczesnego, którego otwarcie miało być ważnym elementem działań.
Rzeczywiście już wiemy, że Muzeum Współczesne nie będzie miało nowej siedziby do 2016 roku. Jednak nie zmieniają się plany związane z tą inwestycją. Częścią programu ESK będzie uroczyste wmurowanie kamienia węgielnego, a na terenie przyszłego muzeum powstaną instalacje wybitnych artystów, zapowiadające wizję, kształt i program  nowoczesnej instytucji, kontynuującej najlepsze tradycje wrocławskiej awangardy. Nie obawiamy się kryzysu, bo nasz program będzie złożony z wielu działań, a nie występu jednej gwiazdy, która np. mogłaby odwołać swój udział.

Krzysztof Czyżewski – od kwietnia tego roku dyrektor artystyczny projektu ESK 2016 we Wrocławiu. Jest dyrektorem Ośrodka Pogranicze oraz Fundacji Pogranicze w Sejnach. Jako dyrektor artystyczny projektu ESK Lublin starał się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury dla tego miasta.

[KG]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized