Tag Archives: muzea

Mobile w muzeum przyszłości – kolejny krok

Jeszcze do niedawna wiele muzealnych placówek za punkt honoru stawiało sobie posiadanie własnej aplikacji mobilnej. Na szczęście muzealnicy przekonują się, że aplikacje to nie wszystko. Że solidny pakiet cyfrowych usług, rozbudowana infrastruktura mobilna oraz dobrze zaprojektowane i responsywne strony www przystosowane do wyświetlania na ekranach wszystkich dostępnych urządzeń mobilnych to klucz do sukcesu. W erze mobilnej liczą się też oryginalne pomysły wzbogacające muzealną ofertę i angażujące widzów, dla których tablet czy smartfon to przedłużenie zmysłów – dotyku, słuchu, wzroku. Bo jak mówił przed rokiem w wywiadzie dla muzealnictwo.com Peter Gorgels, Digital Communication Manager w holenderskim Rijksmuseum: „Muzeum powinno zbudować dobrą cyfrową infrastrukturę – na niej można dalej budować, co tylko się chce. Należy pomyśleć o publiczności i o tym, jakie technologiczne trendy – mające sens w kontekście danego muzeum – teraz panują. Nie należy próbować robić wszystkiego naraz, w jednym momencie. Liczy się to, co pokocha 80 procent publiczności”.

Urządzenia mobilne, telefon komórkowy czy tablet, stanowią dziś kombinację wielu wynalazków, które na przestrzeni ostatniego stulecia zrewolucjonizowały takie dziedziny, jak komunikacja, przepływ informacji, rozrywka czy edukacja. Jasper Visser – twórca bloga themuseumofthefuture.com, specjalista od definiowania i wprowadzania zmian oraz innowacji w kulturze, sztuce i muzealnictwie ery cyfrowej – twierdzi, że te instytucje, które w obliczu społecznych i technologicznych zmian ostatnich dziesięcioleci nie poniosły porażki i dostosowały się nowych realiów, w kolejnych dziesięcioleciach będą stały przed szeregiem wyzwań, warunkujących ich „być albo nie być”. Ci, którzy nie dostosują się do dynamiki zmian z pewnością wkrótce zmuszeni będą zakończyć działalność. Muzea, które wciąż kojarzą się z instytucjami „z innej epoki” stają więc przez zadaniem, które polega nie na tym, by utrzymać bezpieczne status quo, ale na budowaniu nowoczesnego wizerunku i oferty w oparciu o permanentny kontakt i interakcję z publicznością. Muzeum musi stać się instytucją social, zarówno w sensie społecznym, jak i technologicznym.

Prześledziliśmy dokonania trzech instytucji, które w tej dziedzinie są w swojej branży pionierami. I doskonale opanowały trudną sztukę traktowania mobilnej usługi nie w kategoriach jednorazowego produktu, ale narzędzia służącego do budowania szerokiego, kompletnego i komplementarnego zestawu usług. Opartego na solidnym researchu i badaniach dotyczących zachowań oraz preferencji publiczności, dostosowanego do jej potrzeb. Instytucje te bezustannie poszukują innowacyjnych dróg do poprawienia jakości komunikacji i interakcji między muzeum, jego ofertą, zbiorami i zasobami, a publicznością.

RIJKSMUSEUM i RIJKSSTUDIO

Od czasu hucznego otwarcia (w kwietniu 2013) po 10-letniej remontowej przerwie, Rijksmuseum bije rekordy popularności. Pod koniec 2013 roku miało na koncie już 2,5 miliona zwiedzających i mogło się poszczycić jedną z najznakomitszych oraz najmocniej angażujących publiczność stron internetowych w muzealnym świecie. „Wierzymy w siłę arcydzieł zebranych w naszej kolekcji. Wierzymy też, że należą do naszego wspólnego dziedzictwa i że w każdym z nas drzemie artysta”. Taka myśl przyświecała szefowi kolekcji Rijksmuseum Taco Dibbitsowi, który wprowadzał na muzealny rynek rewolucyjny produkt – Rijksstudio. Rijksstudio wystartowało dokładnie dwa lata temu, pod koniec października 2012 roku. To innowacyjna strona www (responsywna i działająca na urządzeniach mobilnych dokładnie tak jak aplikacja), za pośrednictwem której muzeum bezpłatnie udostępnia przeglądającym www ogromną część swojej kolekcji. Łącznie ponad 150 tysięcy zdjęć wysokiej rozdzielczości, które można oglądać „na zoomie” z dokładnością do najdrobniejszego szczegółu. Każdy z użytkowników Rijksstudio może założyć na stronie własny profil – przypominający profile na Pinterest. Przeglądane zdjęcia kolekcji – obrazów, przedmiotów codziennego użytki, rycin i grafik – można poddawać przeróżnym zabiegom. Wycinać ulubione elementy, robić kolaże i pobierać na dysk, drukować i produkować w dowolnej formie – samodzielnie robić pocztówki, nadruki na koszulkach, etui na telefon czy tablet. W trakcie zwiedzania muzeum można zaś za pomocą specjalnej aplikacji oznaczać wybrane dzieła i zapamiętywać je jako „ulubione” na własnym profilu.

Muzeum zaprosiło w ten sposób swoją publiczność do interakcji. I spotkało się ze znakomitym przyjęciem – zarówno ze strony zwiedzających jego stacjonarną, jak i wirtualną odsłonę. Statystyki mówią same za siebie. Przez pierwsze trzy miesiące funkcjonowania Rijksstudio założono 32 tysiące profili, pobrano ponad 110 tysięcy zdjęć, a liczba odwiedzających stronę wzrosła o 35 procent. Co ciekawe, zwiększył się też czas spędzany przez indywidualnych użytkowników na stronie www – przed uruchomieniem Rijksstudio wizyta na www trwała średnio 3 minuty, po uruchomieniu – już 10 minut. Szczególnie upodobali sobie stronę użytkownicy iPadów – oni spędzali na stronie najwięcej czasu, średnio 19 minut. Łącznie, po uruchomieniu nowej strony www liczba użytkowników przeglądających ją na urządzeniach mobilnych wzrosła o 90 procent. Absolutnym hitem okazało się nawiązanie współpracy między Rijksstudio a platformą Etsy (od lutego 2014). Muzeum zachęcało projektantów skupionych wokół platformy do twórczego przetwarzania motywów z udostępnionych w Rijksstudio dzieł. I tak powstała np. kolekcja bielizny z elementami dekoracyjnymi z XVII-wiecznych obrazów, obuwie, biżuteria i ubrania oraz ceramika wykorzystująca motywy z muzealnych eksponatów. W przedsięwzięciu nie chodziło o to, by muzeum zarabiało na udostępnianiu praw do wykorzystania dzieł, ale o to by poprzez upowszechnianie zbiorów poszerzać grono odbiorców sztuki i zachęcić ich do odwiedzenia placówki.

IMPERIAL WAR MUSEUM I CENTENARY CONNECTIONS

2014 rok to szczególny czas kiedy w całej Europie galerie, muzea i instytucje zajmujące się historią oraz kulturą, na swój sposób upamiętniały wybuch I wojny światowej. Z inicjatywy Imperial War Museum North w Manchesterze (jednego z pięciu oddziałów Imperial War Museum) doszło do zawiązania współpracy między 26 galeriami, muzeami, bibliotekami i instytucjami ulokowanym na terenie hrabstwa Greater Manchester. Współpraca ta miała na celu udostępnienie szerokiej publiczności, zasobów – archiwów, opowieści, artefaktów – dzięki którym współcześni odbiorcy mogli lepiej doświadczyć czym była I wojna światowa oraz przekonać się, w jaki sposób odcisnęła swoje piętno na mieszkańcach i terenach należących do hrabstwa. Taka była idea Centenary Connections – aplikacji i strony www, największego tego rodzaju projektu muzealnego w Wielkiej Brytanii. Jej twórcy zebrali setki tysięcy danych wyciągniętych z archiwów lokalnych instytucji i przekształcili je w cyfrową podróż po hrabstwie Greater Manchester szlakiem wojennych tropów, pamiątek, wspomnień, listów, zdjęć i fragmentów pamiętników.

blogcc

Korzystając ze strony oraz aplikacji i wybierając na nich konkretną zakładkę (np. Zwierzęta, Linia frontu, Medycyna) można poznać np. historie związane z medycyną w służbie wojny – z ludźmi i miejscami, które służyły pomocą rannym żołnierzom i cywilom w poszczególnych regionach hrabstwa. Można również poznać losy lokalnych bohaterów walczących na froncie. Ciekawostką są np. opowieści o kilkudziesięciu z 16 milionów zwierząt – psów przewodników, wielbłądów, koni – które pełniły służbę podczas wojny. Oczywiście poszczególne historie i obiekty pochodzą ze zbiorów różnych instytucji, dzięki czemu odbiorcy mogą – idąc tropem interesujących ich treści – wybrać instytucję, która ma ich zdaniem najciekawszą, najbardziej kompletną ofertę. Mogą też podzielić się swoimi odkryciami i najciekawszymi historiami z gronem przyjaciół oraz followersów w mediach społecznościowych. Wreszcie, mogą korzystać z aplikacji, jak z klasycznego przewodnika, z którym będą zwiedzać Greater Manchester. Zalogowani użytkownicy mogą stworzyć i przechować na swoich profilach zarówno najciekawsze ścieżki, którymi podążali śladem I wojny światowej, jak również rzeczy, które odkryli dzięki aplikacji. Tym sposobem projekt Centenary Connections połączył potencjał oraz zasoby wielu instytucji i pomógł stworzyć wokół nich społeczność użytkowników zafascynowanych historią.

CLEVELAND MUSEUM OF ART i ARTLENS

ArtLens to inicjatywa amerykańskiego Cleveland Museum of Art, która ma na celu zbudowanie za pomocą nowoczesnych technologii swoistego pomostu między publicznością, a ofertą i zasobami instytucji. Zastosowana technologia – choć efektowna i ultranowoczesna – służy przede wszystkim wytworzeniu określonej interakcji między zwiedzającymi, a zgromadzonymi w muzeum zbiorami. Już pierwszy kontakt z muzeum jest nie lada atrakcją dla publiczności. Słynna Gallery One stanowi preludium do zwiedzania całej ekspozycji. To połączenie sztuki i technologii, które ma zainspirować widzów do wybrania własnego indywidualnego sposobu poznawania muzealnej kolekcji i odkrywania jej skarbów – dzieł Picassa, Rodina czy Chucka Close. Służą temu m.in. interaktywne zabawy, poznawanie faktów związanych z powstawaniem dzieł sztuki, ich pochodzeniem i technikami produkcji. Centralnym punktem galerii jest gigantyczny dotykowy ekran z zamontowanymi stacjami dokującymi, do których podłączyć można iPady z zainstalowaną aplikacją ArtLens. Na ekranie Collection Wall wyświetlają się ponad 4 tysiące obiektów należących do muzealnej kolekcji. Każdy ze zwiedzających może na tym ekranie stworzyć i wyświetlić listę dzieł według słów kluczy, haseł i według nich stworzyć swoją prywatną kolekcję ulubionych muzealnych obiektów.

Zapisując tę autorską kolekcję na iPadzie (własnym lub wypożyczonym z muzeum) wyposażonym w ArtLens stworzyć możemy indywidualną ścieżkę zwiedzania śladem ulubionych prac. Możemy ją udostępnić innym zwiedzającym, możemy też skorzystać z gotowych ścieżek kuratorskich lub ścieżek „zszerowanych” przez innych muzealnych gości. Ipadowa aplikacja daje dostęp do ponad 9 godzin materiałów multimedialnych, wideo, treści audioguide’owych i dodatkowych informacji o muzeum oraz kolekcji. Co więcej, stanowi nieocenioną pomoc, źródło wiedzy i rozrywki zarówno przed, w trakcie, jak i po wizycie w muzeum. Na terenie ekspozycji zwiedzający mogą wykorzystać różne użyteczności oferowane przez aplikację – mają możliwość skanowania dzieł sztuki by uzyskać informacje o tym jak powstawały, o czym opowiadają, poznać sekrety sportretowanych osób, przedmiotów, historii. Ponadto, ulokowane na terenie ekspozycji ekrany pozwalają na „zeskanowanie” mimiki twarzy, gestów i póz osób zwiedzających i dopasowanie ich do konkretnych prac z muzealnych zbiorów.

[KSz]

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Baśń o 177 prywatnych muzeach – kultura, biznes i filantropia w Turcji

Gdy spojrzy się w encyklopedyczne biografie największych tureckich biznesmenów przy niemal połowie nazwisk pojawia się podobna formułka: „przedsiębiorca, filantrop, kolekcjoner sztuki”. Gdy zajrzy się do statystyk muzealnych tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki można w nich wyczytać, że podlega mu 99 państwowych muzeów, natomiast tych, które mu nie podlegają – niezależnych finansowo i administracyjnie jest aż 177. Nie uwzględniając prywatnych kolekcji sztuki, których rok temu naliczono 1204. Ten turecki fenomen jest tym większy, że rozpoczął się niedawno, zaledwie trzy dekady temu, a dziś osiągnął niespotykane na świecie rozmiary. Ważne, że nie chodzi wyłącznie o ilość, ale także, a nawet przede wszystkim, poziom prywatnych instytucji sztuki. Duża cześć prywatnych muzeów to instytucje na najwyższym światowym poziomie, z którymi współpracę chętnie podejmują Tate czy Luwr.

sakip

Jedna z licznych wycieczek szkolnych w Sakip Sabancı Müzesi, fot. Business & Culture

Gdyby porównać historię polskiego i tureckiego muzealnictwa, to należałoby powiedzieć, że to drugie niemal jej nie ma. W 1920 roku w Turcji funkcjonowały raptem cztery muzea: Asar-ı Atika Müzesi (Muzeum Archeologiczne), Evkaf-ı Islamiye Müzesi (Muzeum Islamskie), Askerî Müze (Muzeum Militarne) oraz Müze-i Humayun (Muzeum Imperium Ottomańskiego). Trzy pierwsze działały w Stambule, czwarte miało oddziały w kilku anatolijskich miejscowościach. Żadne nie było muzeum sztuki sensu stricto, choć w każdym można było znaleźć jej elementy. Tureckie muzealnictwo narodziło się dopiero za czasów Atatürka, wraz z powołaniem do życia Republiki. Druga ważna fala nadeszła dla niego w latach 80, gdy po raz pierwszy właściciele wielkich holdingów, ale i mniejsi przedsiębiorcy, zaczęli otwierać własne muzea.

sandberk

Sadberk Hanım Müzesi, fot. Sadberk Hanım Müzesi/Vehbi Koç Foundation

Sadberk Hanım Müzesi było pierwsze. Zostało założone przez Vehbiego Koça, najbogatszego ówcześnie Turka. W ottomańskiej willi nad Bosforem znalazły się imponujące zbiory anatolijskiej sztuki, antyków, dzieł stworzonych nawet sześc tysięcy lat przed Chrystusem. Do dziś bardzo wpływowa rodzina Koç podejmuje wiele działań związanych z kulturą. Jednak to pierwsze dało przykład setkom innych tureckich przedsiębiorców. Mimo globalnego kryzysu, który uderzył także w założone w Turcji – dziś już międzynarodowe firmy – dynamika tworzenia prywatnych muzeów nie maleje. W 2009 roku w Stambule funkcjonowało 40 prywatnych muzeów, w roku 2013 – 43, w Ankarze liczba wzrosła z 31 do 34, w Izmirze z 8 do 11. Oficjalne statystyki Ministerstwa Kultury i Turystki podają, że w ciągu ostatnich trzech lat Turcy pozyskali z zagranicy 4138 dzieł sztuki.

Imponuje nie tylko skala zaangażowania sektora prywatnego we wspieranie sztuki, ale też sposób działania prywatnych instytucji. Wiele z nich zyskało międzynarodową sławę i liczną publiczność. To właśnie prywatna instytucja jest dziś najchętniej odwiedzanym tureckim muzeum. Yerebatan Sarnıcı czyli Cysterna Bazyliki to największa ze starożytnych cystern położonych w podziemiach miasta. W roku 2012 muzeum odwiedziło ponad 1,8 miliona osób. Prywatne muzea sztuki pozostają w tyle, ale i tak notują bardziej niż przyzwoite wyniki. Istanbul Modern to drugie w kraju najchętniej odwiedzane prywatne muzeum. Przyciągnęło ponad 665 tys. odwiedzających, z czego turyści stanowią według różnych szacunków od 30 do 50 procent. Wynik blednie przy liczbie odwiedzających Tate Modern (ponad 5 milionów rocznie). Jednak w porównaniu z muzeami i galeriami sztuki w Polsce robi już wrażenie. Wiodące stołeczne instytucje sztuki współczesnej rocznie odwiedza 200-300 tysięcy osób. Kolejne na tureckim podium znalazły się Miniaturk z ponad 530 tysiącami odwiedzających rocznie, Somuncu Baba Müzesi z 485 tysiącami oraz Sakip Sabanci Müzesi z 253 tysiącami.

IstanbulModern

Istanbul Modern i okolice dawnej przemysłowej dzielnicy, fot. DJ Hoogerdijk/Flickr.com (CC BY-ND 2.0)

Warto jednak wrócić do Istanbul Modern, które choć założone dopiero w 2004 roku zyskało już niemałą światową sławę. Położone w dawnych dokach nad Bosforem przyczyniło się znacznie nie tylko do popularyzacji sztuki współczesnej, ale i kulturalnego rozkręcenia podupadłej dzielnicy Karaköy. Równie ciekawa co historia instytucji jest też opowieść o rodzinie, która powołała ją do życia. Na pomysł założenia Istanbul Modern wpadło trzecie pokolenie biznesowego klanu założonego przez Süleymana Ferit Eczacıbaşıego, zdolnego farmaceutę-przedsiębiorcę. Jego syn Nejat F. Eczacıbaşı w 1954 został współfundatorem Wydziału Biznesu na Uniwersytecie Stambulskim, pełnił funkcję pierwszego prezydenta Turkish Educational Foundation, założył Istanbul Foundation for Culture and the Arts oraz Dr. Nejat F. Eczacıbaşı Foundation. Ostatnia skupiała się na stypendiach dla utalentowanych muzyków, filmowców i artystów oraz sponsorowaniu publicznych szkół oraz instytutów naukowych. Holding rodziny Eczacıbaşı działa w kilkudziesięciu branżach, produkuje m.in. sprzęt sanitarny, leki i oprogramowanie, sprzedaje ubezpieczenia i mieszkania, inwestuje w nowe technologie. Niemal w każdej poświęconej doktorowi Nejatowi nocie biograficznej można przeczytać, że często powtarzał swoim rozmówcom: „Sens życia można najlepiej zrozumieć za pomocą sztuki. Wartości, które najbardziej wywyższają ludzkość to kultura i sztuka”. Istanbul Modern posiada dużą kolekcję sztuki współczesnej z Turcji i regionu. Jej kolejne odsłony można oglądać w części przestrzeni wystawowych. Organizuje też wiele wystaw czasowych. Aktualnie można oglądać ekspozycję poświęconą najnowszej sztuce z Turcji i regionów sąsiedzkich – Bałkanów, Kaukazu i Bliskiego Wschodu.

pera

Pera Müzesi, fot. Luna/Flickr.com (CC BY-SA 3.0)

Skąd bierze się fenomen zainteresowania tureckiego biznesu sztuką próbuje tłumaczyć w najnowszym numerze kwartalnika „Herito” Özalp Birol, dyrektor jednej z najważniejszych w kraju prywatnych organizacji zajmujących się sztuką – Suna and İnan Kıraç Foundation. – Są niezwykle świadomi znaczenia znaczenia i prestiżu – zarówno w kręgach międzynarodowych, jak i w samej Turcji – wynikających z posiadania znaczącej kolekcji dzieł sztuki i otwarcia kompetentnej instytucji z niej związanej. (…) Z zadowoleniem zauważamy, że z każdym dniem prestiżowe instytucje ze świata biznesu kładą większy nacisk na kulturę i wydarzenia artystyczne, podejmując coraz cenniejsze inicjatywy i przydzielając środki na ich wdrożenie – tłumaczy Birol. Zanim został szefem założonej w 2003 roku Suna and İnan Kıraç Foundation przez wiele lat zajmował się sprzedażą i marketingiem, a później także zarządzaniem komercyjnymi markami, pracował m.in. dla Unilever, Nestle i grupy finansowej Yapı Kredi. Fundacja, którą kieruje podejmuje wiele działań z zakresu kultury i nauki. Sfinalizowała powstanie w Stambule wspólnego instytutu badawczego uniwersytetów Harvarda i Boğaziçi, doprowadziła do zdigitalizowania 20 tysięcy cennych ottomańskich manuskryptów.

Ale perłą w koronie Suna and İnan Kıraç Foundation jest Pera Müzesi. Założona w 2005 roku instytucja mieści się w dawnym hotelu Bristol, imponującym budynku w dzielnicy Beyoğlu. W stałej kolekcji znajduje się starożytna anatolijska sztuka, orientalne malarstwo XVII, XVIII i XIX wieku oraz ottomańska i turecka ceramika. Wszystkie prace pochodzą z bogatej, liczącej ponad 20 tysięcy obiektów kolekcji Suny Kıraç (jest córką Vehbiego Koça) i jej męża. Muzeum organizuje też ekspozycje artystów współczesnych, w tym roku m.in. Stephena Chambersa oraz Andy’ego Warhola. Posiada też bogaty program filmowy, nie tylko związany ze sztuką. Wystawy czasowe potrafi odwiedzić nawet 150 tysięcy osób w czasie ich 3-4 miesięcznego trwania. Özalp Birol zwraca uwagę, że muzeum szczególny nacisk kładzie na edukację młodego odbiorcy. Pera Müzesi codziennie odwiedzają dwie zorganizowane grupy szkolne, co daje rocznie 8-10 tysięcy osób. Wstęp dla nich jest darmowy, w przypadku weekendowych zajęć edukacyjnych dla rodzin opłata jest symboliczna i ma pokryć jedynie koszt materiałów wykorzystanych w trakcie warsztatów.

Sakip2

Sakip Sabancı Müzesi, zabytkowa część kompleksu muzealnego, fot. Business & Culture

Mówiąc o prywatnych tureckich instytucjach sztuki trudno nie wspomnieć o Sakip Sabancı Müzesi. Urodzony w rodzinie handlarzy bawełną Sakip Sabancı uchodził za najbarwniejszą i najbardziej lubianą postać tureckiego biznesu ostatnich dekad. Sprowadził nad Bosfor wiele międzynarodowych marek, m.in. sieć Hilton, BNP Paribas i Carrefoura. Sabancı Holding (na tureckich ulicach trudno nie zauważyć przy logotypach wielu globalnych marek charakterystycznych liter „SA” umieszczonych w dwóch niebieskich kołach) to ponad sześćdziesiąt różnych firm. Sabancı mawiał, że jest zły, gdy nazywa się go tylko bogatym, jest szczęśliwy ze swojej hojności. W 1974 roku powstała Sabancı Foundation utrzymująca do dziś ponad 120 ośrodków zdrowia, szkół i centrów kultury. W 1999 roku biznesmen założył Uniwersytet Sabancı. W końcu, dwa lata przed śmiercią, powołał do życia Sakıp Sabancı Müzesi. Na jego stałą kolekcję składa się unikatowy zbiór dawnej sztuki regionu, według wielu najcenniejszy na świecie – 320 ottomańskich i tureckich obrazów oraz ponad 400 przykładów ottomańskiej kaligrafii. Ale w muzeum regularnie odbywają się też wystawy czasowe. Aktualnie trwa „600th Anniversary of Turkish – Polish Relations”. W tym roku można było zobaczyć złożoną z kilkudziesięciu prac ekspozycję dzieł wybitnego brytyjsko-indyjskiego rzeźbiarza Anisha Kapoora. W poprzednich latach Sakıp Sabancı Müzesi gościło imponujące wystawy Picassa, Rodina, Beuysa, Daliego i Rembrandta. Muzeum ściąga do siebie ekspozycje z Victoria and Albert Museum czy Luwru, Przy okazji prowadzi jedną z najlepszych w mieście restauracji, którą dowodzi Peter Gordon, znany nowozelandzki szef kuchni. Placówkę odwiedza rocznie ponad 250 tysięcy osób, znajduje się ono na osiemnastym miejscu najchętniej odwiedzanych muzeów w Turcji. Mimo że wymaga od zwiedzającego nawet godzinnej podróży z centrum miasta – położone jest w urokliwej willi w odległej od śródmieścia, zielonej dzielnicy Emirgan.

Turecki przykład obala często przywoływany w Polsce argument, że na wsparcie prywatnych firm kultura nie może liczyć, ponieważ kraj nad Wisłą, to nie Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, gdzie tradycje filantropii czy sponsoringu są dużo dłuższe, a społeczeństwa bardziej wyedukowane kulturalnie. Turcja to przykład, że sztuka w prywatnych rękach może przyczynić się do rozwoju całego społeczeństwa. I nie tylko. – Wzrost liczby muzeów finansowanych z prywatnych środków, ich interesujące wystawy i towarzyszące im kulturalne czy artystyczne wydarzenia wpłynęły na państwowe muzea i władze. Rozważają one wystawiane swoich cennych kolekcji z zastosowaniem nowoczesnych metod ekspozycyjnych, aby zwiększyć zainteresowanie i liczbę odwiedzających – zauważa Özalp Birol.

[MF]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Jak (dobrze) zarobić na muzeum

W sylwestrową noc Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie zorganizowało Bankiet Ciał, imprezę, z której dochód został przeznaczony na zakup nowych prac dla placówki. Choć niektórych impreza bulwersowała, MSN bodaj jako pierwszy w Polsce pokazał w znacznej skali, że muzeum może dla własnego dobra skutecznie działać także na polu komercyjnym. Bo choć zgodnie z ustawą „muzeum jest jednostką organizacyjną nienastawioną na osiąganie zysku”, to wolno mu pozyskiwać pieniądze na własne funkcjonowanie. Co ważne szczególnie w Polsce, gdzie kultura jest permanentnie niedofinansowana. Ale takich inicjatyw, jak ta w MSN-ie jest cały czas mało, a udział finansowania własnego instytucji kultury mizerny. Często na ich własne życzenie.

Spójrzmy na model brytyjski, uznawany za najdoskonalszy. Statystycznie 50 procent budżetu muzeów i galerii sztuki zapewnia dotacja państwowa. Druga połowa pochodzi łącznie od sponsorów oraz z własnej działalności (w proporcjach mniej więcej równych). Na ową działalność składają się dziesiątki elementów: sprzedaż biletów, dobrowolne dotacje od zwiedzających, stały wynajem powierzchni (np. pod kawiarnie), wynajem sal na specjalne wydarzenia (np. eventy korporacyjne), prowadzenie sklepików muzealnych, wydawnictwa, gadżety, płatne oprowadzanie, wynajem eksponatów i wiele innych. Jak to wygląda w praktyce? Weźmy przykład londyńskiej Tate Britain. Wchodzimy do galerii i od razu napotykamy pojemnik na dotacje, z napisem sugerującym, aby wrzucić minimum 2 funty, mniej nie wypada. Gdy jednak pozostaniemy nieczuli na pierwszą zachętę czeka nas kilka innych. Podobne pojemniki rozstawiono przy szatni. Idziemy do kasy, a tam każdy odwiedzający zostanie zapytany czy chce kupić zwykły bilet, czy wybiera droższy o 1,5 funta, ale zawierający dotację dla Tate. W takiej sytuacji trudno jest odmówić. I choć Tate nie podaje statystyk ile pieniędzy otrzymuje w ten sposób, to obserwacja zachowań kolejnych osób podchodzących do kasy pozwala sądzić, że co najmniej jedna trzecia nie odmawia dotacji. Wychodząc z szatni możemy zahaczyć o sklepik muzealny z bogatą ofertą nie tylko fachowej literatury, ale też gadżetów dla widzów zupełnie przypadkowych. Nie skusiliśmy się, nic straconego, wychodząc z wystawy trafimy na kolejny sklep.
MOMA
Noworoczna wyprzedaż w sklepie MoMA

Tate działa tu niemal jak IKEA. Aby przejść z wystawy na kolejną trzeba przespacerować się wokół półek wypełnionych katalogami, książkami, magnesami, apaszkami, parasolami, reprodukcjami, plakatami, kubkami i dziesiątkami innych gadżetów. Z okazji każdej dużej wystawy tworzy specjalne kolekcje, na każdą kieszeń. Niezbyt majętni miłośnicy prerafaelitów (wystawa trwa do 13 stycznia) mogą zadowolić się estetycznymi filiżankami za kilkanaście funtów, ci bardziej majętni wartym kilkaset funtów fotelem obszytym tkaniną w prerafaelickim stylu. A gdy zechce nam się jeść lub pić, to Tate pod nos podstawi nam dwie kawiarnie. Wszystko w nich z logo galerii, bo wiadomo, że kanapka Tate popijana espresso Tate smakuje lepiej niż ta z Costy. Może też być droższa. Z kolei Royal Academy of Arts nie bała się umieścić sklepiku muzealnego w połowie wystawy Luciana Freuda. Nie można było go ominąć, co miało zwiększyć sprzedaż katalogów i gadżetów. Niemieckie muzea stosują trochę inną technikę – sprzedają często sprzęt specjalistyczny – dla malarzy przy wystawie malarstwa, dla architektów na wystawie architektury.

Ale w przypadku działalności handlowej jeszcze jedno różni rynek polski i europejski, przede wszystkim brytyjski – sposób dystrybucji wydawnictw i innych materiałów. W Polsce zazwyczaj galerie i muzea nie traktują katalogu jako sposobu zarobienia pieniędzy. To publikacje deficytowe, często traktowane jako zło konieczne, dostępne na miejscu, po wystawie i rzadko gdzie indziej. W Wielkiej Brytanii katalogi trafiają do szerokiego księgarskiego obiegu. Publikacje Tate stają na półkach obok albumów Phaidona czy Taschena, można je kupić na Amazonie i oczywiście w dobrze zorganizowanych sklepach internetowych samych galerii. Portal culturelabel.com oferuje gadżety, katalogi, reprodukcje dzieł sztuki z bardzo wielu muzeów. Bo skoro komercyjne wydawnictwa mogą zarobić (także w Polsce) na albumach o sztuce, to dlaczego galeria by nie mogła.

Ważny element komercyjnej działalności to prawa. Mucha Museum w Pradze utrzymuje się wyłącznie z tego co zarobi. Instytucję prowadzi wnuk Alfonsa Muchy, były finansista, który urodził się i wychował w Wielkiej Brytanii. Prawa do reprodukcji prac sprzedaje na całym świecie. Austriacka firma Piatnik produkuje karty z plakatami secesyjnego artysty, a w japońskim supermarkecie można spotkać torby z wizerunkiem Sary Bernhardt. Z kolei z siecią Marks & Spencer umowę na wykorzystanie eksponatów (np. na dziecięcych piżamach) podpisało Natural History Museum z Londynu.
cl
Internetowy sklep culturelabel.com

Muzea brytyjskie prowadzą też aktywną politykę wynajmu przestrzeni. Na stronach polskich galerii takie oferty się nie pojawiają, jeśli już są to rzadko możemy dowiedzieć się co dokładnie otrzymamy. A biznes potrzebuje konkretnej, klarownej i atrakcyjnej oferty. British Museum proponuje doskonale wyposażone sale konferencyjne. Przyciąga klientów kusząc tym, że goście w trakcie konferencji będą mieli dostęp do kolekcji, gdzie mogą „odetchnąć i poszukać inspiracji”. Zapewnia, że może zaspokoić każde żądanie klienta, np. usługi tłumaczeniowe. Victoria & Albert Museum oferuje przestrzeń dla korporacji, ale zapewnia też specjalną aranżację scenerii dla ekip filmowych i sesji fotograficznych. Ofertom towarzyszą cenniki oraz formularze zgłoszeniowe. Oddzielną kategorię stanowią usługi związane z samą sztuką. Na przykład nowojorska MoMA oferuje kursy sztuki współczesnej (od 200 dolarów), wejściówki członkowskie (od 85 dolarów), a także ekskluzywne pakiety (12 tys. dolarów) dzięki którym można delektować się prywatnymi śniadaniami z kuratorami, ekskluzywnymi, drukowanymi w limitowanych nakładach katalogami, a nawet spotkaniami z artystami.

Oczywiście w Polsce sztuka zajmuje mniej istotne w życiu społecznym miejsce. Ale to nie usprawiedliwia niechęci muzealników do komercyjnej działalności. Pierwsze  po 1989 roku badanie dotyczące poziomu i struktury finansowania muzeów w Polsce przeprowadzone zostało przez Narodowe Centrum Kultury w 2008 roku. Wynika z niego, że w muzeach podległych ministrowi kultury średnia dotacja od państwa w latach 1998-2008 wynosiła 71 procent budżetu instytucji. 24 procent to dochody własne. Zdawałoby się, że to niezły wynik, niemal równy brytyjskiemu. Sęk w tym, że zawyżony przez instytucje nie związane ze sztuką, jak Muzeum Zamkowe w Malborku, które „zarobiło” 52 procent. Badaniem objęto tylko kilkanaście instytucji, przez co wyniki trudno uznać zresztą za reprezentatywne dla skali kraju. Większą ilość placówek objęło badanie muzeów samorządowych. W nich średnia dotacja od organizatora wynosiła 81 procent, a udział dochodów własnych to niecałe 15 proc.

Polscy muzealnicy, świadomie bądź nie, są wyznawcami teorii, że bezpiecznym gwarantem funkcjonowania instytucji kultury jest państwo, a nie rynek. I faktycznie w czasach recesji sponsorzy mniej chętnie łożą na kulturę. Jednak także środki z budżetu państwa i samorządu maleją. Przykłady można mnożyć poczynając od problemów MSN-u, kontynuując przez przesuwane rozpoczęcie budowy Muzeum Współczesnego we Wrocławiu, a kończąc na ucinanym co roku budżecie największej w Polsce placówce prezentującej secesję – Muzeum Mazowieckim w Płocku. W takiej sytuacji dywersyfikacja funduszy na funkcjonowanie placówki wydaje się jeszcze ważniejsza. Przemawia za nią jeszcze wiele innych argumentów, choćby to, że niski obecnie stopień samodzielności finansowej instytucji kultury powoduje ich administracyjne uzależnienie, a także upolitycznienie. Komercyjna działalność muzeów może pomóc rozwiązać nie jeden problem, a wiele z nich. MSN pokazał, że muzeum może w Polsce bardzo skutecznie sprzedać komercyjną ofertę. Potrzebni są naśladowcy. I systematyczna praca, bo jeden bankiet to za mało.

[JZ]

7 Komentarzy

Filed under Uncategorized