Tag Archives: książki

Książka + Prada + Costa + Baileys czyli dlaczego markom literatura się opłaca

Jedna z największych sieci kawiarnianych, jeden z największych producentów towarów luksusowych, fundusz inwestycyjny, wytwórca soczewek kontaktowych i producent popularnego likieru – łączy ich traktowanie literatury, jako dobra, które warto wspierać, ale też z którego można mieć konkretne korzyści promocyjne. Niemal każda ważniejsza nagroda literacka na świecie posiada komercyjnego sponsora, często tytularnego. W Polsce nie ma go żadna. To o tyle dziwne, że – jak pokazują badania Biblioteki Narodowej – czytają konsumenci idealni: osoby dobrze sytuowane, najczęściej z wyższym wykształceniem, mieszkańcy wielkich miast, specjaliści i kierownicy, prywatni przedsiębiorcy, a także uczniowie i studenci. Eksperci powtarzają, że Polacy mało czytają, ale cały czas czyta kilkanaście milionów, regularnie (ponad sześć książek w roku) niemal pięć milionów. To potężna grupa, do której marki komercyjne mogłyby dotrzeć. Dlaczego nie chcą? Dlaczego nie spojrzą na zagraniczne przykłady?

W 1996 roku powstała Women’s Prize for Fiction. To jedna z najważniejszych (jeśli nie najważniejsza) nagroda literacka przyznawana kobietom, niezależnie od ich obywatelstwa, za powieść opublikowaną w języku angielskim w Wielkiej Brytanii. Do 2012 związany z nią był koncern telekomunikacyjny Orange, firma najlepiej znana z zaangażowania w sponsoring związany z filmem. Zresztą właśnie chęcią skupienia się na branży filmowej francuski koncern tłumaczył rozstanie z Women’s Prize for Fiction. Trudno się temu ruchowi dziwić. Masowe usługi telekomunikacyjne i ściśle sprofilowana nagroda literacka nie do końca szły w parze. Women’s Prize for Fiction tylko rok pozostawała bez sponsora. W tym roku jej tytularnym sponsorem został producent likieru Baileys.

akcjaThisBook

Akcja #ThisBook na Twitterze

To mariaż idealny. Baileys to alkohol kierowany do kobiet. Kate Mosse pisarka i jedna z założycielek nagrody wskazuje na idealne dopasowanie, ponieważ obie marki – Baileys i Women’s Prize for Fiction doceniają kobiety. Pisarka Jenny Colgan podkreślała, że Baileys zmiękcza wizerunek nagrody. Baileys współpracę z nagrodą rozpoczął mocnym wejściem w media społecznościowe uruchamiając akcję #ThisBook w maju tego roku. Kampania miała wskazać, która z książek napisanych przez kobietę ma największy wpływ na czytelników. Tysiące czytelników wzięło udział w akcji na Twitterze wskazując ważne dla nich książki i autorki hasztagiem #ThisBook. Profil nagrody śledzi dziś aż 25 tys. osób. Dwadzieścia zwyciężczyń ogłoszono 29 lipca. Wśród nich znalazły się m.in. Doris Lessing, J.K Rowling, Jane Austen czy Sylvia Plath. Baileys Women’s Prize for Fiction, to zresztą kontynuacja przemyślanej strategii sponsoringowej grupy Diageo, do której należy marka likieru. Diageo wśród swoich produktów posiada m.in. Gin Gordon, który współsponsorował Nagrodę Turnera czy szampana Moët, sponsora Moët British Independent Film Awards.

Diageo w swoich działaniach sponsoringowych nie stawia na wizerunek grupy, lecz na promocję konkretnych produktów. Tym samym tropem poszła też spółka Withbread. W latach 1971-2006 przyznawano Whitbread Book Awards (do roku 1983 jako Whitbread Literary Awards). Nagroda miała charakter bardziej masowy, popularny niż elitarna Man Booker Prize (wspieranej zresztą przez firmę inwestycyjną Man Group). Przyznawana była zarówno za wysoką wartość literacką, jak i za przyjemność czytania, książkom, które są skierowane do szerokiego odbiorcy. Ale mało kto kojarzył nagrodę z zarządzanym przez firmę, znanym na całym świecie, sieciowym biznesem.

Costa Book Awards 2013

Tym biznesem jest sprzedaż kawy pod marką Costa (druga największa sieć kawiarni na świecie). „Istnieje naturalny związek pomiędzy książkami i czytelnictwem a rosnącą w Wielkiej Brytanii kulturą picia kawy” – tłumaczył John Derkach, dyrektor zarządzający Costa Coffee. „Trudno byłoby nie odnaleźć związku między kawą i czytaniem. Wystarczy się rozejrzeć” – dodawał Bud McLintock, dyrektor nagrody. I tak w 2006 roku Whitbread Book Awards stała się Costa Coffee Awards. Od tego momentu nazwa sieci pojawia się corocznie w tysiącach medialnych doniesień (nie tylko w Wielkiej Brytanii, bo nagroda jest dobrze rozpoznawalna na świecie) i na okładkach nominowanych książek. Costa chwali się nią także w swoich kawiarniach.

Mariaże marek komercyjnych z literaturą nie zawsze są tak naturalne, jak w przypadku Baileysa i Costy. Czasem bywają dość egzotyczne. W 2007 roku trzyletni kontrakt dotyczący sponsoringu tytularnego National Book Awards podpisał producent czekolady Galaxy. Marka mocno wchodziła zresztą w literaturę w ogóle – wspierała też (i nadal wspiera) akcję Quick Read, która ma na celu rozpowszechnianie czytelnictwa. W 2010 roku Galaxy odnowiła kontrakt z National Book Awards na nowych zasadach. Jak się okazało nie służących ani nagrodzie, ani sponsorowi. Od wydawców nominowanych do Galaxy National Book Awards oczekiwano opłaty na cele marketingowe. Postanowiono też wykorzystać celebrytów do nagłośnienia nagrody, podkreślając, że pisarze nie zawsze są osobami medialnymi, a literatura potrzebuje takiego wsparcia. Momentem kulminacyjnym była gala z wręczenia nagród relacjonowana przez telewizję, wzorowana na Oscarach. Próba wpisania w literatury w taki kontekst nie powiodła się, działanie obniżyło rangę nagrody i gdy w 2012 roku kontrakt sponsorski wygasł, Galaxy już go nie przedłużało.

nat

Logo Specsavers National Book Awards

Szybko jednak znalazła się inna, bardziej rozumiejąca literaturę, komercyjna firma. Sponsorem tytularnym National Book Awards została marka Specsavers, która w chwili przejęcia wspierała już inną literacką nagrodę (Specsavers Crime Thriller Awards). Specsaver to oceniana jako godna zaufania i szanowana firma specjalizująca się w optyce, okularach, soczewkach kontaktowych i aparatach słuchowych. To właśnie widzenie stanowiło pomost pomiędzy nagrodą a produktem. Dyrektor marketingu Specsaver podkreśla, że nie chodzi tylko o sponsoring i promocję, ale też popularyzację czytelnictwa w punktach usługowo-handlowych sieci.

Trend promowania przez literaturę nie omija też towarów luksusowych, choć tutaj – z naturalnych przyczyn – nie można mówić o klasycznym sponsoringu. Prada we współpracy z włoskim wydawcą Giangiacomo Feltrinelli Editore powołała do życia własną nagrodę Prada Journal. Dzięki partnerstwu jednego z największych włoskich domów mody i jednego z największych wydawnictw książkowych, stworzono szansę na publikację książki młodym twórcom. Pierwsza edycja Prada Journal odbyła się w ubiegłym roku. Koncentrowała się na otaczającym świecie oraz życiu codziennym. Do konkursu zgłosiło się ponad 1300 osób, przysyłając prace w ponad trzydziestu językach. Książki pięciu osób, finalistów pierwszej edycji Prada Journal, zostały wydane w formie e-booka.

Prada_journal (2)

Prada Journal w mediach społecznościowych

Tegorocznym wyzwaniem jest wrażliwość na zmiany, które nas czekają. Młodzi twórcy muszą zmierzyć się z pytaniami: „Jakie są oznaki zmieniającego się świata? Jakie sytuacje możemy przewidzieć?”. Od uczestników oczekuje się świeżego spojrzenia na otoczenie. I właśnie spojrzenie jest słowem kluczowym. Umiejętność obserwacji, oceny i refleksji ma zasadnicze znaczenie dla każdego pisarza. Punktem wyjścia do książki są okulary z kolekcji Prada Journal, które zaprojektowano specjalnie na potrzeby konkursu.

W końcu także same marki wydawnicze stają się sponsorami nagród literackich. Brytyjska Folio Prize dedykowana jest pisarzom z całego świata, którzy opublikowali książkę w Wielkiej Brytanii w języku angielskim, niezależenie od formy i gatunku. Początkowo nazywała się po prostu Literature Prize. Pod nową nazwą funkcjonuje od 2014 roku. Zwycięzca otrzymuje 40 tys. funtów. Oceny książek dokonuje jury nazywane akademią, w skład którego wchodzi aż sto osób. Wśród nich twórcy wyjątkowo ważni i utytułowani, m.in. Margaret Atwood, Peter Carey, A.S. Byatt oraz J.M. Coetzee. Widać, że organizatorzy chcą, aby Folio Prize stało się drugim literackim Noblem. Jej twórcy tłumaczą, że chcą zastąpić Man Booker Prize, która według nich się skomercjalizowała.

folio

George Saunders odbiera Folio Prize, fot. thefolioprize.com

Ale i ta nagroda (po części) służy sponsorowi. Jest nim wydawca specjalnych, pięknie ilustrowanych wydań literatury klasycznej, Folio Society. Również tutaj współpraca wydaje się być bardzo przemyślana – prestiżowa nagroda, której celem jest uczczenie fikcji literackiej oraz wydawnictwo z długą tradycją w tworzeniu książek dla pokoleń. „Z niczego nie możemy być bardziej zadowoleni niż ze współpracy z Folio Society. Naszą wspólną ambicją jest stworzenie tak wielu wspaniałych książek jak wielu jest czytelników. Czekamy na długą i owocną współpracę” – mówi założyciel Folio Prize, Andrew Kidd. Krótka zapewne nie będzie, bo nagroda szybko zyskała spore uznanie. A zysk dla sponsora jest oczywisty, bowiem – tutaj powtórzymy – czytają konsumenci idealni: osoby dobrze sytuowane, najczęściej z wyższym wykształcenie, mieszkańcy wielkich miast, specjaliści i kierownicy, prywatni przedsiębiorcy, a także uczniowie i studenci.

[AM]

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Potęga twarzy – celebryta w literaturze i jej promocji

Promocja książki tradycyjnymi metodami nie zapewnia już dziś rynkowego sukcesu. Zauważył to niedawno „Tygodnik Powszechny”, na którego łamach Paweł Bravo pisał, że nawet książki autorów wybitnych, wydawane przez uznane oficyny, promowane są bardziej intensywnie i innymi metodami niż dawniej. Nawet dzieło Gombrowicza samo w sobie się dziś nie obroni. Kurczące się grono osób kupujących książki każe wydawcom szukać nowych sposobów dotarcia do grup docelowych, ale też do nowego odbiorcy, którego nie interesują recenzje, ani krytyka literacka. Ta zresztą coraz mniej obecna na łamach prasy, nie odgrywa już takiej roli, jak dekadę czy dwie temu. W tej nowej sytuacji jako promotor literatury pojawia się celebryta.

Niegdyś rekomendacje książek wystawiali ludzie znający się na nich lub autorytety z dziedziny, w której porusza się autor. Dziś w blurbie często można zobaczyć nazwisko celebryty. Zadanie tej krótkiej rekomendacji jest proste – ma zwiększyć zaufania klienta do produktu, który widzi na półce. Dwa słowa podpisane znanym nazwiskiem stanowią zaproszenie – czytelnik ma nadzieję, że zagłębiając się w książkę, na której widniej magiczne „Genialne! (i odpowiednie nazwisko)”, weźmie udział w uczcie dla wtajemniczonych. Kiedy nauczycielka jogi Mandy Ingber postanowiła wydać książkę, wybór osoby odpowiedniej do wsparcia promocji był oczywisty – zaangażowano jej długoletnią uczennicę z mocną pozycją w Hollywood. Na okładce wydanej w kwietniu 2013 roku nakładem Seal Press „Yogalosophy: 28 Days to the Ultimate Mind-Body Makeover” widnieje kilka zdań podpisanych przez Jeniffer Aniston. Frazy niezbyt odkrywcze, ot proste zachwalanie – „niezwykłe”, „ekscytujące” i „zmieni wasze życie”, ale przecież nie o treść tu chodzi, ale o postać.

cover_yogalosophy

Okładka „Yogalosophy”

Szukając informacji o publikacji szybciej można natknąć się na nazwisko Aniston niż samej autorki. Podobnie, gdy przegląda się materiały graficzne – na większości zdjęć widać uśmiechniętą bohaterkę „Przyjaciół” na tle ścianki z tytułem książki. Autorka pojawia się rzadko i raczej w towarzystwie swej sławnej uczennicy. Można zastanawiać się, czy młodym adeptom jogi wystarczy rekomendacja Aniston. Jeśli tytuł adresowany jest dla laików, jogicznych ignorantów – na pewno. Gdyby jednak ambicją Ingber było stworzenie profesjonalnego przewodnika dla maniaków indyjskiej filozofii, nad zatrudnieniem celebrytki można by się głębiej zastanowić. Czy osoba szukająca rzetelnej publikacji zaufa pozycji, w której treść schodzi na dalszy plan, a największym atutem autorki są znani klienci? Raczej nie. Bądźmy jednak szczerzy – ekspertów w dziedzinie jogi jest niewielu, fanów „Przyjaciół” miliony. Sukces książki Ingber pewny, co potwierdzają statystki Amazona – 34. miejsce na liście najlepiej sprzedających się książek o jodze w historii sklepu.

Czasem nazwisko celebryty nawet w przypadku literatury staje się znakiem jakości. Najsłynniejszym przykładem jest Klub Książki Oprah Winfrey. Znana z talk show prezenterka rozpoczęła działalność dyskusyjnego klubu książki w 1996 roku. Co miesiąc prezentowano i czytano w nim nową pozycję oraz zażarcie o niej dyskutowano. Inicjatywa zyskała rzesze fanów, a wiele z wybranych przez Winfrey tytułów stało się bestsellerami. Wpływ Klubu można było zaobserwować na całym świecie. Książki polecane przez Oprah wchodziły na listy bestsellerów nawet w odległej Brazylii. Przez piętnaście lat działalności omówiono ponad siedemdziesiąt publikacji, a w 2012 roku ruszyła druga edycja, tym razem angażująca platformy internetowe i social media.

Oprah zapowiada Oprah’s Book Club 2.0

Pomysł Klubu Książki okazał się tak ogromnym sukcesem przede wszystkim dlatego, że nie chodziło w nim o sprzedanie książki za pomocą znanego nazwiska, ale o samo czytanie, temat podejmowany przez autora, czy dyskusję jaką wywoływał. Oczywiście najczęściej efektem ubocznym była świetna sprzedaż każdej książki, którą Oprah poleciła. Zadziałał prosty mechanizm – gwiazda wykorzystuje całą siłę swojego wizerunku, nazwiska i popularności, nie próbując jednak przyćmić całkowicie autora i jego tytułu. Taka forma popularyzacji książek trafia do czytelników o różnych wymaganiach: od tych, którym wystarczy prosta rekomendacja znanej osoby, po tych pretendujących do miana znawców. Jedno z polskich wydawnictw postanowiło przenieść pomysł na polski grunt i utworzyło Klub Książki Doroty Wellman. Zasada podobna – znana prezenterka poleca książki. W tym wypadku jednak odpada wariant dyskusyjny. Silniejszy jest też aspekt reklamowy – pani Dorota poleca książki tylko jednego wydawcy.

Celebryta może skutecznie promować nie tylko produkt, ale też samą literaturę lub czytelnictwo. Przykładem jest jedna z najbardziej spektakularnych (i najdłuższych – trwa nieprzerwanie od 1999 roku) kampanii: Get Caught Reading promująca czytanie jako świetny sposób spędzania wolnego czasu. Do akcji wspieranej przez Association of American Publishers przyłączyło się mnóstwo znanych osób, które pozwoliły sfotografować się z książką w ręku. Celebryci, ludzie polityki, sportowcy, a nawet postaci z kreskówek zostały przyłapane na czytaniu. Plakaty ze zdjęciami czytających sław co roku rozwieszane są w całym kraju, może je także zamówić na stronie akcji.

keiraknightly

Keira Knightley i Get Caught Reading, fot. getcaughtreading.org

Po ogromnym sukcesie w USA kampania przeniosła się do Europy, a w 2005 roku miała także swoją polską odsłonę podczas warszawskich Targów Książki (na czytaniu pozwolił się złapać m.in. Lech Wałęsa). Każdej kolejnej kampanii towarzyszy wiele dodatkowych działań, także tych lokalnych, przeprowadzanych w szkołach czy bibliotekach. Kilka miesięcy temu w Polsce wystartowała bliźniacza akcja Fundacji Wisławy Szymborskiej „Niektórzy lubią poezję”. Jej celem jest promowanie czytania poezji, a jej twórcy przekonują, że wiersze są dla każdego, a nie tylko dla polonistów czy krytyków literackich. Inicjatywę wspiera m.in. Tomasz Majewski, Magdalena Cielecka i Anna Komorowska.

W końcu celebryta w literaturze może być nie tylko motorem napędowym promocji, ale też (zazwyczaj wykreowanym przez wydawnictwo) twórcą. Bez znaczenie jest tu fakt, czy dana osoba samodzielnie pisze tekst czy też korzysta z ghostwritera, liczy się nazwisko na okładce i zaangażowanie czytelnika, który przywiązuje się do postaci i jej książkowej serii. Jednym z ciekawszych (i zarazem najbardziej kuriozalnych) przykładów może być historia brytyjskiej celebrytki Katie Price, znanej jako Jordan. Od 2004 roku na jej koncie pojawiło się dziesięć powieści, dwie serie książek dla dzieci oraz pięć autobiografii. Najnowsza „Love, Lipstick and Lies” ukazała się w październiku. Trudno przypuszczać, że życie 35-letniej kobiety jest tak bogate i ciekawe, że potrzeba aż pięciu książek, aby je opisać. Tym, co przyciąga czytelników są oczywiście kontrowersje wokół postaci samej Jordan oraz akcji promujących jej książki, jak ta, podczas której Price pozowała z gigantyczną szminką, ubrana w kostium z własną podobizną. Przypuszczać można, że pod nazwiskiem Price sprzeda się każda pozycja, pod warunkiem, że choć trochę będzie nawiązywała do cukierkowych, kiczowatych i prowokacyjnych stylizacji gwiazdy. Ostatnia książka zajmuje obecnie 24. miejsce w kategorii biografii na Amazonie.

800px-Katie_Price_Jordan

Jordan i jej bestsellery, fot. flickr.com/photos/philip-rosie/

Zupełnie inną postacią, wplecioną w podobny mechanizm, jest rodzima gwiazda-podróżniczka, Beata Pawlikowska. Jej pisarska kariera zaczęła się od książek podróżniczych, czyli słynnej serii „Blondynka w…”. Od 2001 roku ukazało się blisko trzydzieści tytułów z tego cyklu. Po przygodach Blondynki w różnych zakamarkach świata, przyszła kolej na Blondynkę uczącą języków obcych. Wydawcy poszli za ciosem – ktoś, kto jest autorytetem w dziedzinie podróży, musi znać języki, można zatem śmiało wykorzystać jego nazwisko do stworzenia książek językowych.

Równolegle powstawała także seria poradników i książek coachingowych. Ubrana w indyjskie stroje Pawlikowska uśmiecha się z okładki, przekonując czytelnika, że oto nauczy go egzotycznych filozofii, ułatwi jego życie, pozwoli zrozumieć siebie itp. Do tego dochodzą także kalendarze, seria kolekcjonerska z kamieniami energetycznymi, a także książka o prezentach, fotografii i bajki dla dzieci. Głowa może rozboleć od tej różnorodności, a Pawlikowska zdaje się być pisarką płodniejszą od samego Kraszewskiego. W tym wypadku promowanie poszczególnych tytułów nazwiskiem podróżniczki niebezpiecznie zbliża się do absurdu, co zagrozić może autorytetowi Pawlikowskiej i uczynić z niej księgarnianą zmorę, bardziej natarczywą od reklam na YouTube. A nie o taki efekt raczej chodziło specjalistom od marketingu. Podobnie bywa zresztą z wieloma przypadkami korzystania z pomocy celebrytów w promocji książek. Bowiem literatura, nawet ta kiepska, wciąż zachowuje prawo do bycia elementem kultury, a jej odbiorcami kierują bodźce nieco inne, niż te decydujące o wyborze kosmetyków.

[DB]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Żegnamy PIW

W środę Państwowy Instytut Wydawniczy obchodzi 65-lecie istnienia. Smutne będą to obchody,  minister skarbu postanowił instytucję zlikwidować. Bo ma długi, zalegające w magazynach książki oraz podpisuje podobno niekorzystne umowy na wynajem lokali. I rzekomo nie wydaje książek. Niestety minister nie chce zauważyć, że od roku PIW strat nie generuje, a ostatnio wydaje kilka książek miesięcznie. W maju nawet otrzymał nagrodę „Ikar” Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek – za przełamanie zastoju i wprowadzenie nowej, ciekawej oferty.

Prób dostosowania Państwowego Instytutu Wydawniczego, rzeczywiście pod względem zarządzania dość zacofanego, do dzisiejszych realiów, nie było zbyt dużo. Raz próbowano PIW sprywatyzować, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Jednak oddanie PIWu w ręce Biblioteki Narodowej lub Instytutu Książki jest skazaniem wydawnictwa na ostateczny koniec. Biblioteka Narodowa niestety nie dysponuje środkami i instrumentami, które pozwolą uczynić z PIWu prężne wydawnictwo. Instytut Książki dał się poznać kilka lat temu jako dobrze zarządzana instytucja, ale też stracił impet, bo nie otrzymuje wystarczających środków.
Los PIWu zdaje się przesądzony.

Skończy jako marka wydająca czasem coś z wielu klasyków (także XX wieku), do których ma prawa. To o tyle niezrozumiałe, że mamy przecież kilka przykładów, kiedy wydawnictwa wywodzące się w poprzedniej epoki, świetnie sobie poradziły w kapitalizmie. Choćby Znak, który potrafi łączyć komercję z misją. Nawet Czytelnik radzi sobie nieźle, wydaje wiele współczesnych głośnych książek, od powieści Philipa Rotha, przez „Gomorrę” Saviano, po – jak się okazało – sensacyjne dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza.

PIW zawsze miał szczęście do redaktorów. Zabrakło szczęścia do menadżerów, specjalistów od promocji. Jednak 1 lipca zamiast sprawnego menadżera na Foksal przyjdzie sprytny likwidator. Z nowym logiem i strukturą prawną PIW ma stać się instytucją kultury. Jego dorobek (PIW wydał ponad 8 tys. pozycji) przejdzie w nie wiadomo czyje ręce. Bogdan Zdrojewski zapewnia co prawda, że po przeprowadzeniu zmian, książki PIWu nadal będą wydawane. Ale na nowe, ciekawe publikacje zapewne już nie będzie szans.

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Milion książek za darmo

Wciąż nie możemy się (my Polacy) otrząsnąć po upublicznionych niedawno wynikach czytelnictwa. Choć w porównaniu z danymi sprzed dwóch lat jest lepiej, to na wszystkie strony analizujemy fakt, że w ciągu ostatniego roku 46 proc. badanych nie przeczytało żadnego tekstu dłuższego niż 3 strony. Zapewne rozpocznie się teraz wyścig na najlepszy pomysł promowania czytelnictwa. A przecież dopiero co powołaliśmy Republikę Książki, która zapowiadała intensywne działania mające czytelnictwo rozwijać. Hasło „Czytanie włącza” ma zadziałać na wyobraźnię Polaków. Na razie niestety sygnatariusze akcji nie ujawnili w jaki sposób będą włączać w narodzie chęć czytania. A przecież gotowe wzorce wystarczy podpatrzeć w innych krajach. Na przykład taka Światowa Noc Książki, podczas której zostanie rozdany milion książek. Rzecz będzie miała miejsce w Wielkiej Brytanii, a jej pomysłodawcami są… wydawcy.

„Dawcą” może zostać każdy. Wystarczy, że na stronie Worldbooknight.org wybierze jedną z 25 wytypowanych przez organizatorów książek (można wybrać m.in. Atwood, Márqueza, Yann Martela, czy Remarque’a). Wydawcy wydrukują je za darmo i 5 marca wszyscy, którzy się zgłoszą do akcji rozdadzą wybrane przez siebie książki. Łącznie milion egzemplarzy. Co ciekawe wszystko odbywa się w kraju, gdzie według jednego z sondaży 96 proc. osób zadeklarowało, że czytało coś w minionym tygodniu.

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Książka dla Dody

Powstała Republika Książki. I to powstała w Polsce, zupełnie legalnie, z namaszczeniem Ministerstwa Kultury i Biblioteki Narodowej. Republika ma przekonywać, że czytanie włącza. I sprawić, by jak najszybciej zaczął funkcjonować Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa. W akcję zaangażowano ludzi kultury, dziennikarzy, wydawców, księgarzy, działaczy społecznych, biznesmenów. Wszystko pięknie, ale czy elity debatujące we własnym gronie mogą być naprawdę skuteczne? Wszystkie dotychczasowe akcje promujące czytelnictwo były skierowane do osób, które i tak czytają najwięcej – młodzieży, mieszkańców dużych miast, ludzi należących do środowisk intelektualnych. O samej Republice Książki przeciętny Polak nie miał jeszcze szansy usłyszeć. Jej powstanie promowano wśród osób kultury, a na kongresie inaugurującym jej działalność nie pojawił się nikt przypadkowy, z ulicy.


A to właśnie ulica i sytuacje codziennie doświadczane przez większość ludzi powinny być polem, na którym zachęca się do czytania książek. Dlaczego książek nie czytają bohaterowie popularnych seriali? Odcinek „M jak miłość” nadawany 2 listopada przyciągnął przed telewizory 8,14 mln widzów. Mniej więcej tylu Polaków przeczytało w ciągu roku przynajmniej jedną książkę. 38 procent czytających to zresztą najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej. Może gdyby Hanka Mostowiak zamiast patrzeć marzycielsko w okno zagłębiła się w lekturze te przerażające statystyki by się zmieniły? Może akcje promujące czytelnictwo byłyby skuteczniejsze gdyby ich ambasadorami zostawały gwiazdy kultury masowej, a nie wysokiej. Wyobraźmy sobie, że do czytania książek zachęcają Doda i Mariusz Pudzianowski. Celebryci często zarabiają występując w publicznej telewizji. A gdyby im tak dopisać do kontraktów żeby powiedzieli choć dwa zdania o jakieś książce zawsze gdy pojawiają się na wizji? Bez wątpienia byliby skuteczniejsi niż posłańcy Republiki Książki.

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Krytyka blogera

Komputery miały zniszczyć tradycyjne książki. Rzeczywistość okazuje się inna. Komputery zostały zaprzęgnięte do promocji książek. Z ciekawym pomysłem wyszło wydawnictwo W.A.B. Do promocji swojej najnowsze pozycji zaprosiło blogerów, którzy piszą o książkach.

Artur Kurasiński i Barbara Belt będą pomagać w promocji książki Bena Mezricha „Miliarderzy z przypadku”. Książka nie jest przypadkowa, bo traktuje o początkach Facebooka. Opowiada o kontrowersyjnych relacjach między Markiem Zuckerbergiem a pozostałymi współzałożycielami tego serwisu. Trudno nie wykorzystać współczesnych narzędzi do promowania takiej literatury. Wydawnictwo W.A.B. wytycza nowy szlak, przy promocji książek.

Niestety literackim blogerom można wiele zarzucić. Już z samej definicji wynika, że bloger nie  jest krytykiem literackim. Jego teksty w znakomitej większości są słabsze językowo i edytorsko od tekstów zawodowców. Często blogi kuleją także pod względem merytorycznym. Ich autorzy ograniczają się zwykle do wrzucenia książki do worka z napisem: fajne lub niefajne. Brakuje tam rzeczowej analizy, nawiązań do historii literatury, fachowej wiedzy. Ponadto blogerzy są uzależnieni od wydawcy. Krytyczne recenzje zdarzają się bardzo rzadko. Czy dlatego, że wszystkie książki są świetne i godne polecenia? Nic bardziej mylnego. Dziennikarz jest niezależny i może pisać co mu się podoba. To truizm, ale wciąż jeszcze tak jest. Bloger paradoksalnie nie może sobie pozwolić na taką postawę, bo zostanie odcięty od źródła książek. Dlatego najczęściej wszystko mu się podoba i każdą książkę chwali.

Czy to oznacza, że wydawnictwa nie powinny sięgać po blogerów? Ależ nie. Należy mieć tylko świadomość, że to narzędzie, które oprócz swoich zalet ma też wady. Należy pochwalić W.A.B. za pomysł. Efektem współpracy z blogerami są wideo recenzje oraz konkursy na blogach, w których do wygrania są egzemplarze powieści „Miliarderzy z przypadku”. A dziś na stronie serwisu audioteka.pl odbędzie się dyskusja poświęcona charakterystyce współczesnego biznesu internetowego.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized