Monthly Archives: Listopad 2013

Flash mob dla kultury, kultura we flash mobach

Już od dziesięciu lat są regularnie wykorzystywane jako narzędzie promocji. Nie zużyły się, nie zestarzały. W pewnym sensie zyskały nowe życie dzięki mediom społecznościowym, są jednymi z najchętniej „szerowanych” materiałów. W teorii ich najważniejszym celem jest dobra zabawa, a głównym wyznacznikiem spontaniczność. W praktyce, dla branży zajmującej się komunikacją, mają stać się skutecznym elementem kampanii. Wyjątkowo chętnie wykorzystywanym we wspólnej promocji instytucji kultury oraz komercyjnych marek.

Za pierwszym flash mobem stał Bill Wasik, ówczesny wydawca magazynu „Harper’s Bazaar”. W 2003 roku w sklepie Macy’s w Nowym Jorku zebrało się blisko 130 zaproszonych przez niego osób. Przedstawiali się jako mieszkańcy jednej komuny, żyjący na przedmieściach Nowego Yorku i pytali o „dywanik miłości”, który chcieli dla siebie kupić. Gdy wywołali spore zamieszanie – wprowadzili w zakłopotanie sprzedawcę i zyskali duże zainteresowanie tłumu – każdy rozszedł się w swoją stronę. Kolejnymi spektakularnymi flash mobami było oddawanie pokłonów wielkiemu dinozaurowi, wystawionemu w jednym ze sklepów na Times Square czy bitwa na poduszki. Dość szybko powstało również wiele organizacji zajmujących się przygotowywaniem flash mobów, takich jak: Improv Everywhere czy SydMob. Z czasem wykształcił się nowy rodzaj flash moba, którego głównym przedmiotem stał się taniec.

Jeszcze kilka lat temu flash moby były opisywane jako wydarzenia, w których głównym medium był telefon komórkowy i SMS, dziś diametralnie się to zmieniło. Facebook czy Twitter są kanałami wymiany informacji o zbliżającym się wydarzeniu i pozyskiwania kolejnych uczestników. Media społecznościowe zapewniają również popularność flash mobom w trakcie i po zakończonym wydarzeniu. Relacje najlepiej sprawdzają się na YouTube, Vimeo, Instagramie i Vine. Media społecznościowe, niczym papierek lakmusowy, pokazują które pomysły są najbardziej trafne. Przykładem jest flash mob zatytułowany „Frozen Grand Central”, który udowodnił, że nietypowe, zaskakujące i zabawne akcje mają duży potencjał by stać się viralami, przyciągając niezliczone ilości odbiorców. Na nowojorskim dworcu Grand Central zebrała się grupa ponad dwustu osób. W tym samym momencie wszystkie zamarły, zmieniając się przy tym w żywe posągi. Akcja, która wywołała spore zamieszanie wśród tłumu obecnego na dworcu, została do tej pory obejrzana na YouTube blisko 34 mln razy.

The T-mobile Dance – jeden z popularniejszych tanecznych flash mobów o charakterze komercyjnym

Siłę tkwiącą we flash mobach szybko dostrzegli specjaliści od marketingu. Za ich sprawą zmienił się wizerunek flash mobów. Ich celem przestała być dobra zabawa, straciły też swoją spontaniczność. Z drugiej strony flash moby kreowane wedle pomysłu marketingowców okazywały się bardzo spektakularne i produkowane z dużym rozmachem. Nadal tkwił w nich duży potencjał na zaistnienie w mediach. Flash mobom inicjowanym przez wielkie marki najbliżej jest do formuły flash mobów tanecznych. W tym wypadku grupa wynajętych statystów, aktorów, piosenkarzy czy tancerzy odgrywa nieoczekiwaną scenę, zaskakując tym samym zebraną publiczność. Jako jeden z najpopularniejszych flash mobów do historii przejdzie najpewniej T-mobile Dance. 15 stycznia 2009 roku główny hol stacji kolejowej w Liverpoolu zamienił się w parkiet, po brzegi wypełniony tancerzami. Na filmiku dokumentującym wydarzenie widać ludzi relacjonujących je przez telefon, robiących komórkami zdjęcia czy filmy. Reklama sieci komórkowej zakończona jest hasłem „Life’s for Sharing” skłaniającym do dzielenia się chwilą. Tak nazywa się również cały kanał T-mobile na YouTube, gdzie można obejrzeć także inne zrealizowane akcje, w tym flash mob mający miejsce na lotnisku Heathrow 27 października 2010 roku. Grupa muzyków odśpiewała a capella kompilację znanych utworów nawiązujących do podróżowania. Przy dźwiękach niezwykłej muzyki witani byli ludzie wracający właśnie z podróży.

Image

Flash mob z okazji powrotu Muzeum Narodowego w Amsterdamie do dawnej siedziby wraz z obrazem Rembranta „Wymarsz Strzelców”, fot. YouTube

Specjalistom od marketingu zaczęły dorównywać instytucje kultury, choć warto dodać, że w wielu wypadkach ich flash moby powstają z inspiracji i we współpracy ze światem biznesu. W kwietniu tego roku w Holandii miały miejsce dwa ważne i długo oczekiwane wydarzenia. Po 10 latach Muzeum Narodowe w Amsterdamie – Rijksmuseum – wróciło do swej siedziby na Placu Muzealnym. Do gmachu projektu Cuypersa powrócił również jeden z największych klejnotów muzealnej kolekcji – „Wymarsz Strzelców” („Straż nocna”) pędzla Rembrandta. Z tej okazji Muzeum wraz z ING (sponsorem instytucji) przygotowało zaskakującą i spektakularną akcję. Za jej sprawą klienci jednego z lokalnych centrów handlowych przez chwilę mogli poczuć się jak mieszkańcy XVII-wiecznego Amsterdamu. W sklepie zainscenizowano pogoń za złodziejem oraz wymarsz gwardzistów z wielkiej bramy. Reżyserowi nie umknęły nawet najdrobniejsze szczegóły, takie jak kura przytwierdzona do pasa kobiety znajdującej się w lewej części obrazu, która podczas wydarzenia była goniona po sklepie. Cała sytuacja kończy się opuszczeniem kurtyny-ramy, zamykającej scenę w żywy obraz Rembrandta, uwieńczoną napisem „Nasi bohaterowie powrócili”.

Jesteśmy Sabadell – flash mob z okazji 130 lat istnienia Banku Sabadell

Choć przywykliśmy do wykorzystania we flash mobach szeroko pojętej muzyki popularnej, to swoje miejsce znalazła tu także muzyka klasyczna. Jak określił to fotograf Chase Jarvis, o wiele przyjemniej ogląda się jej powstawanie, niż słuchanie nagranych już utworów. Nie sposób nie uznać, że podobna idea przyświecała twórcom operowych flash mobów. Tu należy zwrócić uwagę szczególnie na dwa przykłady. Pierwszy z nich miał miejsce w Katalonii. Stu muzyków z Vallès Symphony Orchestra, the Lieder, Amics de l’Òpera i Coral Belles Arts choirs zebrało się na Placu św. Rocha w Sabadell z inicjatywy Banku Sabadell, by uczcić 130 lat jego istnienia. Flash mob zatytułowany został „Jesteśmy Sabadell” i był hołdem złożonym temu miastu. Na początku widzimy jedną samotnie stojącą na środku placu osobę – elegancko ubranego kontrabasistę i położony przed nim cylinder. Przypomina on obecnych na całym świecie ulicznych artystów. Mała dziewczynka wrzuca do kapelusza monetę i to właśnie ten moment, a nie konkretna godzina wyznacza rozpoczęcie „Ody do Radości” Ludwiga van Beethovena. Do kontrabasisty dołączają kolejni muzycy, a także chór i dyrygent. Na YouTube nagranie flash moba zanotowało łącznie 16 milionów wyświetleń.

Flash mob w kopenhaskim metrze, powstały we współpracy Filharmonii w Kopenhadze i Radia Klassisk

Wśród operowych flash mobów warto zwrócić uwagę również na akcję przeprowadzoną przez kopenhaskich filharmoników promującą muzykę klasyczną. W kwietniu 2012 roku na tablicy stacji metra wyświetlono komunikat specjalny dla jednego z pociągów – „Classical special train – enjoy the music”. W jednym z wagonów podróżowali kopenhascy filharmonicy, którzy powitali pasażerów pociągu utworem „Poranek” ze suity „Peer Gynt” Edwarda Griega. Początkowo słychać tylko jeden instrument, lecz nim pociąg dotarł do kolejnej stacji, grała już cała orkiestra. Flash mob powstał z inicjatywy Sjællands Symfoniorkester (Filharmonii w Kopenhadze) i Radia Klassisk. Wśród polskich kulturalnych flash mobów wyróżniał się właściwie jeden – 15 kwietnia 2011 roku Teatr Muzyczny Roma w warszawskich Złotych Tarasach zachęcał do obejrzenia spektaklu „Nędznicy”. Polski flash mob, na tle innych akcji, wyróżnia się wykonaniem mini inscenizacji oraz obecnością gwiazdy – Łukasza Zagrobelnego – znanego szerszej publiczności muzyka i aktora Teatru Muzycznego Roma. Flash mob do tej pory ma blisko 800 tys. wyświetleń. Przy tak dobrym wyniku, aż dziwi, że na rodzimym rynku brak podobnych pomysłów promujących kulturę.

[AM]

3 komentarze

Filed under Uncategorized

Potęga twarzy – celebryta w literaturze i jej promocji

Promocja książki tradycyjnymi metodami nie zapewnia już dziś rynkowego sukcesu. Zauważył to niedawno „Tygodnik Powszechny”, na którego łamach Paweł Bravo pisał, że nawet książki autorów wybitnych, wydawane przez uznane oficyny, promowane są bardziej intensywnie i innymi metodami niż dawniej. Nawet dzieło Gombrowicza samo w sobie się dziś nie obroni. Kurczące się grono osób kupujących książki każe wydawcom szukać nowych sposobów dotarcia do grup docelowych, ale też do nowego odbiorcy, którego nie interesują recenzje, ani krytyka literacka. Ta zresztą coraz mniej obecna na łamach prasy, nie odgrywa już takiej roli, jak dekadę czy dwie temu. W tej nowej sytuacji jako promotor literatury pojawia się celebryta.

Niegdyś rekomendacje książek wystawiali ludzie znający się na nich lub autorytety z dziedziny, w której porusza się autor. Dziś w blurbie często można zobaczyć nazwisko celebryty. Zadanie tej krótkiej rekomendacji jest proste – ma zwiększyć zaufania klienta do produktu, który widzi na półce. Dwa słowa podpisane znanym nazwiskiem stanowią zaproszenie – czytelnik ma nadzieję, że zagłębiając się w książkę, na której widniej magiczne „Genialne! (i odpowiednie nazwisko)”, weźmie udział w uczcie dla wtajemniczonych. Kiedy nauczycielka jogi Mandy Ingber postanowiła wydać książkę, wybór osoby odpowiedniej do wsparcia promocji był oczywisty – zaangażowano jej długoletnią uczennicę z mocną pozycją w Hollywood. Na okładce wydanej w kwietniu 2013 roku nakładem Seal Press „Yogalosophy: 28 Days to the Ultimate Mind-Body Makeover” widnieje kilka zdań podpisanych przez Jeniffer Aniston. Frazy niezbyt odkrywcze, ot proste zachwalanie – „niezwykłe”, „ekscytujące” i „zmieni wasze życie”, ale przecież nie o treść tu chodzi, ale o postać.

cover_yogalosophy

Okładka „Yogalosophy”

Szukając informacji o publikacji szybciej można natknąć się na nazwisko Aniston niż samej autorki. Podobnie, gdy przegląda się materiały graficzne – na większości zdjęć widać uśmiechniętą bohaterkę „Przyjaciół” na tle ścianki z tytułem książki. Autorka pojawia się rzadko i raczej w towarzystwie swej sławnej uczennicy. Można zastanawiać się, czy młodym adeptom jogi wystarczy rekomendacja Aniston. Jeśli tytuł adresowany jest dla laików, jogicznych ignorantów – na pewno. Gdyby jednak ambicją Ingber było stworzenie profesjonalnego przewodnika dla maniaków indyjskiej filozofii, nad zatrudnieniem celebrytki można by się głębiej zastanowić. Czy osoba szukająca rzetelnej publikacji zaufa pozycji, w której treść schodzi na dalszy plan, a największym atutem autorki są znani klienci? Raczej nie. Bądźmy jednak szczerzy – ekspertów w dziedzinie jogi jest niewielu, fanów „Przyjaciół” miliony. Sukces książki Ingber pewny, co potwierdzają statystki Amazona – 34. miejsce na liście najlepiej sprzedających się książek o jodze w historii sklepu.

Czasem nazwisko celebryty nawet w przypadku literatury staje się znakiem jakości. Najsłynniejszym przykładem jest Klub Książki Oprah Winfrey. Znana z talk show prezenterka rozpoczęła działalność dyskusyjnego klubu książki w 1996 roku. Co miesiąc prezentowano i czytano w nim nową pozycję oraz zażarcie o niej dyskutowano. Inicjatywa zyskała rzesze fanów, a wiele z wybranych przez Winfrey tytułów stało się bestsellerami. Wpływ Klubu można było zaobserwować na całym świecie. Książki polecane przez Oprah wchodziły na listy bestsellerów nawet w odległej Brazylii. Przez piętnaście lat działalności omówiono ponad siedemdziesiąt publikacji, a w 2012 roku ruszyła druga edycja, tym razem angażująca platformy internetowe i social media.

Oprah zapowiada Oprah’s Book Club 2.0

Pomysł Klubu Książki okazał się tak ogromnym sukcesem przede wszystkim dlatego, że nie chodziło w nim o sprzedanie książki za pomocą znanego nazwiska, ale o samo czytanie, temat podejmowany przez autora, czy dyskusję jaką wywoływał. Oczywiście najczęściej efektem ubocznym była świetna sprzedaż każdej książki, którą Oprah poleciła. Zadziałał prosty mechanizm – gwiazda wykorzystuje całą siłę swojego wizerunku, nazwiska i popularności, nie próbując jednak przyćmić całkowicie autora i jego tytułu. Taka forma popularyzacji książek trafia do czytelników o różnych wymaganiach: od tych, którym wystarczy prosta rekomendacja znanej osoby, po tych pretendujących do miana znawców. Jedno z polskich wydawnictw postanowiło przenieść pomysł na polski grunt i utworzyło Klub Książki Doroty Wellman. Zasada podobna – znana prezenterka poleca książki. W tym wypadku jednak odpada wariant dyskusyjny. Silniejszy jest też aspekt reklamowy – pani Dorota poleca książki tylko jednego wydawcy.

Celebryta może skutecznie promować nie tylko produkt, ale też samą literaturę lub czytelnictwo. Przykładem jest jedna z najbardziej spektakularnych (i najdłuższych – trwa nieprzerwanie od 1999 roku) kampanii: Get Caught Reading promująca czytanie jako świetny sposób spędzania wolnego czasu. Do akcji wspieranej przez Association of American Publishers przyłączyło się mnóstwo znanych osób, które pozwoliły sfotografować się z książką w ręku. Celebryci, ludzie polityki, sportowcy, a nawet postaci z kreskówek zostały przyłapane na czytaniu. Plakaty ze zdjęciami czytających sław co roku rozwieszane są w całym kraju, może je także zamówić na stronie akcji.

keiraknightly

Keira Knightley i Get Caught Reading, fot. getcaughtreading.org

Po ogromnym sukcesie w USA kampania przeniosła się do Europy, a w 2005 roku miała także swoją polską odsłonę podczas warszawskich Targów Książki (na czytaniu pozwolił się złapać m.in. Lech Wałęsa). Każdej kolejnej kampanii towarzyszy wiele dodatkowych działań, także tych lokalnych, przeprowadzanych w szkołach czy bibliotekach. Kilka miesięcy temu w Polsce wystartowała bliźniacza akcja Fundacji Wisławy Szymborskiej „Niektórzy lubią poezję”. Jej celem jest promowanie czytania poezji, a jej twórcy przekonują, że wiersze są dla każdego, a nie tylko dla polonistów czy krytyków literackich. Inicjatywę wspiera m.in. Tomasz Majewski, Magdalena Cielecka i Anna Komorowska.

W końcu celebryta w literaturze może być nie tylko motorem napędowym promocji, ale też (zazwyczaj wykreowanym przez wydawnictwo) twórcą. Bez znaczenie jest tu fakt, czy dana osoba samodzielnie pisze tekst czy też korzysta z ghostwritera, liczy się nazwisko na okładce i zaangażowanie czytelnika, który przywiązuje się do postaci i jej książkowej serii. Jednym z ciekawszych (i zarazem najbardziej kuriozalnych) przykładów może być historia brytyjskiej celebrytki Katie Price, znanej jako Jordan. Od 2004 roku na jej koncie pojawiło się dziesięć powieści, dwie serie książek dla dzieci oraz pięć autobiografii. Najnowsza „Love, Lipstick and Lies” ukazała się w październiku. Trudno przypuszczać, że życie 35-letniej kobiety jest tak bogate i ciekawe, że potrzeba aż pięciu książek, aby je opisać. Tym, co przyciąga czytelników są oczywiście kontrowersje wokół postaci samej Jordan oraz akcji promujących jej książki, jak ta, podczas której Price pozowała z gigantyczną szminką, ubrana w kostium z własną podobizną. Przypuszczać można, że pod nazwiskiem Price sprzeda się każda pozycja, pod warunkiem, że choć trochę będzie nawiązywała do cukierkowych, kiczowatych i prowokacyjnych stylizacji gwiazdy. Ostatnia książka zajmuje obecnie 24. miejsce w kategorii biografii na Amazonie.

800px-Katie_Price_Jordan

Jordan i jej bestsellery, fot. flickr.com/photos/philip-rosie/

Zupełnie inną postacią, wplecioną w podobny mechanizm, jest rodzima gwiazda-podróżniczka, Beata Pawlikowska. Jej pisarska kariera zaczęła się od książek podróżniczych, czyli słynnej serii „Blondynka w…”. Od 2001 roku ukazało się blisko trzydzieści tytułów z tego cyklu. Po przygodach Blondynki w różnych zakamarkach świata, przyszła kolej na Blondynkę uczącą języków obcych. Wydawcy poszli za ciosem – ktoś, kto jest autorytetem w dziedzinie podróży, musi znać języki, można zatem śmiało wykorzystać jego nazwisko do stworzenia książek językowych.

Równolegle powstawała także seria poradników i książek coachingowych. Ubrana w indyjskie stroje Pawlikowska uśmiecha się z okładki, przekonując czytelnika, że oto nauczy go egzotycznych filozofii, ułatwi jego życie, pozwoli zrozumieć siebie itp. Do tego dochodzą także kalendarze, seria kolekcjonerska z kamieniami energetycznymi, a także książka o prezentach, fotografii i bajki dla dzieci. Głowa może rozboleć od tej różnorodności, a Pawlikowska zdaje się być pisarką płodniejszą od samego Kraszewskiego. W tym wypadku promowanie poszczególnych tytułów nazwiskiem podróżniczki niebezpiecznie zbliża się do absurdu, co zagrozić może autorytetowi Pawlikowskiej i uczynić z niej księgarnianą zmorę, bardziej natarczywą od reklam na YouTube. A nie o taki efekt raczej chodziło specjalistom od marketingu. Podobnie bywa zresztą z wieloma przypadkami korzystania z pomocy celebrytów w promocji książek. Bowiem literatura, nawet ta kiepska, wciąż zachowuje prawo do bycia elementem kultury, a jej odbiorcami kierują bodźce nieco inne, niż te decydujące o wyborze kosmetyków.

[DB]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

To be hype or anti-hype – muzyków sposoby na promocję w sieci i nie tylko

Choć dopiero listopad i jeszcze nie czas na wielkie podsumowania, to branża muzyczna z pewnością zakończy ten rok na plusie. Artyści dostarczają dowodów na to, że oswoili i opanowali internet, czyli medium, które jeszcze kilka lat temu postrzegali jako przyczynę wszelkiego zła i głębokiej zapaści w przemyśle muzycznym. Dziś jest to pole walki o rząd dusz – setek  milionów użytkowników sieci, którzy klikając „like”, generując sieciowy „buzz”, wrzucając zdjęcia „na Insta”, obserwując i komentując poczynania swoich idoli decydują o komercyjnym sukcesie wydawnictw. A serwisy społecznościowe, virale i nietuzinkowe działania guerillamarketingowe wyznaczają główne trendy oraz kanały komunikacji z potencjalnymi odbiorcami.

Już pierwsze dni 2013 roku utwierdziły nas w przekonaniu, że będzie to czas wielkich zaskoczeń na polu działań promocyjnych i marketingowych. Ich symboliczną inauguracją była równie spektakularna co nieoczekiwana jak sam album akcja promocyjna pierwszej od dekady płyty Davida Bowiego. Zainicjowano ją uruchamiając nową stronę www i wydając 8 stycznia – w dniu 66 urodzin artysty –   premierowy singiel „Where are we now”, który już w dniu rozpoczęcia sprzedażny przez iTunes trafił na pierwsze miejsca list przebojów w ośmiu krajach krajach świata. PR-owcy i marketingowcy przypuścili zmasowany atak na fanów – wraz z relaunchem bowie.com wzmożono działania na Facebooku i Twitterze, a Bowie i teledysk do premierowego singla pojawili się we wszystkich newsowych, kulturalnych i muzycznych mediach świata. Sam album „The Next Day” – zwiastowany w Nowym Jorku przez serię tajemniczych plakatów a w sieci przez viralową kampanię nawiązującą do okładki płyty – okazał się najszybciej sprzedającą się płytą pierwszego półrocza 2013, a teraz ma szansę pobić tamten sukces.

Już 5 listopada do sklepów trafi bowiem specjalne wydawnictwo „The Next Day Extra” złożone z CD z „The Next Day”, CD z dodatkowymi dziesięcioma kompozycjami oraz DVD z czterema teledyskami. Pośród nich będzie kapitalny i mroczny klip do remiksu piosenki „Love Is Lost”, który swoją premierę miał w Halloween, a jego nakręcenie domową kamerą i przy użyciu lalek z kolekcji Bowiego kosztowało artystę tylko 12,99 dolarów. Skąd to wiemy? Oczywiście z profili Bowiego w serwisach społecznościowych, które z dnia na dzień odsłaniają kolejne elementy po mistrzowsku skonstruowanej strategii promocyjnej, która pewnie spowoduje w tym roku jeszcze niejedno zaskoczenie i okołoświąteczny szał na Bowiego. Premiera teledysku do „Love Is Lost” zbiegła się zresztą z sieciowym debiutem trailera najnowszej kampanii reklamowej firmy Louis Vuitton. Kampania startuje oficjalnie 7 listopada a jej twarzą będzie rzecz jasna brytyjski muzyk.

Halloweenowa niespodzianka od Davida Bowiego

Kampania albumu „The Next Day Extra” pokrywa się z promocją Vuittona

I to nie koniec festiwalu Bowiego bowiem artysta ma także niemały udział innej genialnej akcji promocyjnej, która jest mocnym przypieczętowaniem tego roku w branży. Mowa o kampanii najnowszego krążka kanadyjskiej formacji Arcade Fire „Reflektor”. Kampania rozwijała się etapami. Pierwszy jej sygnał pojawił się w lipcu na Twitterze, gdzie zespół ujawnił datę wydania pierwszej od 3 lat płyty. Ale na dobre kampania wystartowała w sierpniu i stała się – obok głosu Bowiego brzmiącego w singlowym  „Reflektorze” –  magnesem przyciągającym publiczność. Frontman zespołu Win Butler nazwał akcję „przedziwnym projektem artystycznym”.

Wszystko zaczęło się od akcji wlepkarskiej w Berkeley i powstania gigantycznego murala na Manhattanie. W Nowym Jorku, Londynie, Berlinie i Sydney pojawiały się graffiti z charakterystycznym napisem Reflektor. Kilka dni później zastąpiły je plakaty z tym samym hasłem i adnotacją 9/9/9, która jak się potem okazało oznaczała dzień, miesiąc i godzinę premiery tytułowego singla zwiastującego płytę  „Reflektor”. Kampania chwyciła – użytkownicy serwisów społecznościowych fotografowali graffiti i plakaty, dyskutowali o ciekawej akcji, wrzucali zdjęcia miejsce, w których pojawiły się zapowiedzi krążka na swoje profile. Dociekliwi fani szybko domyślili się, że za wszystkim stoi Arcade Fire i choć muzycy tego nie komentowali, wytwórnia i managerowi milczeli  to nikt nie miał wątpliwości akcja zadziałała dokładnie tak, jak chciał Win Butler – stała się wciągającym  trailerem. Tyle, że nie filmu, a płyty.W internecie wrzało, a twórcy cierpliwie czekali na 9/9/9.

Dokładnie o godzinie 9:00 9 września do sieci trafiły dwa teledyski do premierowego singla. Pierwszy – klasyczny. Czarno-biały klip, w którym członkowie zespołu występują z charakterystycznymi gigantycznymi masko-głowami, wyreżyserowany został przez legendarnego twórcę Antona Corbijna (robił m.in. video dla Depeche Mode, Nirvany i U2). Drugi – interaktywny – był dziełem Vincenta Morisseta. Teledysk zrealizowany przy współpracy z Google umieszczony został na specjalnej stronie: justareflektor.com. Strona działa w oparciu o przeglądarkę Chrome. A kamery internetowe w komputerach lub urządzeniach mobilnych pozwalają widzom wejść do świata „Reflektora” i stać się współautorem efektów wizualnych a przez chwilę nawet aktorem w teledysku, który kręcony był na Haiti.  Kolejnym etapem kampanii było wydanie 23-minutowego filmu wyreżyserowanego przez Romana Coppolę. Film „Here Comes the Night Time”, a właściwie długi wideoklip promujący kilka utworów z płyty ukazał się dokładnie na miesiąc przed premierą krążka. Swoją premierę miał na antenie stacji NBC w popularnym programie Saturday Night Live.
blogKaro
Uruchom przeglądarkę Chrome, kliknij link justareflektor.com i zagraj w teledysku Arcade Fire.

Film jest wyjątkowy nie tylko ze względu na długość, czas i miejsce emisji oraz nazwisko reżysera, ale też na grono gwiazd, które udało się namówić by choćby na kilka sekund pojawiły się w kadrze. Obok aktorów Bena Stillera, Michaela Cery i Zacha Galifanakisa na ekranie oglądać możemy Bono, lidera zespołu U2. Klip kręcony był w Montrealu podczas koncertu zespołu. Co ciekawe, ów koncert odbył się w tajemnicy, a zapowiadały go plakaty nikomu nieznanego zespołu The Reflektors. Nagrodą dla fanów Arcade Fire, którzy zgadli kim są The Reflektors i zgodnie z życzeniem grupy założyli na koncert specjalne kostiumy, był udział w powstawaniu teledysku. Z działalności The Reflektors wiążą się zresztą kolejne zaskoczenia, które poprzedzały ukazanie się na rynku albumu „Reflektor”, m.in. organizacja koncertów-niespodzianek w Nowym Jorku. Arcade Fire wkroczyli właśnie w najważniejszy dla nich etap promocji płyty – po akcjach w serwisach społecznościowych i internecie oraz partyzanckich działaniach w przestrzeni miast przyszedł czas na bezpośredni kontakt z odbiorcami podczas trasy koncertowej.

Impreza u The Reflektors, czyli gwiazdy promują gwiazdy

Póki co, związana z wydaniem płyty kampania przyczyniła się do gigantycznego sukcesu i medialnej wszechobecności krążka, który sklepach gości od 29 października, a już zdeklasował poważną popową konkurencję (m.in. Katy Perry i gwiazdę sezonu debiutantkę Lorde). „Reflektor” momentalnie wskoczył na pierwsze miejsce UK Charts, czyli brytyjskiego zestawienia najlepiej sprzedających się płyt i jak przewidują specjaliści lada dzień wtargnie na sam szczyt listy Billboard 200 osiągając sprzedaż na poziomie 150 tys. egzemplarzy.

Pozostałe najciekawsze kampanie muzyczne roku 2013

Podchody z Cut Copy

Australijska formacja Cut Copy zaskoczyła swoich fanów nietuzinkową akcją promocyjną, związaną z premierą swojego najnowszego albumu „Free Your Mind” (premiera 5 listopada). Lipcowy etap promocji związany był z singlem „Let Me Show You”, który Australijczycy promowali podczas odbywających się w Chicago targów muzycznych CHIRP Record Fair. Artyści postawili na klasyczną promocję face-to-face pomijając internet i serwisy społecznościowe. I trafili w 10. Fani byli zachwyceni, gdy zobaczyli na targach swoich idoli obsługujących tłocznię do płyt winylowych. Muzycy na miejscu wyprodukowali limitowaną, bo liczącą zaledwie 120 kopii edycję singla. Słuchacze, którzy kupili płytę mogli liczyć także na specjalną grawerowaną na płycie dedykację.

Cut Copy dowodzą, że zarówno oldschool, jak i nowe technologie świetnie sprawdzają się w promocji

Ci, którzy nie załapali się na tę oldschoolową akcję mogli spróbować swoich sił we wrześniowej odsłonie promocji albumu „Free Your Mind”. Tym razem mieli do czynienia z kampanią mocno osadzoną w nowych technologiach. Żeby posłuchać tytułowego utworu z czwartej w dorobku zespołu płyty trzeba się było trochę natrudzić. Premierowego singla można było posłuchać namierzając specjalne billboardy ulokowane w sześciu różnych punktach na świecie – australijskiej mieścinie Moora, w Detroit i Kalifornii na terenie USA oraz w Meksyku, Chile i miasteczku Blaneau Gwent w Walii. Za pośrednictwem Facebooka fani otrzymywali od zespołu wskazówki i współrzędne Google Maps. Dzięki nim wiedzieli, gdzie szukać billboardów, przy których na urządzeniach mobilnych aktywowała się specjalna aplikacja pozwalająca na odsłuchanie premierowego utworu. Większość fanów była zachwycona taką zabawą w muzyczne podchody, część narzekała, że w dniu światowej premiery nie ma dostępu do ulubionej muzyki. Dla nich Cut Copy wyprodukowali teledysk do „Free Your Mind”, którego bohaterem jest gwiazdor serialu „True Blood” Alexander Skarsgard.

Daft Punkt podbija Spotify

Wydanie płyty „Random Access Memories” w maju 2013 było dla francuskiego elektronicznego duetu szansą na efektowny powrót na rynek po kilkuletniej przerwie. Magnesem dla fanów były nazwiska gości, których Daft Punk zaprosili do współpracy: Giorgio Moroder, Julian Casablancas i Panda Bear to tylko garstka z nich. Oczekiwania słuchaczy były ogromne nic więc dziwnego, że gdy na kilka miesięcy przed premierą krążka muzycy zamieścili w internecie okładkę płyty i kilkunastosekundową muzyczną zajawkę, ich strona www była nieosiągalna przez dobrych kilka godzin. Tak wystartowała medialna promocja albumu. Potem było już tylko lepiej. Pierwszy od ośmiu lat singiel, nagrany z Pharrellem Williamsem „Get Lucky” w dniu premiery znalazł się na pierwszym miejscu wśród utworów najchętniej streamowanych przez użytkowników serwisu Spotify. „Get Lucky” okazał się absolutnym numerem jeden spośród wszystkich utworów, jakie debiutowały na Spotify od czasu powstania serwisu w 2008 roku. Kilka minut po premierze singiel trafił na sam szczyt francuskiego iTunes Charts i 3 miejsce US iTunes Charts.

Poza kilkoma billboardami i kilkusekundowymi spotami w programie Saturday Night Live, które na początku 2013 roku reklamowały wydanie „Random Access Memories”, o płycie właściwie nie wiadomo było nic. Wykreowana przez PR-owców atmosfera napięcia i tajemnicy, jaka poprzedzała wydanie płyty doprowadzała fanów do szału. Ograniczona do publikacji kilku prasowych not komunikacja sprawiała, że związane z zespołem i wytwórnią Columbia profile w serwisach społecznościowych przeżywały oblężenie. Fani generowali niezliczone ilości postów i na własną rękę – omijając oficjalne kanały – poszukiwali i rozpowszechniali zdobyte o płycie informacje. Krążek jest na rynku od maja, a w grudniu szykuje się jego reedycja, której towarzyszyć będą specjalne wydawnictwa m.in. na winylu i nośnikach USB.

Yeezus i wysoka sztuka

Kanye West to utalentowany artysta i świetnie wypromowana marka w jednym. Mistrz autopromocji doskonale wie, jak sprzedać słuchaczom swoje muzyczne produkty. A słuchacze kupują je niemal w ciemno wiedząc, że to co West wyprodukuje ma określoną jakość, za którą warto zapłacić każde pieniądze. Dlatego właśnie Kanye mógł pozwolić sobie na obranie strategii minimum, zapewne równie kosztowej jak spektakularne kampanie kolegów po fachu, ale też bardziej intrygującej i dystyngowanej. „Promując ten album nie puszczamy singli do stacji radiowych. Nie robimy kampanii z NBA, nic z tych rzeczy. Cholera, nie zrobiliśmy nawet okładki. Tylko trochę prawdziwej muzyki” – mówił zapowiadając krążek pod mocnym i jednoznacznie kojarzącym się tytułem „Yeezus”. Westowska strategia anti-hype polegała na maksymalnym ograniczeniu informacji o planowanym wydawnictwie. Wprawdzie 1 maja raper zamieścił na swoim Twitterze enigmatyczny wpis „June Eighteen”, który pozwalał spekulować kiedy można spodziewać się jego nowego albumu, ale przez długi czas wiadomość ta nie była potwierdzona.
kanye_yeezus
Tytuł gwiazdy rapu zobowiązuje do skromności. Tak wygląda okładka płyty „Yeezus”

Dopiero na miesiąc przed premierą na oficjalnej stornie Westa pojawiła się okładka i tytuł albumu, który – co rzadko się dziś zdarza – nie był dostępny w przedsprzedaży. Wielkim zaskoczeniem była premiera klipu do zapowiadającego album utworu „New Slaves”, który w połowie maja wyświetlony został na ścianach budynków w 66 lokalizacjach na świecie. Filmy kręcone przez przypadkowych widzów, którzy dokumentowali pokazy „New Slaves” natychmiast obiegły serwisy społecznościowe i zaczęły w sieci żyć własnym viralowym życiem. A West potwierdził, że co prawda jest już gwiazdą popkultury, ale chce też dołączyć do grona twórców sztuki wysokiej, takich, jak polski artysta Krzysztof Wodiczko, który słynie z wykorzystania fasad miejskich budynków do wyświetlania wideoartowych projekcji.

[KSz]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized