Monthly Archives: Marzec 2012

Teatr to także firma

Z publicznej debaty o stanie teatru i jego finansowaniu w Polsce powinniśmy się cieszyć. Trudno jednak o radość, gdy obie strony sporu okopały się na swoich pozycjach i zamiast rozmawiać rzeczowo używają często emocjonalnych argumentów. „Ja się tak wkur…łam, że aż osłabłam. Nawet kawy nie zaproponowali. Ja nie wytrzymam, chodźmy” – powiedziała Monika Strzępka, reżyserka teatralna i wyszła ze studia radia Tok Fm. Rozsierdziły ją pytania Grzegorza Chlasty, który nieco prowokacyjnie sugerował, że teatr nie jest w ogóle Polakom potrzebny.

To tylko jeden z elementów dyskusji rozpoczętej przez problemy z wyborem nowego dyrektora Teatru Dramatycznego oraz wypowiedź urzędnika odpowiedzialnego za kulturę w stolicy, który zasugerował, że Dramatyczny powinien brać przykład z grającego lekkie przedstawienia Teatru Komedia. W odpowiedzi artyści przygotowali apel, który odczytują po spektaklach Warszawskich Spotkań Teatralnych. W debatę od razu włączyły się media, które stają z reguły po stronie twórców.

Razem stawiają zarzuty o upolitycznienie teatru, próbę jego komercjalizacji, obcinanie dotacji z budżetów miejskich (w Warszawie o 12 proc.), niezrozumienie sztuki przez niekulturalnych urzędników. Za zarzutami idą postulaty: odpolitycznić teatr, oddać go ludziom teatru, zrezygnować z menadżerów na stanowiskach dyrektorów i dać więcej pieniędzy z budżetu. „Teatr nie jest firmą/nie jest produktem, widz nie jest klientem. Nie rezygnujmy z artystów, rezygnujmy z niekompetentnych decydentów” – piszą twórcy.

Teatr Dramatyczny w Warszawie, fot. Cezary P/wikipedia.org/CC BY-SA 3.0

Problem w tym, że do jednego worka wrzucono postulaty z różnych bajek. Co innego gdy dyrektorem zostaje radna sejmiku, co innego, gdy człowiek, który ma wszelkie predyspozycje, aby wyprowadzić teatr z zapaści finansowej, a jedyną jego wadą jest fakt, że nie należy do środowiska. Co innego, kiedy awangardowym scenom zostawia się pieniądze na jedną premierę rocznie, co innego, gdy wymaga się od teatru by walczył o widza. Trudno jednoznacznie stanąć po stronie ludzi teatru w sytuacji, gdy protestują nie tylko przeciw urzędniczej ignorancji, ale też namowom, aby walczyli o publiczność i komercyjnych sponsorów. W wielu teatrach cały czas nie dba się o sprzedaż większej ilości biletów, nie inwestuje się w promocję, nie myśli o tym, co będzie, gdy pieniędzy z miasta przestanie starczać na kilka premier w roku, opłacenie etatów i łatanie dziur w dachu.

Obecna debata raczej nie doprowadzi do rozwiązania problemu. Obie strony nie proponują rozwiązań, które można by nazwać reformą teatru i budową jasnych relacji na linii teatr-publiczny mecenat. Co ciekawe niedawno podobna debata wybuchła w Wielkiej Brytanii. Kiedy w zeszłym roku po raz pierwszy opublikowano National Planning Policy Framework, Mhora Samuel dyrektor Theatres Trust zauważył, że w dokumencie zabrakło nie tylko teatru, ale i kultury. Urzędnicy rozpoczęli więc dialog, w wyniku którego do poprawiania dokumentu zaproszono dziewiętnaście organizacji kulturalnych, które nie głowiły się jak zapisać pieniądze dla kultury, ale wyszły od jej miejsca i znaczenia dla społeczności lokalnej.

Magazyn TM wydawany przez Theatres Trust, fot. theatrestrust.org.uk

W kontekście całej afery wart jest wspomnienia także przykład samego Theatres Trust. To rządowa jednostka zajmująca się doradztwem, pomocą w kontakcie z lokalnymi władzami, społeczeństwem, rozwijaniu nowych projektów, dostarczaniem wiedzy, a nawet sprawami renowacji teatralnych obiektów. Jego rola bywa podobna do tej, którą w Polsce sprawuje Instytut Teatralny. Jednak kompetencje, budżet i możliwości są dużo większe.

Druga brytyjska instytucja, której brak w Polsce, to Theatrical Management Association. Podczas, gdy twórcy teatru w Polsce krzyczą, że teatr to nie firma, w Wielkiej Brytanii już od 1894 roku działa teatralne stowarzyszenie mające w statucie zapisane realizowanie biznesowej misji teatru. TMA szkoli, dostarcza narzędzi promocyjnych, łączy z komercyjnymi sponsorami, wydaje branżowy magazyn, przyznaje własne nagrody.

Bez wątpienia podobnych organizacji brakuje w Polsce. Ale aby powstały potrzebna jest nie tylko urzędnicza życzliwość i pieniądze, lecz także zrozumienie przez artystów, że polski teatr działa w warunkach rynkowych czy tego chce czy nie. Jedne sceny mają większą możliwość ich wykorzystania, inne mniejszą. Ale każda powinna z tej możliwości korzystać. Dla własnego dobra.

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Zarządzanie oparte na sztuce

„Organizacje potrzebują sztuki. Potrzebują kultury w swoim biznesie. Żyjemy w czasach przemian i ten czas woła o nowe modele, nową ideę zarządzania i nowe narzędzia marketingowe” – to zdania tyleż prawdziwe, co oczywiste. Jednak wciąż pozostające w teorii, a nie praktyce biznesu. Wypowiedział je profesor Giovanni Schiuma, włoski naukowiec i szef Arts for Business Institute na konferencji The Culture Capital Exchange. Część jego wystąpienia zamieścił internetowy serwis Guardian Professional.

Schiuma zbudował swoją wypowiedź w formie apelu do biznesu. To coś w stylu wołania: otwórzcie oczy, weszliśmy w XXI wiek, a wasze modele zarządza są jak z lat 50., była rewolucja przemysłowa, technologiczna, czas na rewolucję kulturalną. „Włączenie sztuki w biznes, to coś więcej niż powieszenie obrazów na ścianach” – mówił. Rozwijając myśl można dodać, że kultura traktowana instrumentalnie sprawdza się tylko na krótką metę. Kultura to nie narzędzie marketingowe, to sposób na zarządzanie organizacją.

Oczywiście profesor Schiuma nie odkrywa Ameryki. Mimo to jego apel wydaje się istotny. Potrafi w krótkich zdaniach uzasadnić rolę kultury w biznesie. Tworzy listę pięciu wyzwań, przed którymi stają organizacje w XXI wieku. Nazywa je 5E. Pierwsze E to doświadczenie (experience). Każde nasze zetknięcie z ekonomią jest nowym doświadczeniem, nawet zakup podstawowych produktów. Kolejne to emocje, bo już nie chodzi tylko o techniczne know-how, ale i to z jakimi emocjami podchodzimy do produktów czy rozwiązań proponowanych przez biznes. Z kolei energia ludzi i jej wykorzystanie liczy się w procesie produkcji. Do tego etyka czyli odpowiedzialność społeczna, o której jeszcze niedawno mowy nie było. Środowisko (enviroment) to ostatnie E. Odpowiedzią na wszystkie z wyzwań staje się kultura. A konkretnie Arts-Based-Initiatives (ABIs).

Niestety Guardian Professional nie wspomina o ABIs, których teorię od kilku lat rozwija profesor Schiuma. ABIs to model zarządzania oparty na co najmniej jednej formie sztuki – daje ludziom możliwość doświadczać sztuki w kontekście organizacji, albo pozwala traktować sztukę jako aktywa firmy. Mówiąc krótko chodzi o wykorzystywanie pozytywnego procesu zaangażowania emocjonalnego lub racjonalnego uzyskanego dzięki kulturze. W ABIs nie chodzi o dzieło sztuki, jako takie, ale o doświadczenia związane ze sztuką. Albo sztukę, kulturę jako medium, które katalizuje, napędza, a w efekcie pozwala wywrzeć wpływ na ludzi. Jakie korzyści płyną z ABIs? Zmusza grupy ludzi do budowania i dzielenia się emocjami oraz energią, tworzy społeczność, umacnia więzi, pobudza kreatywność. Pozostaje przy tym zjawiskiem indywidualnym, czyli cenionym. I w końcu różni się od znanych nam modeli zarządzania.

To w dużym skrócie. Do  ABIs jeszcze wrócimy, bo temat jest ciekawy i zasługuje na oddzielny wpis. Tym razem chcieliśmy jedynie przywołać apel Giovanniego Schiuma. Dlatego zakończymy jego słowami: „Jedynie poprzez integrację sztuki w naszym DNA możemy stworzyć, to co uważam za prawdziwą organizację XXI wieku”.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Kreatywny falstart?

How To Grow miało być pierwszą poważną europejską platformą dla profesjonalistów działających w obrębie sektorów kreatywnych. Miejscem gdzie spotykają się wiedza, pieniądze, firmy i organizacje. Choć wyda się to nieprawdopodobne, nie było do tej pory w Europie podobnej platformy. Zainteresowanie sektorami kreatywnymi, ilość debat, firm, organizacji i prywatnych osób zajmujących się nimi na Starym Kontynencie wskazywałyby, że How To Grow skazane jest na sukces.

Po niecałym miesiącu od uruchomienia platformy o sukcesie trudno jednak mówić. Można za to pochwalić założenia. How To Grow został podzielony na trzy sekcje. Pierwszą z nich jest poświęcona sposobom finansowania kreatywnych przedsięwzięć. Wyróżniono dwie kategorie – różnego rodzaju fundusze i granty oraz crowdfunding. Niestety w pierwszym wypadku możemy znaleźć tylko kilka, głównie lokalnych programów. To – mówiąc delikatnie – zdecydowanie za mało, aby traktować How To Grow jako źródło wiedzy o finansowych wsparciu dla przemysłów kreatywnych. W drugim wypadku jest zupełnie inaczej, otrzymujemy dostęp do kilkuset projektów starających się o dofinansowanie na różnych platformach crowdfundingowych. Ciekawe, ale tylko pod warunkiem, że How To Grow przyciągnie odpowiednią liczbę osób, które będą chciały zaangażować własne środki.


Z tym może być problem, bo How To Grow nie bardzo ma czym przyciągnąć. Drugą sekcją miała stać się baza firm z sektorów kreatywnych. W ciągu miesiąca zarejestrowało się zaledwie dziewiętnaście firm z całej Europy. W tym pięć z branży designerskiej i ani jedna ze sztuki, reklamy czy muzyki.  How To Grow póki co nie przyciąga także sekcją poświęconą upowszechnianiu wiedzy. Newsy ukazują się co kilka dni, o zapowiadanych wykładach i debatach, do których dostęp miała zapewniać strona internetowa, nic nie słychać. Także promocja projektu nie wygląda najlepiej. Niecałych czterystu fanów na Facebooku i nieco ponad pięciuset followersów na Twitterze połączone z małą interakcją, to jak na międzynarodowy projekt wynik mizerny. Zresztą ta międzynarodowość wydaje się mocno naciągana. W How To Grow zaangażowały się organizacje z zaledwie kilku europejskich państw.

Nie ulega wątpliwości, że projekt w stylu How To Grow jest bardzo potrzebny. Jednak patrząc na jego dotychczasową dynamikę rozwoju i aktywność twórców (czy raczej ich brak), trudno uznać, że dostaliśmy to, na co czekaliśmy.

7 komentarzy

Filed under Uncategorized

Handel sztuką – nadchodzi rewolucja?

Sztuka w Polsce boi się internetu. Mniejsza o państwowe muzea czy galerie, które nie tylko nie udostępniają swoich zbiorów online, ale nawet nie prowadzą zazwyczaj przyzwoitych stron internetowych. Także komercyjne instytucje obstają cały czas przy tradycyjnym modelu. Sztukę kupuje się w galerii lub domu aukcyjnym. Fizycznie, rzadziej przez telefon. Owszem, zdarza się, że można także przez internet, ale to właściwie incydentalne przypadki.

Pod koniec stycznia opisywaliśmy przypadek VIP Art Fair, targów sztuki, które odbywają się wyłącznie online. Podczas drugiej edycji odwiedziło je 150 tys. zarejestrowanych gości, zanotowano ponad 9 milionów odsłon stron z dziełami sztuki. Nie ujawniono ile prac zostało sprzedanych. Wszystko wskazuje jednak na to, że VIP Art Fair były sporym sukcesem James Cohan Gallery, która zorganizowała wydarzenie. Targi zyskały nowych inwestorów, którzy na ich rozwój wyłożyli milion dolarów. Już w kwietniu VIP Art Fair uruchomią VIP Paper, w lipcu VIP Photo, a we wrześniu VIP Vernissage.


Szybki rozwój nie jest jedynie domeną VIP Art Fair. Paddle8  ruszyło zaledwie rok temu, a już dziś jest traktowane przez prestiżowe galerie jako poważny partner. Pomysł był prosty – stworzyć internetowy odpowiednik stacjonarnej galerii, która będzie nie tylko oferowała katalog prac na sprzedaż, ale także wystawy przygotowane przez uznanych kuratorów.

W tym roku młodziutkie Paddle8 rozpoczęły współpracę z nowojorskimi Armory Show, jednymi z największych i najważniejszych targów sztuki na świecie. Dzięki temu Armory zadebiutuje w sieci. Chęć sprzedaży prac online zadeklarowała setka, czyli połowa z galerii pojawiających się na stacjonarnych targach. Paddle8 dostanie cztery procent z każdej transakcji, czyli dużo mniej niż biorą stacjonarne galerie. Podobna do Paddle8 platforma Artspace zapowiedziała niedawno podjęcie współpracy z nowojorskim AIPAD Photography Show i Texas Contemporary Art Fair.

Targi czy galerie online nie demokratyzują jednak wbrew pozorom rynku sztuki, a jedynie nadają mu wymiar jeszcze bardziej globalny. Pozwalają także zaoszczędzić od kilku do kilkunastu procent przy każdej transakcji. W odróżnieniu od tradycyjnych targów nie pobierają opłat od zwiedzających, a prowizje od sprzedających i kupujących są dużo niższe. Jednocześnie cały czas galerzysta ma prawo odrzucić ofertę, decydować czy chce właśnie nam sprzedać daną pracę. Rejestrując się musimy zostawić nasze dane kontaktowe, a w wypadku, gdy kupimy pracę sprzedawca będzie wiedział, co nas może zainteresować podczas kolejnej wizyty.

Sukcesy VIP Art Fair, Paddle8 czy Artspace pokazują, że inwestycje sztuki w internet opłacają się. Jednocześnie wskazują, że nawet na zachodzie tradycyjne galerie nie do końca radzą sobie samodzielnie w obszarze internetu. I już powstają kolejne projekty chcące wykorzystać oba fakty. Najwięcej mówi się o art.sy. Skromna strona to jedynie zapowiedź tego, co pod adresem znajdziemy już niedługo. Projekt budzi zainteresowanie ze względu na postacie jego twórców. Należą do nich tuzy ze świata sztuki, biznesu i nowych technologii: Dasza Żukowa, szefowa słynnej moskiewskiej galerii Garage CCC i zarazem partnerka miliardera Romana Abramowicza, Jack Dorsey, pomysłodawca Twittera, Petera Thiel, współzałożyciel PayPala oraz Wendi Deng, żona magnata medialnego Ruperta Murdocha. Świat sztuki jeszcze nie wie, co się szykuje. Ale jest pewny, że coś naprawdę wielkiego.

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Barbadosu kreatywność na eksport

– Bez kreatywnych dziedzin sztuk, nie ma przemysłów kreatywnych, nie ma kreatywnej ekonomii i kapitału. Biznes powstaje dzięki artystom – powiedział tydzień temu doktor Keith Nurse z University of the West Indies na Barbadosie. Na tej małej, zamieszkałej zaledwie przez 300 tys. osób karaibskiej wyspie toczy się właśnie gorąca dyskusja na temat przemysłów kreatywnych.

Bezpośrednio wywołała ją rządowa ustawa dla przemysłów kultury. Odbyły się już jej konsultacje społeczne w grupach poświęconych konkretnym gałęziom kultury. Kolejnym krokiem ma być dopracowanie ustawy i wcielenie jej w życie. Podobnie, jak w przypadku Australii, o której pisaliśmy kilka dni temu, i tym razem zwraca się uwagę na zaangażowanie w projekt rozwoju przemysłów kreatywnych nie tylko Ministerstwa Kultury, ale właściwie wszystkich rządowych resortów Barbadosu.

Stephen Lashley, Minister Kultury Barbadosu / fot. http://www.ifacca.org

O ile jednak w przypadku Australii czy Europy (tutaj opisujemy ciekawy przypadek Nadrenii Północnej-Westfalii) przemysły kreatywne brzmią poważnie, o tyle ich realny wpływ na ekonomię w małym Barbadosie może wydawać się podejrzany. Zupełnie niesłusznie. Doktor Nurse zbadał aktualną sytuację przemysłów kreatywnych nie tylko na Barbadosie, ale także innych wyspiarskich krajach regionu – Trynidadzie i Tobago, Jamajce, czy nawet mikroskopijnej Saint Lucia.

Okazuje się, że nic nie nakręca turystyki tak mocno, jak właśnie kultura. Podczas Crop Over Festival na Barbadosie osoby spoza kraju zostawiają 3,2 mln dolarów, St. Lucia Jazz Festival daje niemal 15 mln. Nurse  oszacował też wartość rynku muzycznego na Karaibach. W przypadku Barbadosu na 20-25 mln dolarów, co przekłada się na całkiem sporą liczbę miejsc pracy. Biorąc pod uwagę, że warty 80-100 mln rynek muzyczny na Jamajce tworzy 15 tys. etatów, to na Barbadosie powinno ich dzięki niemu powstawać niemal 4 tysiące.

Ale dla rządu to za mało. Minister Kultury Barbadosu, Stephen Lashley chce, aby ustawa została uchwalona najpóźniej w połowie roku. Ma wyznaczyć ramy rozwoju kultury w kategoriach biznesowych. Ustawa nie daje oczywiście gotowych rozwiązań, ale ma stwarzać preferencyjne warunki dla przedsiębiorstw, które zdecydują się działać w sektorach kreatywnych, zapewniać infrastrukturę, wspierać badania i pozyskiwanie funduszy. Lashley podkreśla, że uchwalenie ustawy przełoży się nie tylko rozwój kraju czy turystykę, ale także zwiększy eksport towarów i usług.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized