Tag Archives: biznes i kultura

Słowo ma siłę – co poezja daje promocji i co promocja może dać poezji

Poeta Robert Graves powiedział kiedyś: „Nie zarabia się pieniędzy na poezji, ale nie ma również żadnej poezji w zarabianiu pieniędzy”. Biorąc pod uwagę współczesny rynek wydawniczy i znikomą rolę, jaką odgrywa w nim poezja, można przyznać mu rację – trudno jest z sukcesem sprzedać poezję, a raczej niemożliwe, aby uczynić z niej bestseller. Problem ten dotyczy zwłaszcza młodych poetów. Na listach najlepiej sprzedających się tomów królują wciąż znane od lat nazwiska poetów-legend – Bestsellerem Empiku 2014 została bezkonkurencyjna Wisława Szymborska, a na amerykańskim Amazonie panuje Mary Oliver. Wydawcy – zarówno polscy, jak i zagraniczni rzadko angażują się w promocję tomików poetyckich, nie dostrzegając w nich sprzedażowego potencjału. A jednak poezja jest ważnym elementem wielu akcji promocyjnych. Jako najbardziej skupiony na formie rodzaj literacki i najtrudniej przyswajalna dla przeciętnego odbiorcy forma sztuki słowa poezja w promocji pełni bardzo ważną funkcję – ma nobilitować. Gdy środkiem przekazu w kampanii promocyjnej ma stać się słowo, co może skuteczniej wzmocnić ten przekaz niż właśnie wiersz, w którym każdy wyraz ma niebagatelne znaczenie? Fakt ten dostrzegli zarówno marketingowcy tworzący reklamy, jak i pomysłodawcy kampanii społecznych.

Philadelphia Streets Department przeprowadził kampanię pod nazwą „Unlittter us”. Akcja miała za zadanie propagować dbanie o przestrzeń publiczną, szczególnie pod względem prawidłowej utylizacji i segregacji odpadów. Prosto mówiąc, chodziło o to, by nie zaśmiecać chodników i ulic. Temat, wydawać by się mogło, mało poetycki. A jednak w kreacji outdoorowej zdecydowano się wykorzystać wiersze. Utwory o dość prostym przesłaniu (metafora miasta jako żywego piękna, ziemi obiecanej, odbicia tego, kim są mieszkańcy) i rytmicznej formie zostały umieszczone na billboardach obok ciemnego zdjęcia człowieka z profilu i widocznego w tle korytarza metra. Zderzenie pospolitej twarzy i dość obskurnego miejsca z przekazem wyrażonym w poezji miało na celu przede wszystkim podkreślenie, że temat w istocie nie jest tak banalny. Miasto, ulice, chodniki i korytarze mogą być postrzegane jako piękne, poetyckie, jeśli tylko bardziej o nie zadbać. Wiersze z plakatów miały ukazywać, jak łatwo można „odczarować” zaniedbaną przestrzeń – podobnie jak łatwym jest „zaczarowanie” języka, jeśli tylko przyda mu się inną, bardziej artystyczną formę.

unlitterus

Z kolei „Poetry on the Move” to kampania promująca brytyjski Juice Festival (festiwal artystyczny przeznaczony dla dzieci i młodzieży, zachęcający uczestników do podejmowania twórczej aktywności w zakresie sztuk plastycznych, ale także tworzenia tekstów, również poezji) z 2011 roku. W projekcie wykorzystano wiersze napisane przez dzieci w wieku od 8 do 14 lat, ich tematyka miała dotyczyć olimpiady i sportu. Dzieci zostały sfotografowane w dynamicznych pozach. Twórcy wykorzystali tu zestawienie sztuki słowa ze sportową dyscypliną. Kampania ta miała nie tylko promować samo wydarzenie, ale przede wszystkim ukazywać aktywność artystyczną (poetycką) jako tak samo naturalną i potrzebną dziecku jak fizyczna.

Kolejnym przykładem wykorzystania poezji w projektach o znaczeniu społecznym jest indyjska kampania na rzecz zapobiegania przemocy wobec kobiet z 2013 roku – „Man Against Rape and Discrimination”. Jedna z przeprowadzonych wtedy akcji wiązała się z wierszem napisanym specjalnie na tę okazję przez poetę Javeda Akhtara. Utwór został przetłumaczony na kilka indyjskich języków. Wersję w marathi recytował słynny indyjski krykiecista, Sachin Tendulkar, a telugu gwiazdor Tollywoodu, Maheś Babu. Głównym symbolem akcji były wąsy, z którymi fotografowali się wszyscy popierający jej postulaty. Wykorzystanie wiersza było dodatkowym elementem. Utwór stanowiący definicję prawdziwego mężczyzny stał się niejako hymnem całej akcji, motywem przewodnim. Forma taka nawiązywała oczywiście mocno do indyjskiej tradycji, w której ściśle sformalizowane teksty odgrywały o wiele większą rolę niż w kulturze europejskiej. Ważny był także fakt, że zaangażowano gwiazdy z dwóch najbardziej uwielbianych przez Hindusów światów: przemysłu filmowego i sportu narodowego – krykieta. Ponownie zatem – nieco paradoksalnie – poezja została wykorzystana jako głos ludu, głos sprzeciwu i wezwanie do zmiany. Analogiczna zależność miała miejsce również w Jemenie, gdzie w 2012 na 63. ścianach Sany pojawiło się graffiti z zacytowanymi słowami znanych postaci świata kultury i nauki, w większości byli to poeci różnych narodowości, których łączyło jedno – humanitaryzm.

marathi-poem-by-sachin-tendulkar-for-farhan-akhtars-mard

Poezja użyta w kampaniach społecznych ma zatem kilka celów: podnosi rangę wydarzenia, ukazuje jego związek z dorobkiem kulturowym, podkreśla najważniejsze aspekty, nadaje słowom moc, dzięki niej przesłanie silniej zapada w pamięć. Twórcy takich kampanii, choć nie jest to ich nadrzędnym celem, promują również czytanie i tworzenie poezji jako takiej – przez ukazanie jej jako języka zdolnego opisywać rzeczywistość, a nawet jako nieodzowny element codziennego życia. Osiągają w ten sposób pośrednio efekt do jakiego dążą artyści tacy jak Robert Montgomery (jego instalacje miały włączać teksty poetyckie do przestrzeni miejskiej) oraz pomysłodawcy kampanii popularyzujących utwory poetyckie w miejscach publicznych, np. środkach komunikacji (kampania British Council z 2012 roku – „Poems on the Undergroung”).

Poezja była też wielokrotnie wykorzystywana w kampaniach promocyjnych dużych marek. Wiele lat temu zrobili to m.in. McDonald’s i Prudetnial. Spośród nowszych akcji posługujących się takim elementem warto przytoczyć dwie: Apple i Tesco. Doskonale przemyślana kampania promująca najnowszy model iPada Air oparta została na cytacie z filmu „Stowarzyszenie umarłych poetów”: „What your verse will be?”. Główny pomysł zasadzał się na stworzeniu następującego ciągu skojarzeń: poezja jest głosem ludzkości, w niej wyraża się wielość i różnorodność ludzkich osobowości, ich pasja i wkład w istnienie świata – tworzenie „własnego wersu” to uczestniczenie w globalnym święcie ludzkości, kreowanie siebie i czegoś, co sprawia, że warto żyć – to osiągnięcia ludzkiego ducha są najważniejsze, ale choć technologia sama w sobie nie wystarcza, może być pomocna w dążeniu do piękniejszych celów – iPad Air jako narzędzie do tworzenia „własnego wersu”. Kampania jest pochwałą poezji jako sposobu wyrażania się pragnień ludzkości, przy jednoczesnym subtelnym ukazaniu niezbędnej roli technologii w tym podniosłym procesie. Film promujący kampanię ukazuje ludzi z różnych stron świata, tworzących sztukę, podróżujących, odkrywających, poszukujących, do wszystkich swoich zadań wykorzystujących nowy model iPada. Towarzyszy im głos Robina Williamsa i słynna kwestia z filmu o umarłych poetach. Uzupełnieniem jest strona internetowa pokazująca historie konkretnych ludzki (muzyków, choreografów, podróżników, sportowców). Wspaniale opracowane graficznie przykłady prezentują nie tylko dokonania poszczególnych osób – ich wersy wpisane do historii ludzkości – ale przede wszystkim konkretny sposób, w jaki wykorzystują oni iPada do realizowania swoich pasji. Ciężar komunikacyjny został położony na elementy podniosłe – poezja, piękno, marzenia, pasja. Sam produkt pojawia się niejako z boku, ale jednak dobitnie. Poetyckie porównania w tej kampanii nobilitują produkt. Apple sprzedaje swoje urządzenie, sprzedając hołd dla osiągnięć ludzkości. Nawet najbanalniejsze użycie iPada zdaje się aktem poetyckim, czymś wielkim i doniosłym, a wszyscy jego użytkownicy – poetami.

Wcześniejsza kampania Apple’a również nawiązywała do formy poetyckiej. Dość długi slogan prezentujący sposób, w jaki projektowane są urządzenia marki Apple (z myślą o odbiorcach, o tym, jacy są, czego pragną, co podziwiają) został zapisany na podobieństwo wiersza. Twórcom zależało na podkreśleniu artyzmu i indywidualizmu: forma poetycka równa się artystycznemu wyglądowi produktów, a osobistość kreacji poety i subiektywizm odczuwania oznaczać ma produkt zaprojektowany, by sprostać indywidualnym potrzebom.

apple_2-2

Znamienne jest, że zarówno w kampanii Apple’a, jak i Tesco pojawiło się to samo zdanie: „This is this”. W obu przypadkach odnosiło się ono do osiągnięć pracowników firmy, którzy dążą do ciągłych ulepszeń swoich usług. Kampania Tesco opierała się na bilbordach i reklamach, w którzy również użyto sloganów formą przypominających lirykę. Zadaniem kampanii było ratowanie wizerunku firmy, który został mocno nadszarpnięty przez serię „wpadek”. Użycie poezji i oparcie kampanii wyłącznie na słowie miało dobitnie pokazać klientom, że firma traktuje swoją zmianę poważnie. Ucieka się do sztuki słowa, by podkreślić wagę przekazu – „To jest to. Zmieniamy się”.

Poezja użyta pośrednio lub bezpośrednio w reklamie nadaje promowanym produktom czy akcjom charakter zdarzeń o znaczeniu uniwersalnym. Sprzedaż lub zachęta do określonego działania pod płaszczem metafory jest zabiegiem nie tylko skutecznym, ale również pozostawiającym miłe przeświadczenie brania udziału w czymś wyjątkowym. Chyba, że mamy do czynienia z celowo ironiczną promocją w stylu pewnej restauracji z Edynburga, która w zamian za krótki wiersz dotyczący jej menu, oferowała 50 funtów rabatu. Poezja do steka? Czemu nie.

Opinie poetów co do wykorzystywania wierszy w reklamie są podzielone. Część z nich uważa, że to degradacja sztuki, dla innych to po prostu forma jej popularyzacji. -Populizm jest dobry. Im więcej słowo znaczy dla ludzi, tym lepiej – podkreśla Nick Toczek, autor wiersza wykorzystanego w kampanii Prudential. -Wiersz, który napisałem w celach reklamowych, jest najbardziej rozpoznawalnym ze wszystkich moich utworów. Zareklamował również mnie – dodaje. Poezja traktowana bywa jako ogólne dobro ludzkości, synonim sztuki i piękna. Te dość romantyczne wyobrażenia są nadal żywe w opinii publicznej. Wynika z nich fakt, że poezja rzadko bywa postrzegana jako produkt, który należy zareklamować. Funkcjonuje częściej po drugiej stronie – jako wartość sama w sobie, która może swoim zbawiennym wpływem podzielić się z produktem. Ma to z pewnością swoje dobre strony – efektem ubocznym takich akcji jest również promocja sztuki pisania wierszy. Jednak jest to działanie zbyt pośrednie, aby można było je uznać za wystarczające. Rynek gotowy na przyjęcie tomów wierszy jest mały, ale szanse na jego zwiększenie istnieją, a raczej istniałyby, gdy spróbować zaryzykować potraktowanie dzieł młodych poetów tak, jak traktuje się powieści – jako produkt. Może czas spróbować odwrócić zależność i spróbować wzmocnić chęć sięgnięcia po wiersze przy pomocy atrakcyjnej promocji i eventów.

[DB]

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Biznes + kultura – najlepsze projekty z 2014 roku

„Najlepsze firmy w Ameryce wspierają kulturę ponieważ wiedzą, że kultura buduje kreatywność pracowników i silną wspólnotę zarówno pracowników, jak i klientów” – reklama o takiej treści ukazała się pod koniec ubiegłego roku w amerykańskim „Forbesie”. Biznesowe pismo dociera do niemal miliona czytelników. Reklamę wykupiła organizacja Arts in America. Zdanie brzmi banalnie. Ale już wsparcie kultury przez biznes w ubiegłym roku takie nie było. W każdym razie nie jest w przypadku projektów, które w 2014 roku zostały uznane za najlepsze przykłady zaangażowania firm nie tylko w sponsoring, ale i rozwój kultury.

BCA 10

Nagroda BCA 10, czyli Best Business Partnering with the Arts in America, przyznawana jest co roku przez organizację non-profit Americans for the Arts firmom, które w najlepszy sposób wspierają kulturę w Stanach Zjednoczonych. Podczas uroczystej gali, która odbyła się 1 października minionego roku w Nowym Jorku, zostało nagrodzonych dziesięć amerykańskich firm, które wspierały różne projekty kulturalne: AC Entertainment, BBVA Compass, Brookfield, Brooks Resources Corporation, Classical Movements, Inc., Edward Jones, Hallmark Cards, Inc., Milliken & Company, PECO, Thrivent Financial.

Za długofalową współpracę został doceniony BBVA Compass – jeden z czołowych banków amerykańskich (filia hiszpańskiego giganta BBVA). Do nagrody nominowany został przez Houston Symphony Orchestra. W ramach długotrwałego partnerstwa z orkiestrą, od kilku lat BBVA dwa razy do roku finansuje koncerty dla dzieci pochodzących z uboższych rodzin. Działania te wpisują się w misję działalności banku, której celem jest wspieranie osób mających utrudniony dostęp do kultury ze względu na sytuację materialną. Oprócz organizacji koncertów BBVA Compass wspiera finansowo Houston Symphony Orchestra. Jest głównym sponsorem Pops Season – cyklu koncertów prezentujących muzykę popularną w klasycznych aranżacjach. Klasyczny sponsoring to jednak to nie jedyne wsparcie okazane orkiestrze. Manolo Sanchez, prezes BBVA Compass osobiście zaangażował się w rozwój instytucji, współtworząc radę przyjaciół HSO pochodzenia hiszpańskiego i latynoamerykańskiego. Efektem tych działań było nie tylko zaproszenie wielu osób do udziału w koncertach, lecz przede wszystkim organizacja nowych przedsięwzięć związanych z kulturą latynoamerykańską. O sukcesie projektu świadczy fakt, że BBVA Compass przeniosła model tej współpracy na inne instytucje kulturalne.

BBBV

fot. houstonsymphony.org

Bank zresztą od lat wspiera różne projekty kulturalne. Stara się zaznaczać przy tym swoje pochodzenie. Jednym z większych przedsięwzięć firmy było zorganizowanie w 2012 roku w Museum of Fine Arts w Houston wystawy prac z kolekcji madryckiego Museo del Prado. Wystawa „Portait of Spain: Masterpieces from the Prado” była pierwszą i największą tego typu ekspozycją, która prezentowała kolekcję madryckiego muzeum poza terenem Hiszpanii. Wystawę odwiedziło w sumie prawie 53 tysiące zwiedzających. Kolejnym przykładem współpracy z muzealnej była wystawa prac Marca Chagalla w Dallas Museum of Art. BBVA Compass został sponsorem ekspozycji, ale też – zgodnie ze wspomnianą misją wyrównywania szans w dostępie do kultury – biletów dla widzów, którzy przez miesiąc mogli wchodzić na wystawę za darmo. W 2013 roku bank ogłosił wsparcie m.in. dla Alabama Symphony Orchestra w ramach projektu „Symphony in the summer” – trzydniowego i bezpłatnego spotkania z muzyką klasyczną w przestrzeni parku miejskiego w Birmingham.

Od 2009 roku BBVA Compass przekazał w sumie 5 milionów dolarów na wsparcie projektów kulturalnych. Firma opracowała również specjalny program dla swoich pracowników, w ramach którego mogą oni wspierać charytatywnie przedsięwzięcia – w samym 2013 roku kwota datków przekroczyła 1,3 miliona dolarów. Oprócz pieniędzy, ponad 1600 pracowników firmy poświęciło również swój czas w ramach wolontariatu.

Allianz Business to Arts Awards

Business to Arts jest największą w Irlandii, jak również jedną z wiodących w Europie, organizacji wspierających i pomagających rozwijać kreatywną współpracę biznesu z instytucjami kultury. Business to Arts co roku nagradza najbardziej udane przykłady współpracy pomiędzy biznesem a kulturą w Irlandii. Wyróżnienia są przyznawane w kilku kategoriach, m.in. sponsoringu, długoterminowej współpracy i kreatywnego zaangażowania pracowników. W ubiegłym roku, podczas 23. edycji Allianz Business to Arts Awards, wśród wielu nominowanych firm znalazły się m.in. PwC, Coca-Cola, KBC Bank Ireland. Cztery firmy zdobyły więcej niż jedną nominację: producent alkoholi Diageo Ireland, firma prawnicza Mason Hayes&Curran, studio animacji Brown Bag Films oraz Google Ireland.

Google Ireland wraz z Science Gallery w Dublinie zostali nominowani w kategorii Best Large Sponsorship oraz Best Long Term Partnership. Współpraca Google Ireland z Science Gallery rozpoczęła się w 2008 roku, kiedy galeria zainicjowała swoją działalność. Wybór tej galerii przez giganta informatycznego był nieprzypadkowy – Science Gallery działa przy Trinity College, jednym z najważniejszych irlandzkich uniwersytetów techniczno-innowacyjnych. Google zdecydowało się na wsparcie instytucji, która w założeniu łączy sztukę z nauką. Umowa o współpracy została podpisana na 5 lat, a w 2013 roku nastąpiło jej przedłużenie do 2015 roku. W 2011 roku Google podarował galerii milion dolarów na rozpoczęcie projektu Global Science Gallery Network, którego celem jest stworzenie 8 galerii promujących nauki ścisłe oraz sztukę. Pierwsza tego typu galeria ma zostać otwarta w przyszłym roku w Londynie.

google

fot. dublin.sciencegallery.com

Dobra współpraca nie jest jednak oparta jedynie na hojności Google’a, lecz przede wszystkim na zaangażowaniu pracowników firmy, co również zostało dostrzeżone i docenione przez jury konkursu. Pracownicy Google’a chętnie odwiedzają wystawy jako zwykli zwiedzający – ponad 250 z nich posiada specjale członkostwo galerii. Nie tylko wspierają więc instytucję finansowo, lecz przede wszystkim aktywnie uczestniczą w wystawach, warsztatach oraz innych wydarzeniach organizowanych przez Science Gallery.

Długoletnie partnerstwo pozwoliło na rozwinięcie współpracy na wielu polach. Google jako sponsor instytucji regularnie korzysta z przestrzeni Science Gallery w celu organizowania spotkań, wydarzeń oraz warsztatów dla swoich pracowników. Science Gallery korzysta z doświadczenia i wiedzy pracowników firmy – galeria prosiła o wsparcie pracowników Google’a m.in. w celu rozwinięcia własnego kanału na platformie YouTube.

Od początku swojej działalności Science Gallery zorganizowała 31 wystaw, odwiedziło ją ponad 1,7 mln zwiedzających. W samym 2013 roku Science Gallery odwiedziło 339 tysięcy zwiedzających, podczas gdy w 2008 roku do galerii trafiło tylko 120 tysięcy osób. Obecnie Science Gallery zalicza się do dziesięciu najchętniej i najczęściej odwiedzanych miejsc w Irlandii.

Arts&Business Awards

W 2014 roku po raz 35. odbyła się w Londynie gala Arts&Business Awards. Impreza zorganizowana przy wsparciu koncernu Jaguar Land Rover, miała wyłonić laureatów konkursu w kilku kategoriach dotyczących współpracy biznesu oraz kultury, m.in. sponsoringu, kooperacji i społecznej odpowiedzialności biznesu. Wśród nagrodzonych firm znalazły się m.in. Deutsche Bank, Fellows Auctioneers, Hornby PLC, Sennheiser, Hull 2017 Angels Business Consortium.

Nagrodę BP A&B Longterm Partnership za wzorową długotrwałą współpracę otrzymał Samsung oraz British Museum. Początek współpracy pomiędzy firmą a muzeum sięga 2009 roku, kiedy został rozpoczęty pięcioletni projekt partnerski. W ramach przedsięwzięcia Samsung Discovery Digital Center wykorzystując własne produkty – smartfony, tablety, laptopy – zorganizował serię warsztatów dedykowanych dla rodzin oraz młodzieży. W kilka lat projekt Samsunga i British Museum osiągnął imponujące rozmiary: stworzono 11 programów edukacyjnych, poświęcono 50 weekendów na warsztaty dla rodzin, a przez 4 lata w bezpłatnych wydarzeniach wzięło udział ponad 40 tysięcy uczestników.

samsung

fot. britishmuseum.org

Dodatkowo Samsung zaopatrzył muzeum w 20 wyświetlaczy elektronicznych, które w ciągu roku przekazują informację o aktualnościach w muzeum do ponad 6 milionów zwiedzających. W 2013 roku Samsung przedłużył współpracę z muzeum, w ramach której planowane są kolejne nowatorskie przedsięwzięcia. Przykład Samsunga pokazuje, jak nowoczesna firma przy wykorzystaniu, a tym samym promocji własnych produktów, może w sposób innowacyjny wspierać tradycyjną instytucję kultury, jaką jest British Museum.

[HM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Liban – między wojną, sztuką i biznesem

Pogrążony w wojnie domowej do początku lat 90., okupowany przez syryjskie wojska jeszcze dekadę temu, cały czas pozostający miejscem, gdzie ścierają się sunniccy i szyiccy radykałowie. Liban mimo swojej burzliwej historii, skomplikowanej teraźniejszości i niepewnej przyszłości jest dziś najciekawszym miejscem na kulturalnej mapie Bliskiego Wschodu. W dużej mierze dzięki współpracy biznesu z sektorem kultury. Państwo, przed którym cały czas stoi wyzwanie modernizacji kraju i jego obrony, nie traktuje kultury priorytetowo. Liban nie ma petrodolarów jak Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, które może inwestować w szybki rozwój nowych instytucji, czy edukacji kulturalnej. Posiada za to odpowiedzialnych milionerów.

beirutExhibition

Beirut Exhibition Center, fot. Business & Culture

Sztandarowym przykładem może być sposób, w jaki zrealizowano odbudowę zniszczonego podczas wojny domowej, a także późniejszego konfliktu z Izraelem, centrum Bejrutu. Odpowiedzialną za odbudowę uczyniono spółkę Solidere. Została założona w 1994 roku przez ówczesnego premiera, a zarazem głowę jednej z najbogatszych rodzin Libanu, Rafika Haririego (rok później zginął w zamachu bombowym). Solidere planując budowę nowego centrum miasta postawiło nie tylko na budynki biurowe, handlowe i mieszkalne, ale także na sztukę. Z inicjatywy Solidere powstało Beirut Exhibition Center. Pierwsza duża przestrzeń wystawiennicza w centrum miasta, która w dalszym ciągu jest utrzymywana ze środków spółki oraz innych komercyjnych sponsorów. Aktualnie w BEC trwa wystawa włoskiego malarza, rzeźbiarza i akcjonisty Michelangelo Pistoletto. Prywatni donatorzy wyłożyli na nią 150 tys. dolarów. Beirut Exhibition Center chętnie współpracuje z mniejszymi, lokalnymi galeriami. Jest nie tylko przestrzenią, lecz także prężnie działającą instytucją. Niejako konkurencją dla BEC jest Beirut Art Center. Prywatna, lecz misyjna galeria sztuki. Także BAC utrzymuje się dzięki środkom od libańskich przedsiębiorców. Od kilku lat nie było w BAC wystawy, która nie miałaby kilku prywatnych, lokalnych sponsorów. To m.in. ubezpieczyciel Libano-Suisse, sieć centrów handlowych ABC, Bank Audi i firma Aïshti.

aisti

Makieta muzeum Aïshti Foundation, fot. Aïshti Foundation

Ta ostatnia jest zresztą bodaj najciekawszym przykładem rozwoju kultury przez biznes w Libanie. Nie tylko w zakresie sponsoringu wydarzeń związanych z kulturą i sztuką. Aïshti to istniejące od 1989 roku dom handlowy i sieć butików oferujące produkty ekskluzywnych marek, takich jak Miu Miu, Prada, Yves Saint Laurent, Dior czy Burberry. Aïshti posiada również SPA, salon fryzjerski, restauracje, własny magazyn o modzie „A” oraz fundację. I to właśnie ta ostatnia związana jest ze sztuką. The Aïshti Foundation została powołana do życia przez właściciela brandu, Tony’ego Salame w 2005 roku. Jej celem od samego początku istnienia było definiowanie sztuki współczesnej, od designu poprzez performance do architektury. Za zadanie stawia sobie też wspieranie kultury libańskiej i prezentowanie jej nie tylko w kraju, ale na całym świecie. The Aïshti Foundation posiada stale powiększającą się kolekcję, którą tworzy osobiście Tony Salame. To około 1200 prac – obrazów, grafik, rysunków, rzeźb, sztuki video i nowych mediów artystów lokalnych oraz zagranicznych, m.in. Pawła Althamera czy Marii Lassnig. O wartości kolekcji Aïshti Foundation świadczą nie tylko nazwiska czy jej rozmiar, ale również lista muzeów i galerii, które wypożyczały jej obiekty. Znajdziemy na niej nowojorskie MoMA, Muzeum Guggenheima, wiedeński MUMOK, a także Luwr czy Ermitaż. Aïshti Foundation buduje właśnie miejsce dla swojej kolekcji. Będzie to największe muzeum sztuki współczesnej w Libanie i zapewne jedno z ciekawszych na całym Bliskim Wschodzie. Autorem projektu muzeum Fundacji Aïshti w Bejrucie jest utytułowany brytyjski architekt David Adjaye.

AUB Byblos Bank art gallery opening-20052013 (11)_015504

Otwarcie  AUB Byblos Bank Art Gallery, fot. Byblos Bank

W Libanie istnieje również silny trend angażowania się w sztukę lokalnych banków. Co nietypowe konkurencyjne instytucje finansowe potrafią wspierać to samo wydarzenie. Najlepiej widać to na Beirut Art Fair, targach sztuki, które istnieją wyłącznie dzięki prywatnemu sponsoringowi. Od pierwszej edycji targi sponsoruje BankMed. Diala Choucair, dyrektor sprzedaży banku, podkreśla: „To coś więcej niż sponsoring, to narodowe działanie”. Z kolei BLC Bank we współpracy z Beirut Art Fair stworzył platformę do promocji libańskiego dizajnu. Byblos Bank wraz z Beirut Art Fair powołał do życia Byblos Bank Award Photography. Nagroda jest tylko jednym z elementów misyjnej działalności banku. W 2013 roku powstała AUB Byblos Bank Art Gallery. W galerii położonej na terenie kampusu Uniwersytetu Amerykańskiego w Bejrucie prezentuje się wystawy stałe i czasowe poświęcone przede wszystkim sztuce współczesnej. Byblos Bank był jednym z pierwszych, który wsparł Uniwersytet w realizacji tej wizji angażując się w tworzenie instytucji już na początku, w 2009 roku. Widać zatem, że nie było to spontaniczne, jednorazowe działanie, a długoterminowy proces doskonale wpisujący się w wizję banku. Semaan Bassil, wiceprezes i dyrektor generalny Grupy Byblos Banku podkreślał: „To eksperymentalne działanie ma być wsparciem dla libańskich artystów i wzmocnić sztukę w jej różnych formach. Widzimy, że ludzka kreatywność i innowacyjność jest bardzo niedocenianym zasobem gospodarczym, który tworzy miejsca pracy, przynosi przychody zarówno bezpośrednie i pośrednie, a przede wszystkim zachowuje wyjątkowość naszej kultury dla przyszłych pokoleń”. Podczas Beirut Art Fair można także zauważyć logotyp Banku Audi, największej krajowej instytucji finansowej. Wspiera on wybrane prywatne galerie. Posiada także własną kolekcję dzieł sztuki, którą można oglądać w wybranych oddziałach. To prace m.in. Édouarda Vuillarda, Bernarda Buffeta, Jacquesa Villona, Lucasa Cranacha Starszego, Jana van Goyena i Pietera Brueghela. Targom towarzyszy jeszcze jedno wydarzenie organizowane dzięki lokalnemu biznesowi – Beirut Art Week. To seria wystaw, spotkań, pokazów i debat rozgrywająca się w przestrzeni publicznej i galeriach Bejrutu. Sponsorowane zresztą przez wspomnianą już firmę Solidere i organizowane przy udziale Aïshti Foundation.

To tylko kilka z wielu obszarów, na których w Libanie spotyka się biznes z kulturą. W końcu także koncerty muzyczne, multidyscyplinarne festiwale oraz przedstawienia teatralne odbywają się dzięki wielkiej skali zaangażowania prywatnych sponsorów i filantropów. Najważniejsze jest jednak, że libański model znacząco różni się od zachodniego. Tu nie chodzi o korzyści promocyjne – zbyt mało osób uczestniczy nadal w kulturze w Libanie. Banki, firmy ubezpieczeniowe, właściciele ekskluzywnych marek wydają się zdawać sobie sprawę, że inwestując w rozwój kultury, inwestują w rozwój społeczeństwa. I wiedzą, że jeśli oni tego nie zrobią, to nie znajdzie się nikt, kto ich zastąpi.

[AM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Książka + Prada + Costa + Baileys czyli dlaczego markom literatura się opłaca

Jedna z największych sieci kawiarnianych, jeden z największych producentów towarów luksusowych, fundusz inwestycyjny, wytwórca soczewek kontaktowych i producent popularnego likieru – łączy ich traktowanie literatury, jako dobra, które warto wspierać, ale też z którego można mieć konkretne korzyści promocyjne. Niemal każda ważniejsza nagroda literacka na świecie posiada komercyjnego sponsora, często tytularnego. W Polsce nie ma go żadna. To o tyle dziwne, że – jak pokazują badania Biblioteki Narodowej – czytają konsumenci idealni: osoby dobrze sytuowane, najczęściej z wyższym wykształceniem, mieszkańcy wielkich miast, specjaliści i kierownicy, prywatni przedsiębiorcy, a także uczniowie i studenci. Eksperci powtarzają, że Polacy mało czytają, ale cały czas czyta kilkanaście milionów, regularnie (ponad sześć książek w roku) niemal pięć milionów. To potężna grupa, do której marki komercyjne mogłyby dotrzeć. Dlaczego nie chcą? Dlaczego nie spojrzą na zagraniczne przykłady?

W 1996 roku powstała Women’s Prize for Fiction. To jedna z najważniejszych (jeśli nie najważniejsza) nagroda literacka przyznawana kobietom, niezależnie od ich obywatelstwa, za powieść opublikowaną w języku angielskim w Wielkiej Brytanii. Do 2012 związany z nią był koncern telekomunikacyjny Orange, firma najlepiej znana z zaangażowania w sponsoring związany z filmem. Zresztą właśnie chęcią skupienia się na branży filmowej francuski koncern tłumaczył rozstanie z Women’s Prize for Fiction. Trudno się temu ruchowi dziwić. Masowe usługi telekomunikacyjne i ściśle sprofilowana nagroda literacka nie do końca szły w parze. Women’s Prize for Fiction tylko rok pozostawała bez sponsora. W tym roku jej tytularnym sponsorem został producent likieru Baileys.

akcjaThisBook

Akcja #ThisBook na Twitterze

To mariaż idealny. Baileys to alkohol kierowany do kobiet. Kate Mosse pisarka i jedna z założycielek nagrody wskazuje na idealne dopasowanie, ponieważ obie marki – Baileys i Women’s Prize for Fiction doceniają kobiety. Pisarka Jenny Colgan podkreślała, że Baileys zmiękcza wizerunek nagrody. Baileys współpracę z nagrodą rozpoczął mocnym wejściem w media społecznościowe uruchamiając akcję #ThisBook w maju tego roku. Kampania miała wskazać, która z książek napisanych przez kobietę ma największy wpływ na czytelników. Tysiące czytelników wzięło udział w akcji na Twitterze wskazując ważne dla nich książki i autorki hasztagiem #ThisBook. Profil nagrody śledzi dziś aż 25 tys. osób. Dwadzieścia zwyciężczyń ogłoszono 29 lipca. Wśród nich znalazły się m.in. Doris Lessing, J.K Rowling, Jane Austen czy Sylvia Plath. Baileys Women’s Prize for Fiction, to zresztą kontynuacja przemyślanej strategii sponsoringowej grupy Diageo, do której należy marka likieru. Diageo wśród swoich produktów posiada m.in. Gin Gordon, który współsponsorował Nagrodę Turnera czy szampana Moët, sponsora Moët British Independent Film Awards.

Diageo w swoich działaniach sponsoringowych nie stawia na wizerunek grupy, lecz na promocję konkretnych produktów. Tym samym tropem poszła też spółka Withbread. W latach 1971-2006 przyznawano Whitbread Book Awards (do roku 1983 jako Whitbread Literary Awards). Nagroda miała charakter bardziej masowy, popularny niż elitarna Man Booker Prize (wspieranej zresztą przez firmę inwestycyjną Man Group). Przyznawana była zarówno za wysoką wartość literacką, jak i za przyjemność czytania, książkom, które są skierowane do szerokiego odbiorcy. Ale mało kto kojarzył nagrodę z zarządzanym przez firmę, znanym na całym świecie, sieciowym biznesem.

Costa Book Awards 2013

Tym biznesem jest sprzedaż kawy pod marką Costa (druga największa sieć kawiarni na świecie). „Istnieje naturalny związek pomiędzy książkami i czytelnictwem a rosnącą w Wielkiej Brytanii kulturą picia kawy” – tłumaczył John Derkach, dyrektor zarządzający Costa Coffee. „Trudno byłoby nie odnaleźć związku między kawą i czytaniem. Wystarczy się rozejrzeć” – dodawał Bud McLintock, dyrektor nagrody. I tak w 2006 roku Whitbread Book Awards stała się Costa Coffee Awards. Od tego momentu nazwa sieci pojawia się corocznie w tysiącach medialnych doniesień (nie tylko w Wielkiej Brytanii, bo nagroda jest dobrze rozpoznawalna na świecie) i na okładkach nominowanych książek. Costa chwali się nią także w swoich kawiarniach.

Mariaże marek komercyjnych z literaturą nie zawsze są tak naturalne, jak w przypadku Baileysa i Costy. Czasem bywają dość egzotyczne. W 2007 roku trzyletni kontrakt dotyczący sponsoringu tytularnego National Book Awards podpisał producent czekolady Galaxy. Marka mocno wchodziła zresztą w literaturę w ogóle – wspierała też (i nadal wspiera) akcję Quick Read, która ma na celu rozpowszechnianie czytelnictwa. W 2010 roku Galaxy odnowiła kontrakt z National Book Awards na nowych zasadach. Jak się okazało nie służących ani nagrodzie, ani sponsorowi. Od wydawców nominowanych do Galaxy National Book Awards oczekiwano opłaty na cele marketingowe. Postanowiono też wykorzystać celebrytów do nagłośnienia nagrody, podkreślając, że pisarze nie zawsze są osobami medialnymi, a literatura potrzebuje takiego wsparcia. Momentem kulminacyjnym była gala z wręczenia nagród relacjonowana przez telewizję, wzorowana na Oscarach. Próba wpisania w literatury w taki kontekst nie powiodła się, działanie obniżyło rangę nagrody i gdy w 2012 roku kontrakt sponsorski wygasł, Galaxy już go nie przedłużało.

nat

Logo Specsavers National Book Awards

Szybko jednak znalazła się inna, bardziej rozumiejąca literaturę, komercyjna firma. Sponsorem tytularnym National Book Awards została marka Specsavers, która w chwili przejęcia wspierała już inną literacką nagrodę (Specsavers Crime Thriller Awards). Specsaver to oceniana jako godna zaufania i szanowana firma specjalizująca się w optyce, okularach, soczewkach kontaktowych i aparatach słuchowych. To właśnie widzenie stanowiło pomost pomiędzy nagrodą a produktem. Dyrektor marketingu Specsaver podkreśla, że nie chodzi tylko o sponsoring i promocję, ale też popularyzację czytelnictwa w punktach usługowo-handlowych sieci.

Trend promowania przez literaturę nie omija też towarów luksusowych, choć tutaj – z naturalnych przyczyn – nie można mówić o klasycznym sponsoringu. Prada we współpracy z włoskim wydawcą Giangiacomo Feltrinelli Editore powołała do życia własną nagrodę Prada Journal. Dzięki partnerstwu jednego z największych włoskich domów mody i jednego z największych wydawnictw książkowych, stworzono szansę na publikację książki młodym twórcom. Pierwsza edycja Prada Journal odbyła się w ubiegłym roku. Koncentrowała się na otaczającym świecie oraz życiu codziennym. Do konkursu zgłosiło się ponad 1300 osób, przysyłając prace w ponad trzydziestu językach. Książki pięciu osób, finalistów pierwszej edycji Prada Journal, zostały wydane w formie e-booka.

Prada_journal (2)

Prada Journal w mediach społecznościowych

Tegorocznym wyzwaniem jest wrażliwość na zmiany, które nas czekają. Młodzi twórcy muszą zmierzyć się z pytaniami: „Jakie są oznaki zmieniającego się świata? Jakie sytuacje możemy przewidzieć?”. Od uczestników oczekuje się świeżego spojrzenia na otoczenie. I właśnie spojrzenie jest słowem kluczowym. Umiejętność obserwacji, oceny i refleksji ma zasadnicze znaczenie dla każdego pisarza. Punktem wyjścia do książki są okulary z kolekcji Prada Journal, które zaprojektowano specjalnie na potrzeby konkursu.

W końcu także same marki wydawnicze stają się sponsorami nagród literackich. Brytyjska Folio Prize dedykowana jest pisarzom z całego świata, którzy opublikowali książkę w Wielkiej Brytanii w języku angielskim, niezależenie od formy i gatunku. Początkowo nazywała się po prostu Literature Prize. Pod nową nazwą funkcjonuje od 2014 roku. Zwycięzca otrzymuje 40 tys. funtów. Oceny książek dokonuje jury nazywane akademią, w skład którego wchodzi aż sto osób. Wśród nich twórcy wyjątkowo ważni i utytułowani, m.in. Margaret Atwood, Peter Carey, A.S. Byatt oraz J.M. Coetzee. Widać, że organizatorzy chcą, aby Folio Prize stało się drugim literackim Noblem. Jej twórcy tłumaczą, że chcą zastąpić Man Booker Prize, która według nich się skomercjalizowała.

folio

George Saunders odbiera Folio Prize, fot. thefolioprize.com

Ale i ta nagroda (po części) służy sponsorowi. Jest nim wydawca specjalnych, pięknie ilustrowanych wydań literatury klasycznej, Folio Society. Również tutaj współpraca wydaje się być bardzo przemyślana – prestiżowa nagroda, której celem jest uczczenie fikcji literackiej oraz wydawnictwo z długą tradycją w tworzeniu książek dla pokoleń. „Z niczego nie możemy być bardziej zadowoleni niż ze współpracy z Folio Society. Naszą wspólną ambicją jest stworzenie tak wielu wspaniałych książek jak wielu jest czytelników. Czekamy na długą i owocną współpracę” – mówi założyciel Folio Prize, Andrew Kidd. Krótka zapewne nie będzie, bo nagroda szybko zyskała spore uznanie. A zysk dla sponsora jest oczywisty, bowiem – tutaj powtórzymy – czytają konsumenci idealni: osoby dobrze sytuowane, najczęściej z wyższym wykształcenie, mieszkańcy wielkich miast, specjaliści i kierownicy, prywatni przedsiębiorcy, a także uczniowie i studenci.

[AM]

2 Komentarze

Filed under Uncategorized

O siedmiorgu, którzy zmienili kulturę w internecie (i nie tylko)

Internet zmienił sposób odbioru kultury, wynagradzania twórców, zachowania konsumentów kultury. Zmienił cały rynek, zmienił podział środków z naszego portfela przeznaczanych na kulturę. Słuchacz czy widz płaci dziś czasem poświęconym na wysłuchanie bądź obejrzenie reklam. Płaci też stałymi przelewami z karty kredytowej, których wartość jest tak niska, że łatwo o niej zapomnieć. Co chwila pojawiają się nowe możliwości odbioru dóbr kultury, w tym coraz częściej legalne, a prawie już zawsze nie-nielegalne. Za to wszystko odpowiadają setki jeśli nie tysiące (zazwyczaj) młodych przedsiębiorców działających w sektorach kreatywnych. Ale siedmioro z nich można nazwać rewolucjonistami. Ich historia to historia kultury w XXI wieku.

 

Romulus i Remus. Shawn Fanning (Napster) i Sean Parker (Napster, Spotify)

Ojcowie założyciele internetowego piractwa poznali się w sieci, jeszcze jako zafascynowane nowymi technologiami podlotki. Fanning zajmował się programowaniem, Parkera od początku ciągnęło w stronę zarządzania. W czerwcu 1999 roku wspólnymi siłami uruchomili serwis Napster, który w ciągu ponad dwóch lat funkcjonowania zdążył nauczyć masy, że muzyka jest darmowa. Po słynnym procesie z udziałem RIAA (amerykański ZAiKS) i grupy Metallica, Napstera obarczono 36 milionami dolarów grzywny. Pomimo prób przeprowadzenia zmian w zasadach działania serwisu – pomysł wprowadzenia subskrypcji nie przypadł do gustu rozpieszczonym użytkownikom – Napstera w końcu sprzedano niemieckiemu koncernowi Bertelsmann, a pomysłodawcy serwisu ogłosili bankructwo. Był rok 2002. Shawn Fanning miał 20 lat, Sean Parker — 21.

Obaj wizjonerzy wykorzystali doświadczenie i rozgłos, który przyniósł im ich debiutancki serwis, choć z różnym efektem. Młodszy z nich jeszcze pod koniec działania Napstera założył SNOCAP, serwis p2p, który miał na nowo nauczyć internautów przestrzegania praw autorskich (nie nauczył). Potem Shawn Fanning próbował sił w portalu społecznościowym dla graczy – Rupture, a pod koniec 2010 założył Path, społecznościówkę, która miała wyróżniać się wysoką jakością, a padła ofiarą skandalu spowodowanego – delikatnie mówiąc – swobodnym podejściem do prywatności użytkowników. Path obecnie największą popularnością cieszy się w Indonezji, gdzie zyskał sympatię ponad 4 milionów użytkowników. Choć w przypadku Fanninga trudno mówić o biznesowej porażce, jego osiągnięcia bledną w świetle losów starszego kolegi, powszechnie uważanego za internetowego geniusza.

napster

Młody Shawn Fanning na okładce „Time’a”

Sean Parker w 2004 na komputerze swojej dziewczyny zobaczył raczkujący serwis społecznościowy theFacebook i, zachwycony, od razu skontaktował się z jego autorem. Podczas pierwszego spotkania nakłonił Zuckerberga do porzucenia dwóch rzeczy: studiów i przedrostka „the” w nazwie serwisu. Parker na krótki, ale intensywny dla rozwoju Facebooka okres, stał się prezesem i twarzą platformy. Dziś jest jednym z głównych udziałowców serwisu, ale nie pełni już w nim czynnej funkcji. Zuckerberg odsunął go po tym, jak Parker został aresztowany za posiadanie kokainy.

Sympatia do używek to nie jedyna ekstrawagancja pomysłodawcy Napstera. Sean Parker ma opinię skandalisty, bawidamka i szalonego imprezowicza. Telefony odbiera rzadko, wstaje późno, robi to, na co ma ochotę. Jeszcze jako sztubak trafił do aresztu za hacking, nieco później — za seks w publicznej bibliotece. Na swoje przyjęcie weselne przygotował dla gości obowiązkowe stroje inspirowane „Władcą Pierścieni”. Za szkody wywołane imprezą zapłacił ponoć 2,5 miliona dolarów. Stać go – oprócz udziałów w paru dobrze prosperujących serwisach jest członkiem kilku zarządów cyfrowych potentatów. W tym zarządu Spotify.

 

Chłopiec z gitarą. Daniel Ek (Spotify)

Założyciel Spotify, przez „Forbesa” nazwany „najważniejszym człowiekiem w branży muzycznej”. Już jako nastolatek stworzył z kolegami świetnie prosperującą firmę projektującą strony internetowe. Milionerem stał się w wieku 23 lat, dzięki sprzedaży specjalistycznego oprogramowania dedykowanego platformie reklamowej Tradedoublers. Krótko po tym przeszedł epizod depresji. Wycofał się z biznesu, przeprowadził do rodziców, gdyż, jak twierdził, mimo sukcesów nie był tym, kim chciał. Był za to samotny, zawiedziony faktem, że majątek nie przysporzył mu popularności wśród płci przeciwnej. W chwili kryzysu doszło do niego, że zawsze chciał być muzykiem. Na szwedzkiej prowincji odciął się od świata, godzinami grał na gitarze i medytował. W końcu nadeszło kolejne olśnienie – postanowił, że na nowej życiowej ścieżce połączy swoje dwie wielkie miłości: muzykę i biznes. W tym czasie Ek przyjaźnił się z Martinem Lorentztonem, szefem wspomnianego Tradedoublers. Lorentzton miał pieniędzy w bród. Ekowi na pieniądzach już nie zależało. Postanowili, że zamiast wspólnie tworzyć dochodowy biznes, po prostu zrewolucjonizują muzykę.

spotify

Spotify – dziecko Eka

W ustalaniu metody transferu danych pomogło Ekowi doświadczenie na stanowisku dyrektora uTorrent, jednej z większych platform obsługujących torrenty. W przypadku Spotify założyciele od początku stawiał jednak na pełną przejrzystość prawną. Podpisywanie umów z wytwórniami w Europie, wstępnie planowane na 3 miesiące, zajęło 2 lata. Wynagrodzenia dla wydawnictw Ek i Lorentzton wypłacali z góry, co pochłonęło sporą część ich wielomilionowego majątku. W końcu aplikacja ruszyła równocześnie w kilku krajach Europy i okazała się sukcesem. W podpisywaniu umów z wydawnictwami ze Stanów pomagał już Ekowi nie kto inny, jak Sean Parker, założyciel Napstera, który w Spotify zobaczył ideową kontynuację swojego dziecka.

Daniel Ek prywatnie ma opinię wyważonego, wręcz anemicznego. Niezrealizowanym muzycznym ambicjom daje upust poprzez przyjaźnie zawierane w muzycznym światku. Największa bolączka? Brak w katalogu The Beatles i Led Zeppelin, jego ulubionych artystów.

 

Król Maciuś I. Kim Dotcom (Megaupload, Mega, Baboom)

Niemiecko-fiński przedsiębiorca zasłynął po raz pierwszy jako kilkunastoletni haker, który złamał zabezpieczenia NASY, Pentagonu i Citibanku. Jako nieletni dostał wyrok w zawieszeniu, jego motyw określono jako „nastoletnie wybryki”. W 2001 oskarżony o malwersacje finansowe związane z branżą cyfrową (tzw. insider trading) uciekł do Tajlandii, skąd został ekstradowany do ojczyzny. Po schwytaniu groził transmitowanym na żywo samobójstwem, w końcu ponownie dostał wyrok w zawieszeniu. Z Niemiec przeniósł się do Hong Kongu, gdzie założył Megaupload LTD, firmę odpowiedzialną za serwisy Megaupload.com i Megavideo.com. Dzięki cyfrowemu imperium Dotcoma bezpłatnie można było oglądać filmy i seriale, a także ściągać gigabajty muzyki. Głównym źródłem dochodów Megaupload LTD były subskrypcje i reklamy. Za czasów świetności serwisu firma zatrudniała 150 pracowników, a jej roczny przychód wynosił 175 milionów dolarów. Megaupload generował 4 procent całego ruchu w sieci, będąc trzynastą najpopularniejszą stroną w internecie.

Dotcom w końcu na stałe osiedlił się w Nowej Zelandii, gdzie obecnie przebywa w areszcie domowym, w związku z wytoczonym przez rząd Stanów Zjednoczonych procesem. Amerykanie oskarżają go o narażenie przemysłu rozrywkowego na miliardowe straty. Rok po przymusowym zamknięciu swoich słynnych serwerów Dotcom uruchomił następcę Megaupload – serwis Mega. Przedsiębiorca zapiera się, że tym razem działa zgodnie z prawem, a Megę promuje jako gigantyczną platformę hostingową. To także pstryczek wymierzony w nos amerykańskiego rządu.

Kim

Debiut Dotcoma w jego serwisie Baboom

Na początku 2014 roku Dotcom wystartował z kolejną inicjatywą. Muzyczny serwis streamingowy Baboom ma stanowić połączenie Spotify, iTunesa i MySpace. Serwis funkcjonować ma jak gigantyczna cyfrowa szuflada, którą zapełniamy dowolnie wybraną muzyką. Za pliki płacimy kredytami zarobionymi poprzez specjalną nakładkę na przeglądarkę, wyświetlającą nam reklamy. Zaletą ma być dostępność do najwyższej jakości plików i uczciwe podejście do praw artystów, których zyski stanowić mają, bagatela, 90 procent wartości utworów. Pełna wersja Baboom ma zostać uruchomiona pod koniec 2014 roku, tymczasem już od stycznia w serwisie jest dostępny do odsłuchu jeden album. Debiut Kima Dotcoma.

Wydane tuż przed 40 urodzinami przedsiębiorcy „Good Times” to niemal podręcznikowy przykład muzycznej grafomanii. Album Dotcoma jest zbiorem przeprodukowanych, chaotycznych kompozycji, brzmiących jak parodia współczesnego popu z elementami muzyki elektronicznej. Płyta została obśmiana przez krytyków, ego Dotcoma połechtały jednak statystyki — publicznie chwalił się 80 tysiącami odsłuchań, które album zaliczył już w godzinę po udostępnieniu.

Mimo aparycji przerośniętego bobasa Kim Dotcom lubi kreować się na playboya – chętnie fotografuje się z modelkami, często na jachtach, które z pasją kolekcjonuje. Posiada kolekcję ekskluzywnych samochodów (preferuje BMW) i memorabiliów związanych z II wojną światową. Perełką w kolekcji Dotcoma jest pierwsze wydanie „Mein Kampf” z autografem Hitlera.

 

Potwora amatora. Tim Westergren (Pandora)

Założyciel najsłynniejszego dziś radia internetowego, które jako pierwsze zaproponowało niemal idealnie spersonalizowaną playlistę. Pandora dobiera utwory za pomocą zaawansowanego algorytmu Music Genom Project, który wyszukuje kawałki na podstawie średnio 400 atrybutów („genów”) – od oczywistych, jak tempo i styl utworu, przez tonację czy płeć wokalisty, aż po poziom przesterowania gitar. Pandora to nie tylko skomplikowana matematyka — za analizę utworów odpowiada w firmie prawie 40 ekspertów, którzy regularnie przechodzą specjalistyczne szkolenia. Sami użytkownicy również wspomagają system doboru utworów. Dzieje się to poprzez prosty system ocen: kciuk w górę, kciuk w dół. Aplikacja dostępna jest jedynie w Stanach Zjednoczonych, Australii i Nowej Zelandii. W USA jej popularność sięga 70 procent rynku internetowych stacji radiowych.

Pandora

Westergren przeprasza, ale w Polsce Pandora nie działa (jeszcze)

Nim Westergren zanim wpadł na genialny pomysł stworzenia spersonalizowanego radia, spędził niemal 20 lat jako średnio popularny muzyk. Z wykształcenia jest akustykiem i specjalistą od nagrań, potrafi grać na pianinie, perkusji, fagocie i klarnecie. Na podstawie własnych doświadczeń z pustymi salami koncertowymi Westergren wykoncypował, że głównym problemem mało popularnych zespołów niekoniecznie jest brak talentu czy samozaparcia, ale kłopot z dotarciem do odpowiednich uszu. Zirytowany postępującą komercjalizacją mediów muzycznych i faktem, że istniejące systemy rekomendacji muzycznych wspierają tylko znane zespoły, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że bibliotekę Pandory tworzą w dużej mierze mało znane grupy muzyczne, na które wizja dotarcia do idealnego odbiorcy działa jak lep na muchy. Pomocna dłoń Westergrena wyciągnięta w stronę amatorów to tylko połowa prawdy. Druga dłoń liczy pieniądze.

 

Pracodawca 2.0. Reed Hastings (Netflix)

Założyciel jednego z największych na świecie serwisów wideo streamingowych karierę biznesową zaczął stosunkowo późno. W dorosłość wkraczał jako kandydat na oficera marines, szybko jednak rozczarował się bezrefleksyjnością służby wojskowej i żądny przygody zdecydował się dołączyć do Korpusu Pokoju. Wylądował w Suazi w Afryce Południowej, gdzie uczył licealistów matematyki. Po powrocie z misji ukończył informatykę na Uniwersytecie Stanforda. Pierwsze doświadczenia start-upowe zdobył jako założyciel firmy Pure Software, produkującej specjalistyczne oprogramowanie dla inżynierów. Po nieudanej fuzji z Atria Software odszedł, na dwa lata robiąc sobie przerwę w prowadzeniu biznesu. W tym czasie intensywnie planował kolejny startup, za cel stawiając sobie uniknięcie biurokratycznych problemów, które dobiły pierworodnego.

W 1997 roku z inicjatywy Hastingsa narodził się Netflix Global, wypożyczalnia filmów DVD. W ciągu pierwszych lat istnienia firma wprowadziła nowatorskie rozwiązanie subskrypcji. Klienci, oprócz pojedynczych wypożyczeń, mogli korzystać z serwisu wpłacając niewielką, ale stałą miesięczną kwotę, w zamian za którą otrzymywali dostęp do bogatego katalogu wideo. DVD można było wypożyczać na dowolny okres, bez żadnych kar za spóźnienia.

netfix

„House of Cards”, własna produkcja Netflix, przyniosła serwisowi międzynarodowy rozgłos 

Hastings jako pracodawca słynął z wysokiej kultury. Netflix płacił dużo lepiej niż konkurencja, dzięki czemu udało się zbudować zgrany i utalentowany zespół. Słabsze ogniwa menedżerowie eliminowali bez wyrzutów sumienia, bo na odchodne zwalniani pracownicy dostawali gigantyczne bonusy.

Już w 2000 roku Hastings zaimplementował do swojego serwisu pierwsze opcje społecznościowe – system rekomendacji, dzięki któremu kinomaniacy otrzymywali spersonalizowane propozycje. W roku 2007 Hastings wprowadził opcję streamingu, upierając się, że w ciągu kilku lat większość filmów oglądać będziemy na laptopach.

Dziś Netflix to streamingowy potentat o sporej roli kulturotwórczej, szczególnie jeśli chodzi o seriale – i to nie tylko dzięki wyłączności serwisu na doskonałe tytuły („House of Cards”, „Orange is the New Black”, „Arrested Development”), ale także konsekwentnemu wprowadzaniu nowych standardów — braku kosztownych odcinków pilotażowych, publikowaniu od razu całych sezonów (to widz decyduje tu o tempie oglądania) oraz płynnych przejść pomiędzy epizodami.

 

Matka Polka. Susan Wojcicki (Google, Youtube)

Dyrektorka generalna YouTube to absolwentka Harvardu, w murach którego studiowała historię i literaturę. Susan Wojcicki swoje swojsko brzmiące nazwisko zawdzięcza ojcu Polakowi, wykładowcy fizyki. Chociaż humanistyczne wykształcenie szybko uzupełniła o studia z ekonomii i biznesu, można powiedzieć, że jej przygoda z branżą internetową rozpoczęła się od zrządzenia losu. Wraz z mężem w 1998 roku wynajęła garaż dwójce nieco zbzikowanych doktorantów, którzy w pocie czoła pracowali nad ulepszeniem mechanizmów przeszukiwania chaotycznego internetu. Wojcicki spodobał się entuzjazm młodych programistów. W czwartym miesiącu ciąży zrezygnowała z ciepłej posadki w Intelu i jako szesnasty pracownik Google dołączyła do zespołu na stanowisku menedżera do spraw marketingu.

Pod egidą Wojcicki Google zamieniło się z niewielkiego start-upu w lidera rynku. Wielomiliardowe dochody koncernu w 96 procentach pochodzą z reklam. To decyzją Wojcicki Google wykupiło w 2007 roku platformę Doubleclick, której mechanizmy położyły podwaliny pod najdoskonalszą na świecie reklamę kontekstową. Susan Wojcicki odpowiada także za wchłonięcie przez Google serwisu YouTube, którego dyrektorem została w lutym 2014 roku.

wojcicki

Wojcicki na TechCrunch Disrupt, fot. http://www.flickr.com/photos/techcrunch CC BY 2.0

Jako szef największego serwisu wideo Wojcicki stawia sobie jasny cel: uczynić YouTube realną konkurencją dla klasycznej telewizji. Nowa dyrektorka dostrzega wielką szansę w promocji YouTube’owych celebrytów i twórców wartościowego contentu — Wojcicki mocno wspiera profesjonalizację popularnych kanałów, którym stara się ułatwić dotarcie do jeszcze szerszego grona odbiorców. Dyrektorka nie ma zamiaru rezygnować z demokratycznego oblicza YouTube, który od początku funkcjonował jako spełnienie słów Warhola o tym, że każdy ma swoje 15 minut. Nowe rozwiązania w serwisie mają wspomagać dobrze rokujące kanały, które samodzielnie (czytaj: wartościowymi treściami) zdołały przyciągnąć subskrybentów. Silne marki w obrębie serwisu mają z kolei pomóc przyciągnąć reklamodawców. A o Wojcicki nie bez powodu mówi się, że to dziś najważniejszy człowiek w reklamie.

Dyrektorka generalna YouTube to ulubienica kobiecych mediów i współczesny symbol umiejętnego mariażu zawrotnej kariery biznesowej z udanym życiem rodzinnym. Prywatnie jest matką czwórki dzieci. Trudno znaleźć wywiad, w którym o nich nie wspomina.

[SzL]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Motor dla kultury

Pisaliśmy już o wykorzystaniu kultury do kreacji wizerunku banków oraz sektora budowlanego. Jednak światowy trend wskazuje, że to marki motoryzacyjne są w stanie tworzyć z kulturą projekty najbardziej zaskakujące, wychodzące daleko poza tradycyjnie postrzegany sponsoring.

W lutym premierę miał projekt Hello, Again, którego założeniem jest odświeżenie znanych i cenionych dzieł z różnych dziedzin kultury. Pierwszym zaproszonym do współpracy artystą był Beck, jedna z najbardziej pomysłowych i nieprzewidywalnych postaci współczesnego rynku muzycznego. Na potrzeby projektu podjął się reinterpretacji utworu „Sound and Vision” wracającego w tym roku z nową płytą, Davida Bowie. Scenariusz  wydarzenia, w którym wzięło udział ponad 170 muzyków, Beck stworzył razem z Chrisem Milkiem, twórcą teledysków m.in. U2 i Green Day, a prywatnie swoim ojcem. Show odbyło się w Los Angeles w 20th Century Fox Studios, w którym umieszczono okrągłą scenę będącą podczas występu w ciągłym ruchu. Obracające się o 360 stopni kamery i mikrofony umożliwiły takie zarejestrowanie koncertu by oglądający go online widzowie doświadczyli w pełni wszystkich wrażeń mając do wyboru perspektywę Becka, publiczności lub własną (dzięki wykorzystywaniu kamery internetowej). Globalny dyrektor Lincolna, Matt VanDyke stwierdził, że najważniejsze dla nowego wizerunku firmy  jest zaoferowanie unikalnego, luksusowego motoryzacyjnego doświadczenia a program Hello, Again ma być dla klienta zaskakującym i niezapomnianym doznaniem.

beck.blog

Strona Hello, Again w działaniu, fot. lincoln.com

Z kolei marka Lancia od 2010 roku prowadzi magazyn online w o modzie, sztuce, designie i architekturze Lancia TrendVisions. Twórcy strony prowadzą innowacyjne badania pozwalające ustalić przyszłe trendy oraz wyszukują młode talenty branż kreatywnych. A wszystko ze szczególną dbałością o wysoką jakość estetyczną magazynu. Cieszący się ogromnym zainteresowaniem odbiorców, szczególnie tych związanych z sektorem kreatywnym magazyn buduje rozpoznawalność marki wśród potencjalnych nabywców i ludzi niezainteresowanych bezpośrednio rynkiem motoryzacji. Działanie wyjątkowo pasuje do Lanci, która chce być postrzegana jako samochodowa marka, która kładzie duży nacisk na stylistykę swoich produktów. Trochę inaczej sprawa ma się z Mercedesem, który na całym świecie angażuje się w setki wydarzeń kulturalnych. Spaja je niejako internetowy magazyn mb! by Mercedes Benz. Strona promuje młodych twórców, dokumentuje współczesną kulturę oraz pokazuje kreatywną stronę życia. Z zakładki Mixed Tape Music co 8 tygodni można pobierać nowe kompilacje zdolnych muzyków z całego świata. Co ciekawe redaktorzy nie ukrywają, że wcale nie poruszają się pojazdami Mercedes Benz. W tym przypadku marka chce celowo odejść od autopromocji i pokazać swoje zaangażowanie kulturalne nie związane bezpośrednio z reklamą Mercedesa.

lanciamagazine

Strona  Lancia TrendVisions, fot. lanciatrendvisions.com

Dość późno do grona producentów samochodów zaangażowanych w kulturę na dużą skalę dołączył Lexus. W tym roku odbyła się pierwsza edycja międzynarodowego konkursu dla młodych projektantów Lexus Design Award. Znalezienie się pośród dwunastu finalistów to szansa na zaprezentowanie swoich pomysłów podczas Milan Design Week 2013. To nie koniec aktywności Lexusa podczas tej najbardziej cenionej imprezy dla dizajnerów. Lexus we współpracy ze zdobywcami „Złotego Lwa” na ubiegłorocznym Biennale Architektury w Wenecji, japońskimi architektami Toyo Ito i Akihiska Hiratą stworzy instalację „Amazing flow”. Powstanie niezwykła przestrzeń zapewniająca multisensoryczne doznania umożliwiające wyobrażenie sobie, jak będą wyglądały miasta przyszłości. Lexus zainicjował także projekt filmowy. Razem z Weinstein Company zaprosił do współpracy pięciu innowacyjnych reżyserów, którzy stworzą  krótkometrażowe filmy pokazujących życie jako zachwycające doświadczenie. Takie jak każda jazda Lexusem. Na stronie lexusshortfilms.com można śledzić aktualności związane z przedsięwzięciem.

Atsushi Takada z Lexusa o nagrodzie Lexus Design Award

Oczywiście przykłady można mnożyć poczynając od dobrze znanego BMW Art Car. We wszystkich najważniejsze wydaje się być to, że nie mówimy o tanich marketingowych sztuczkach, a działaniach, które nawet w momencie kryzysu szczególnie dotykającego branżę motoryzacyjną i sponsoring kultury, prowadzą do tworzenia nowych, często innowacyjnych (i piekielnie drogich) projektów.

[SP]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Biznes powinien uczyć się od kultury

Wielokrotnie pisaliśmy o tym jak biznes i kultura mogą współpracować, budować wspólne marki, promować się wzajemnie. Wspominaliśmy też w jaki sposób kultura powinna czerpać z doświadczenia biznesowego. Ale ten mechanizm może działać także w drugą stronę. Kultura może pracować nie tylko na wizerunek, ale i samo zarządzanie przedsiębiorstwem. – Szkoły biznesu stawiają większy nacisk na to jak wyprodukować i pozycjonować produkt, zamiast jak napełnić go znaczeniem – pisze „The Economist” i wskazuje, że biznes może uczyć się od sztuki większej kreatywności, klarownej komunikacji, a nawet zarządzania pracownikami – szczególnie tymi niepokornymi.

Czy to nowy nadciągający trend czy pobożne życzenia, trudno dziś stwierdzić. Niedawno przeprowadzony globalny raport IBM zbierający opinie szefów największych światowych firm, wskazywał że cechą, której firmy najbardziej poszukują u swoich pracowników, jest kreatywność. Ta umiejętność, gdy musi iść w parze z efektywnością  i szybkością wykonywania zadań, łatwo może zostać zaniedbana. Zdaje sobie  z tego sprawę Hilary Austen, wykładowczyni Univeristy of Toronto, autorka pracy „Artistry Unleashed:  A Guide to Pursuing Great Performance in Work and Life”. W swojej książce Austen śledzi techniki pracy artystów i próbuje stworzyć modele, które pomogłyby przenieść je na grunt biznesu. – Czego mogą nauczyć się dyrektorzy i menadżerowie od artystów? Artyści  nie poszukują konkretnej odpowiedzi na jedno określone pytanie, zależy  im na całościowym rozwiązaniu problemu. Dlatego eksperymentują testują najróżniejsze opcje, mniej boją się ryzyka. To cechy, których rzadko dostarcza nam formalna edukacja, polegająca w większości na poszukiwaniu dawno ustalonych odpowiedzi na dawno ustalone pytania. Nie ma tu miejsca na innowacje – twierdzi autorka. Zdobytą wiedzę stosuje w praktyce – artystyczne modele działania pomagała wprowadzić między innymi  w Oracle, Procter & Gamble i Shell Oil.

ccc
Kultura może wyznaczać również standardy współpracy zespołowej. Tak stało się  w przypadku teatru Central Works z Berkeley. Każda z ich sztuk powstaje w ciągu  sześciomiesięcznych warsztatów, mających za cel umocnienie lokalnej społeczności właśnie poprzez wspólną pracę nad dramatem. Choć tylko jedna osoba pisze scenariusz, pozostali partnerzy (dyrektor, aktorzy i mieszkańcy miasta uczestniczący w projekcie), biorą udział w kreatywnym procesie poprzez zgłaszanie poprawek, dodawanie własnych sugestii i wspólne odgrywanie powstającej sztuki. Ten model wydał się  interesujący dla Interaction Associates, firmy consultingowej pracującej dla takich firm jak Dell czy Dow Chemical Company. Dla wzbogacenia swojej wiedzy na temat skutecznej i harmonijnej współpracy pracownicy wzięli udział w powstaniu jednej ze sztuk teatru z Berkeley. Sztuka, dotycząca ekonomicznego kryzysu, zadebiutowała 30 czerwca 2011 roku i  gościła na deskach teatru aż do powstania kolejnego kolektywnego dzieła.

W końcu zjawiska znane z kultury można przełożyć na biznes także w bardzo prosty sposób. „W przyszłości wszystkie sklepy staną się muzeami, a muzea sklepami” – powiedział kiedyś Andy Warhol. Wszystkich, którzy znają markę Muji – japońskiego producenta mebli, ubrań i akcesoriów, na pewno nie zdziwi fakt, że pierwszy sklep firmy w Ameryce Północnej został otwarty w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Muji, to firma sprzedająca – jak sama mówi – niemarkowane produkty dobrej jakości. Począwszy od długopisów, przez jedzenie, lampy, aż po projekty domów. Starannie zaprojektowane sklepy japońskiej firmy przypominają spełnioną wizję Andy’ego Warhola. Nieodłącznym elementem każdego salonu firmy (również tego znajdującego się w Warszawie) jest filozofia Muji wytapetowana na ścianie, zaraz przy kasach: „MUJI nie jest marką, której wartość opiera się na dodatkach i chwytach reklamowych. MUJI to prostota – osiągana poprzez złożoność koncepcji i designu. MUJI ulepsza swoje produkty eliminując elementy zbędne, nie zwiększające funkcjonalności. MUJI jako marka, jest racjonalna i pozbawiona drugiego dna, wszelkich -izmów”. Ideologia firmy stała się jej głównym produktem,  za którą podążają ludzie na całym świecie. A produkty? Faktycznie są proste, neutralne i nie najdroższe. No logo – choć oczywiście –  z Muji. – Tworzenie pojemnych idei może być tym, czego mógłby chcieć nauczyć się biznes od kultury – podsumowuje „The Economist”. To, że biznes wykorzystuje kulturę do własnych celów, jest faktem. To, czy potrafi się od niej efektywnie uczyć, cały czas pozostaje pytaniem otwartym.

[MM]

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Jak (dobrze) zarobić na muzeum

W sylwestrową noc Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie zorganizowało Bankiet Ciał, imprezę, z której dochód został przeznaczony na zakup nowych prac dla placówki. Choć niektórych impreza bulwersowała, MSN bodaj jako pierwszy w Polsce pokazał w znacznej skali, że muzeum może dla własnego dobra skutecznie działać także na polu komercyjnym. Bo choć zgodnie z ustawą „muzeum jest jednostką organizacyjną nienastawioną na osiąganie zysku”, to wolno mu pozyskiwać pieniądze na własne funkcjonowanie. Co ważne szczególnie w Polsce, gdzie kultura jest permanentnie niedofinansowana. Ale takich inicjatyw, jak ta w MSN-ie jest cały czas mało, a udział finansowania własnego instytucji kultury mizerny. Często na ich własne życzenie.

Spójrzmy na model brytyjski, uznawany za najdoskonalszy. Statystycznie 50 procent budżetu muzeów i galerii sztuki zapewnia dotacja państwowa. Druga połowa pochodzi łącznie od sponsorów oraz z własnej działalności (w proporcjach mniej więcej równych). Na ową działalność składają się dziesiątki elementów: sprzedaż biletów, dobrowolne dotacje od zwiedzających, stały wynajem powierzchni (np. pod kawiarnie), wynajem sal na specjalne wydarzenia (np. eventy korporacyjne), prowadzenie sklepików muzealnych, wydawnictwa, gadżety, płatne oprowadzanie, wynajem eksponatów i wiele innych. Jak to wygląda w praktyce? Weźmy przykład londyńskiej Tate Britain. Wchodzimy do galerii i od razu napotykamy pojemnik na dotacje, z napisem sugerującym, aby wrzucić minimum 2 funty, mniej nie wypada. Gdy jednak pozostaniemy nieczuli na pierwszą zachętę czeka nas kilka innych. Podobne pojemniki rozstawiono przy szatni. Idziemy do kasy, a tam każdy odwiedzający zostanie zapytany czy chce kupić zwykły bilet, czy wybiera droższy o 1,5 funta, ale zawierający dotację dla Tate. W takiej sytuacji trudno jest odmówić. I choć Tate nie podaje statystyk ile pieniędzy otrzymuje w ten sposób, to obserwacja zachowań kolejnych osób podchodzących do kasy pozwala sądzić, że co najmniej jedna trzecia nie odmawia dotacji. Wychodząc z szatni możemy zahaczyć o sklepik muzealny z bogatą ofertą nie tylko fachowej literatury, ale też gadżetów dla widzów zupełnie przypadkowych. Nie skusiliśmy się, nic straconego, wychodząc z wystawy trafimy na kolejny sklep.
MOMA
Noworoczna wyprzedaż w sklepie MoMA

Tate działa tu niemal jak IKEA. Aby przejść z wystawy na kolejną trzeba przespacerować się wokół półek wypełnionych katalogami, książkami, magnesami, apaszkami, parasolami, reprodukcjami, plakatami, kubkami i dziesiątkami innych gadżetów. Z okazji każdej dużej wystawy tworzy specjalne kolekcje, na każdą kieszeń. Niezbyt majętni miłośnicy prerafaelitów (wystawa trwa do 13 stycznia) mogą zadowolić się estetycznymi filiżankami za kilkanaście funtów, ci bardziej majętni wartym kilkaset funtów fotelem obszytym tkaniną w prerafaelickim stylu. A gdy zechce nam się jeść lub pić, to Tate pod nos podstawi nam dwie kawiarnie. Wszystko w nich z logo galerii, bo wiadomo, że kanapka Tate popijana espresso Tate smakuje lepiej niż ta z Costy. Może też być droższa. Z kolei Royal Academy of Arts nie bała się umieścić sklepiku muzealnego w połowie wystawy Luciana Freuda. Nie można było go ominąć, co miało zwiększyć sprzedaż katalogów i gadżetów. Niemieckie muzea stosują trochę inną technikę – sprzedają często sprzęt specjalistyczny – dla malarzy przy wystawie malarstwa, dla architektów na wystawie architektury.

Ale w przypadku działalności handlowej jeszcze jedno różni rynek polski i europejski, przede wszystkim brytyjski – sposób dystrybucji wydawnictw i innych materiałów. W Polsce zazwyczaj galerie i muzea nie traktują katalogu jako sposobu zarobienia pieniędzy. To publikacje deficytowe, często traktowane jako zło konieczne, dostępne na miejscu, po wystawie i rzadko gdzie indziej. W Wielkiej Brytanii katalogi trafiają do szerokiego księgarskiego obiegu. Publikacje Tate stają na półkach obok albumów Phaidona czy Taschena, można je kupić na Amazonie i oczywiście w dobrze zorganizowanych sklepach internetowych samych galerii. Portal culturelabel.com oferuje gadżety, katalogi, reprodukcje dzieł sztuki z bardzo wielu muzeów. Bo skoro komercyjne wydawnictwa mogą zarobić (także w Polsce) na albumach o sztuce, to dlaczego galeria by nie mogła.

Ważny element komercyjnej działalności to prawa. Mucha Museum w Pradze utrzymuje się wyłącznie z tego co zarobi. Instytucję prowadzi wnuk Alfonsa Muchy, były finansista, który urodził się i wychował w Wielkiej Brytanii. Prawa do reprodukcji prac sprzedaje na całym świecie. Austriacka firma Piatnik produkuje karty z plakatami secesyjnego artysty, a w japońskim supermarkecie można spotkać torby z wizerunkiem Sary Bernhardt. Z kolei z siecią Marks & Spencer umowę na wykorzystanie eksponatów (np. na dziecięcych piżamach) podpisało Natural History Museum z Londynu.
cl
Internetowy sklep culturelabel.com

Muzea brytyjskie prowadzą też aktywną politykę wynajmu przestrzeni. Na stronach polskich galerii takie oferty się nie pojawiają, jeśli już są to rzadko możemy dowiedzieć się co dokładnie otrzymamy. A biznes potrzebuje konkretnej, klarownej i atrakcyjnej oferty. British Museum proponuje doskonale wyposażone sale konferencyjne. Przyciąga klientów kusząc tym, że goście w trakcie konferencji będą mieli dostęp do kolekcji, gdzie mogą „odetchnąć i poszukać inspiracji”. Zapewnia, że może zaspokoić każde żądanie klienta, np. usługi tłumaczeniowe. Victoria & Albert Museum oferuje przestrzeń dla korporacji, ale zapewnia też specjalną aranżację scenerii dla ekip filmowych i sesji fotograficznych. Ofertom towarzyszą cenniki oraz formularze zgłoszeniowe. Oddzielną kategorię stanowią usługi związane z samą sztuką. Na przykład nowojorska MoMA oferuje kursy sztuki współczesnej (od 200 dolarów), wejściówki członkowskie (od 85 dolarów), a także ekskluzywne pakiety (12 tys. dolarów) dzięki którym można delektować się prywatnymi śniadaniami z kuratorami, ekskluzywnymi, drukowanymi w limitowanych nakładach katalogami, a nawet spotkaniami z artystami.

Oczywiście w Polsce sztuka zajmuje mniej istotne w życiu społecznym miejsce. Ale to nie usprawiedliwia niechęci muzealników do komercyjnej działalności. Pierwsze  po 1989 roku badanie dotyczące poziomu i struktury finansowania muzeów w Polsce przeprowadzone zostało przez Narodowe Centrum Kultury w 2008 roku. Wynika z niego, że w muzeach podległych ministrowi kultury średnia dotacja od państwa w latach 1998-2008 wynosiła 71 procent budżetu instytucji. 24 procent to dochody własne. Zdawałoby się, że to niezły wynik, niemal równy brytyjskiemu. Sęk w tym, że zawyżony przez instytucje nie związane ze sztuką, jak Muzeum Zamkowe w Malborku, które „zarobiło” 52 procent. Badaniem objęto tylko kilkanaście instytucji, przez co wyniki trudno uznać zresztą za reprezentatywne dla skali kraju. Większą ilość placówek objęło badanie muzeów samorządowych. W nich średnia dotacja od organizatora wynosiła 81 procent, a udział dochodów własnych to niecałe 15 proc.

Polscy muzealnicy, świadomie bądź nie, są wyznawcami teorii, że bezpiecznym gwarantem funkcjonowania instytucji kultury jest państwo, a nie rynek. I faktycznie w czasach recesji sponsorzy mniej chętnie łożą na kulturę. Jednak także środki z budżetu państwa i samorządu maleją. Przykłady można mnożyć poczynając od problemów MSN-u, kontynuując przez przesuwane rozpoczęcie budowy Muzeum Współczesnego we Wrocławiu, a kończąc na ucinanym co roku budżecie największej w Polsce placówce prezentującej secesję – Muzeum Mazowieckim w Płocku. W takiej sytuacji dywersyfikacja funduszy na funkcjonowanie placówki wydaje się jeszcze ważniejsza. Przemawia za nią jeszcze wiele innych argumentów, choćby to, że niski obecnie stopień samodzielności finansowej instytucji kultury powoduje ich administracyjne uzależnienie, a także upolitycznienie. Komercyjna działalność muzeów może pomóc rozwiązać nie jeden problem, a wiele z nich. MSN pokazał, że muzeum może w Polsce bardzo skutecznie sprzedać komercyjną ofertę. Potrzebni są naśladowcy. I systematyczna praca, bo jeden bankiet to za mało.

[JZ]

7 Komentarzy

Filed under Uncategorized

Biznes + kultura – nagrodzone najlepsze projekty

Banki, fundusze ubezpieczeniowe i inwestycyjne – to według miesięcznika „Press” wiodące branże wspierające kulturę w Polsce. Na kolejnych pozycjach lokują się koncerny energetyczne i paliwowe. To trend światowy, co pokazują najważniejsze z przyznanych w tym roku nagród za współpracę dla biznesu i kultury. Jednocześnie za granicą można zaobserwować większą różnorodność wśród dużych sponsorów. Wśród nagradzanych pojawiają się też producenci paszy dla zwierząt, firmy budowlane i wielcy audytorzy.

Best Companies Supporting Arts in America to nagrody przyznawane przez istniejącą od 1960 roku organizację America for the Arts (pisaliśmy już o niej). Wyróżnienie mogą otrzymać firmy, które w szczególny sposób angażują się we wspieranie kultury. Znaczenie mają nie tylko kwoty na nią przeznaczane, ale i sposób współpracy z partnerami czy prowadzenie programów wolontariackich. Tegoroczna lista zwycięzców została ogłoszona podczas gali 4 października. Wśród nagrodzonych znaleźli się m.in. Bank of America, First Community Bank i Cheasepeake Energy Corporation. Ale jednym ze zwycięzców była też korporacja Altech. To firma, zajmująca się produkcją pasz i lekarstw dla zwierząt hodowlanych, która weszła we współpracę z wydziałem opery na Uniwersytecie Kentucky. Wspólnie stworzono największy konkurs wokalny w Stanach Zjednoczonych oraz związany z nim program stypendialny. Łączna pula nagród wyniosła pół miliona dolarów. Co istotne, poza wsparciem finansowym Altech dostarcza Uniwersytetowi Kentucky narzędzi marketingowych w postaci obsługi public relations, pomocy w tworzeniu i realizacji projektów graficznych oraz innych elementów niezbędnych do organizacji wydarzenia.

museumsonus
Museums on Us, fot. http://www.museums.bankofamerica.com

Ciekawie przedstawiały się też projekty, za które nagrodzono Bank of America. Nie otrzymał on bowiem nagrody za sponsoring, lecz autorskie programy o charakterze kulturalnym, np. The Museums on Us, Art Conservation Project i Art in Our Communities. Pierwszy z nich to program umożliwiający darmowe wejścia w weekendy do ponad 150 instytucji kultury i sztuki raz w miesiącu, drugi to wystawa czerpiąca z zasobów banku, który tworzy też własną, pokaźnych rozmiarów kolekcję sztuki i fotografii. Trzeci program, wprowadzony już w roku 2010, wspomaga konserwację sztuki w ośrodkach muzealnych na całym świecie, od Afryki przez Bliski Wschód po Australię. Bank of America jest przykładem instytucji, która doceniona została zatem za długotrwałą współpracę z sektorem kultury. Więcej na temat tegorocznych zwycięzców można przeczytać w podsumowaniu przygotowanym przez  America for the Arts.

dublinc
Mapa wydarzeń Dublin Contemporary, fot. http://www.dublincontemporary.com

W Europie kilka organizacji przyznaje swoje nagrody z zakresu współpracy biznesu z kulturą. Allianz Business to Arts Awards jest jedną z najgłośniejszych. Jej pomysłodawca to irlandzka organizacja Business to Arts na co dzień wspierająca kreatywne partnerstwa pomiędzy biznesem i sztuką. Wśród nagrodzonych we wrześniu tego roku znaleźli się: Irish Distillers Pernod Ricard, Shimmer Research, KBC Bank Ireland, KPMG, Accenture, The National Transport Authority and Bord Gáis. Na szczególną uwagę zasługuje projekt współorganizowany przez firmę badawczą KPMG. Dublin Contemporary 2011 to międzynarodowa wystawa, w której wzięło ponad stu współczesnych artystów. W ciągu ośmiu tygodni stolica Irlandii zamieniła się w wielką galerię sztuki. Jednak  KPMG i Dublin Contemporary zostali nagrodzeni nie tylko za samą wystawę, ale i mocne zaangażowanie mieszkańców miasta. Podczas wydarzenia zarejestrowana została obecność ponad 150 tysięcy odwiedzających ekspozycje oraz prawie 2 tysięcy uczestników wykładów i spotkań, co ponoć przełożyło się na wzrost zainteresowania sztuką współczesną w Dublinie. KPMG odpowiadało za dużą część budżetu Dublin Contemporary, ale także zaangażowało się w promocję wydarzenia wśród uczniów szkół. Stało się nie tylko sponsorem, lecz też współtwórcą. W przemowie końcowej przedstawiciele KPMG podkreślali radość z zaangażowania w projekt zmierzający do edukacji poprzez sztukę.

Darwin Symphony Orchestra

Nagrody AbaF istnieją od 12 lat i są przyznawane w Australii przez Australian Business Arts Foundation, której celem jest łączenie biznesu, kultury i donatorów. Zwycięzcy opisywani są w wydawanej co roku Gold Book. Organizacja prowadzona jest przez przedstawicieli obu stron: artystycznej i biznesowej. Szczególnie interesujący wydaje się przykład tegorocznej nagrody za partnerstwo, którą otrzymały Darwin Symphony Orchestra oraz firma budowlana Sitzler. DSO składa się z sześćdziesięciu wolontariuszy, którzy razem nie tylko tworzą, ale i żyją. Orkiestra współpracuje z firmą Sitzler od dwudziestu lat. I razem działają na rzecz rozwoju lokalnej społeczności australijskiego Terytorium Północnego. W zeszłym roku postanowiono uczcić współpracę serią darmowych koncertów. Zapraszając lokalnych kompozytorów  i muzyków udało się przyciągnąć do grupy muzycznej nowych członków. Nagroda AbaF nie trafiła więc do DSO i Sitzler za wprowadzenie nowego, spektakularnego projektu, lecz za serię działań na przestrzeni dwóch dekad. Za pokazanie, jak współpraca kultury i biznesu powinna przebiegać, jak dzięki konsekwencji obu stron można zbudować ważną dla całego regionu kulturalną markę.

[JZ]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Od bawełny do kultury

Historia łódzkich inwestycji kulturalnych jest długa, bolesna, pełna efektownych planów i mało efektywnych działań. Głośno było o staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, ciszej mówiło się o spektakularnej porażce. Miało w Łodzi powstać centrum Davida Lyncha, a wyniku zawieruchy wokół niego wyniósł się z miasta festiwal Camerimage. Planowano budowę Specjalnej Strefy Sztuki, a trwa spór z autorami projektu architektonicznego. Miała być Łódź miastem festiwalowym, ale rok od powstania pomysłu zrezygnowano z niego tnąc listę festiwali, zostawiając zresztą wcale nie najciekawsze z nich. W końcu od lat mówi się o łódzkim Inkubatorze Kultury. Miał być pierwszym w kraju, wyprzedziło go jednak już kilka innych, m.in. w Szczecinie i Bielawie.

Wyprzedziła go także konkurencja wewnętrzna, łódzka. Do tego tworzona za pieniądze prywatne, a nie publiczne. I zapewne dużo mniejsze – powstanie Inkubatora Kultury ma kosztować 31 milionów złotych. Mowa o Widzewskiej Manufakturze, nie mającej zresztą nic wspólnego z centrum handlowym Manufaktura. Jej nowe życie opisał w dzisiejszym wydaniu łódzkiej „Gazety Wyborczej” Jędrzej Słodkowski. Fabryka Widzewskich Zakładów Bawełnianych „Wi-Ma” nie działa od trzech lat. Jej prezes, Stanisław Zaręba postanowił nie sprzedawać budynków, lecz tchnąć w nie nowe życie, przywracając zarazem przedwojenną nazwę. Chce stworzyć centrum społeczno-kulturalne, które stanie się miejscem rozwoju dla artystów, ale też będzie zarabiać dzięki przeznaczeniu części przestrzeni na działalność handlową. „Zwiastunem było otwarcie jesienią ubiegłego roku centrum muzycznego Bajkonur: sali koncertowej, kawiarni, prywatnej szkoły muzycznej, studia nagraniowego i sal prób, w których ćwiczy dziś ponad dwadzieścia łódzkich kapel” – pisze Jędrzej Słodkowski.

Trudno powiedzieć, czy Stanisław Zaręba przyjrzał się przykładowi warszawskiego Soho Factory i postanowił przenieść pomysł do Łodzi odrzucając z niego całą snobistyczną oprawę. Na pewno jest blisko udowodnienia, że na polski grunt da się przenieść kulturalno-biznesowe centra znane z Zachodu. Do dziś udało mu się sprowadzić do Widzewskiej Manufaktury kilka przedsięwzięć, które choć kulturalne nie znaczą wcale, że będą mało dochodowe. W dawnych zakładach bawełnianych jest już nie tylko klub, ale i udało się do nich sprowadzić grupę filmowców, pracownię konserwatorską, galerię. W przyszłości ma pojawić się wiele innych firm sektorów kreatywnych, ale i doraźnych działań artystycznych, m.in. koncerty muzyki poważnej. Wszystko to bez blasku fleszy, konferencji prasowych z udziałem włodarzy miasta. W końcu bez wielu milionów z publicznych pieniędzy. Wydaje się, że Łódź wreszcie, siłą jednego człowieka, pokazuje, że jednak potrafi przestawić się na przemysły kreatywne, a nie tylko o nich mówić.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized