Tag Archives: PR kultury

Podróż zaczyna się w Google – trendy w turystyce kulturalnej

Współczesny turysta niekoniecznie pójdzie do Luwru. Kraj braci Lumière chętniej zwiedzi biorąc jednocześnie udział w kursie fotograficznym. Zamiast figurki wieży Eiffla przywiezie z wyprawy piasek z Normandii. Przez cały czas trwania podróży pozostanie on-line. Jak zmieniła się turystyka kulturalna w XXI wieku i co to oznacza dla tych, którzy chcą na niej zarabiać?

Wydaje się, że w coraz większym stopniu model działania turystów przypomina to, co specjaliści od marketingu nazywają teorią długiego ogona w odniesieniu do detalicznego handlu w internecie. O co chodzi? Wedle tej koncepcji stworzonej przez Chrisa Andersona, rynek generowany przez nisze jest większy i bardziej dochodowy niż ten kreowany przez bestsellery. Składają się na niego indywidualne wybory licznych klientów, którzy kupują niewielkie ilości wyjątkowych produktów, a nie duże ilości najbardziej popularnych i mocno promowanych rynkowych „hitów”. Kanonicznym przykładem takiego modelu rynku jest Amazon. To tam znajdziemy książki, których na próżno szukać w stacjonarnych księgarniach. Pomysłowa metafora Andersona może być z powodzeniem wykorzystana do myślenia o świecie turystyki. Unikalne, niszowe sposoby spędzania czasu przez turystów, dalekie od mainstreamowej sztampy masowych wyjazdów w topowe „destynacje”, mogą stanowić bazę do stworzenia lukratywnego biznesu. Wymaga to jednak od ludzi z branży turystycznej, a w opisywanym przypadku kulturalnej, zmiany myślenia.
Image
fot.  creativeparis.info

W raporcie Moving Targets sporządzonym przez brytyjskie Culture24 w 2012 roku wyróżniono kilka niestandardowych sposobów podróżowania Europejczyków. Turystyka kreatywna to jedna z takich nisz. Podróżującym już nie wystarcza tradycyjne zwiedzanie z przewodnikiem Lonely Planet w ręku i zaliczanie zabytków z listy Top10. Zamiast tego wybierają np. kursy, podczas których aktywnie biorą udział w zwiedzaniu miasta. Przykładem jest chociażby popularne Creative Paris, „biuro podróży“, które oferuje poznanie stolicy Francji poprzez lekcje projektowania mody, gotowania, czy nauki tańca. Chodzi o to, żeby było twórczo, inspirująco i niebanalnie. Wedle raportu Rady Europy z 2011 roku turystyka kreatywna stała się tak istotną gałęzią tego sektora, że wkrótce będzie mogła być utożsamiana z turystyką kulturalną w ogóle. Inną znaczącą niszę w tej dziedzinie wypełnia tanatoturystyka, czyli podróżowanie w poszukiwaniu miejsc związanych ze śmiercią, cierpieniem, wojną. W Europie zainteresowania takie jest najczęściej tożsame z chęcią zgłębiania historii dwóch wojen światowych. Inna chętnie wybierana nisza to turystyka przemysłowa. Odbywający się 2011 European Tourism Day poświęcony był właśnie temu zagadnieniu. Miłośnicy industrialu spędzają czas na odkrywaniu historii dawnych fabryk, destylarni, czy elektrowni. Inny offowy sposób na podróżowanie to turystyka ogrodnicza, która kwitnie w Holandii, Francji (Festival Chaumont Sur Loire) i Wielkiej Brytanii. Popularność takiego podróżowania Na Wyspach potwierdza Visit Englad Award przyznana The English Garden w 2012 roku oraz fakt organizacji ogrodniczych wakacji przez Royal Hurticiultural Society.
Image
fot. Bęc Zmiana

Współczesny turysta nie tylko znudził się tradycyjnym, mainstreemowym podróżowaniem. Co oczywiste, w ostatnim czasie zmienił się również sposób, w jaki wybiera miejsca, do których chce pojechać, czy źródło informacji. Dla 40 procent obywateli Unii Europejskiej internet jest najważniejszym źródłem informacji przed podróżą. Wedle raportu Moving Targets użytkownicy zanim zaczną korzystać ze stron konkretnych instytucji, używają wyszukiwarek Google. Przed podróżą, ale także w jej trakcie korzystają również ze smartfonów. Dużym zainteresowaniem cieszą się przewodniki z cyklu „Act like local”. W trend ten wpisuje się mapa i jej mobilna wersja wydana niedawno przez Fundację Bęc Zmiana w formie aplikacji USE-IT-WARSZAWA. Użytkownik dowie się z niej gdzie chodzą, imprezują, kupują i co jedzą warszawscy hipsterzy. Istotnym źródłem informacji na temat planowanej podróży są fora internetowe, czy serwisy typu Booking.com i TripAdvisor. Z komentarzy innych użytkowników poszukujący dowiaduje się, gdzie warto pojechać, co zobaczyć. Każdy turysta może więc być jednocześnie dostarczycielem informacji.

Wnioski płynące z powyższych faktów powinny mieć realne przełożenie na zmiany zarówno organizacyjne jak i te związane z działaniami promocyjnymi w sektorze turystyki. Po pierwsze, instytucje kultury, które chcą przyciągnąć turystów, nie tylko zagranicznych, ale też po prostu mieszkańców innych miast powinny dbać o swoją obecność w internecie i w przewodnikach nie tylko papierowych, ale też mobilnych. W kampaniach promocyjnych miast, które pozycjonują się poprzez kulturę wykorzystuje się często wizerunki znanych i dużych instytucji kultury. Zgodnie z teorią nisz to co znane, jest coraz mniej atrakcyjne dla bardziej wybrednych zwiedzających. Warto więc pomyśleć nad lepszą promocją np. małych, offowych galerii. Dobrym pomysłem są również różne formy współpracy niewielkich graczy, mające na celu skuteczniejsze obsługiwanie niszowych klientów zgodnie z filozofią „long tail”. Przykładem może być Museum Pass Berlin – karnet, który umożliwia wstęp do kilkunastu dużych muzeów. Podobna inicjatywa przydałaby się dla również w przypadku bardziej niszowych miejsc.

Na pierwszy plan wysuwa się ogólna prawidłowość wynikająca z teorii długiego ogona i wzrostu popularności turystyki niszowej. Kończy się hegemonia wielkich miast i znanych instytucji kultury. Szansę mają mniejsze, wyspecjalizowane podmioty, które dzięki odpowiedniej promocji są w stanie przyciągać poszukujących bardzo konkretnych wrażeń turystów. To kolejny dowód na to, że w erze internetu sukces nie zależy od wielkości.

[KP]

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Biznes i kultura – niebezpieczne związki

Mecenat kultury – zjawisko znane od wieków i od wieków też cenione. Zarówno przez instytucje kultury, jak i jej konsumentów. Co jednak powinno się zrobić, gdy mecenas popada w tarapaty, kiedy firma hojnie dotująca kulturę musi zmierzyć się z wizerunkowym kryzysem, medialną nagonką czy faktycznymi przewinami? Czy instytucja kultury powinna odrzucić pieniądze? A może wręcz odwrotnie, wtedy właśnie powinna solidarnie stanąć za donatorem? Ostatnie lata pełne były głośnych spraw, w których kultura musiała dokonywać tego typu wyborów. Przyglądamy się kilku z nich.
BP
Logo BP oblane melasą, która swoim kolorem i konsystencją przypomina ropę, fot. Sophie Molins/Flickr.com

Współpraca londyńskiej Tate Gallery i jego sponsora, koncernu paliwowego BP przez wiele lat układała się wzorcowo. Do czasu. Wszystko zmieniło się, gdy w marcu 2010 roku nastąpił wybuch na platformie Deepwater Horizon. W wyniku zajścia do Zatoki Meksykańskiej wyciekło prawie pięć milionów baryłek ropy. Była to największa katastrofa ekologiczna w Stanach Zjednoczonych. To zdarzenie odbiło się niekorzystnie na giełdowej wartości spółki, ale też na wizerunku firmy. Fala krytyki dosięgnęła w końcu także Tate, które od ponad dwudziestu lat było dofinansowywane przez koncern. Krótko po wycieku ropy w muzeum odbywało się przyjęcie, na którym przedstawiciele galerii mieli podziękować BP za wieloletnie wsparcie. Nietrudno się spodziewać, że wobec wydarzeń z Zatoki Meksykańskiej składanie hołdów BP wzbudziło spore oburzenie. W efekcie impreza została zakłócona przez protestujących, a prawie dwustu przedstawicieli świata sztuki podpisało się pod opublikowanym w dzienniku „Guardian” listem, który wyrażał niechęć wobec sponsora. Zdaniem jego autorów mecenat BP miał tylko odwrócić uwagę od szkód, jakie swoim działaniem wyrządzała firma.

Jednak pismo było dopiero początkiem. Do protestów dołączyli ekolodzy. Zorganizowali akcję, podczas której z puszek z logotypami BP wylewali na schody galerii melasę, czyli ciecz, która swoim kolorem i konsystencją przypomina ropę. Inna ich inicjatywa miała miejsce w Turbine Hall. Zieloni przywiązali wtedy martwe ryby do czarnych balonów z helem. Protesty artystów i ekologów silnie oddziaływały na opinię publiczną. Zebrano osiem tysięcy podpisów od miłośników i stałych bywalców galerii, którzy wyrazili swoją niechęć wobec BP. W tej sytuacji dyrektor instytucji zmuszony był wstrzymać współpracę ze sponsorem. Podobnie zrobiły British Museum National Portrait Galery, Royal Opera House. Instytucje bez większego rozgłosu wznowiły współpracę pod koniec 2011 roku. Od koncernu paliwowego dostały na kolejne pięć lat 10 milionów funtów.
Vodafone
Członkowie UK Uncut protestujący pod sklepem Vodafone, fot. Jonathandeamer/Wikipedia.org

BP to nie jedyna firma, która wspiera działania Tate. Latem 2011 roku instytucja ogłosiła, że będzie współpracować z operatorem telefonii komórkowej Vodafone. Na brytyjskim portalu spoonfed.co.uk pojawił się komentarz, że muzeum samo prosi o się o kłopoty. Krótko przed podpisaniem umowy z Tate wybuchła afera dotycząca operatora. Okazało się, że Vodafone nie płacił podatków i jest winien państwu 6 milionów funtów. Choć ostatecznie Urząd Podatkowy i Celny Jej Królewskiej Mości darował firmie przewinę, nie obyło się bez protestów. Tym razem krytyka pojawiła się głównie w internecie. Organizacja UK Uncut, która działa przeciwko omijaniu przez firmy podatków, dokonała aktu sabotażu i zakłóciła internetową Tate Debate sponsorowaną przez Vodafone.

Tate było więc wierne swoim sponsorom, a nawet wspierało ich w kryzysie. Inaczej niż prywatna, mniejsza londyńska Cynthia Corbett Gallery. Miała ona zorganizować konkurs Trafigura Prize. Sponsorem tytularnym nagrody został międzynarodowy koncern handlujący ropą i metalami. Na krótko przed samym konkursem do mediów wyciekły informacje o tym, że Trafigura wylewała toksyczne odpady u zachodnich wybrzeży Afryki. Władze firmy utrzymywały, że substancja chemiczna zrzucona ze statku była niegroźna. „Guardian” za to donosił, że w wyniku skażenia środowiska siarkowodorem zmarło piętnaście osób, niemal siedemdziesiąt trafiło do szpitala, a ponad sto tysięcy znalazło się pod stałą obserwacją lekarzy. Organizator konkursu, Cynthia Corbett Gallery zdecydował się pozbyć sponsora, a nazwę konkursu zmienić na Young Masters Art Prize. Z kolei słynna kolekcjonerka, Anita Zabludowcz od wielu lat miewa problemy z marszandami. Niektórzy regularnie odmawiają współpracy z nią ze względu na fakt, że finansowo wspiera ją teść, założyciel Soltam System, firmy zbrojeniowej, która zaopatruje w broń i amunicję m.in. izraelskie wojsko.

Wizerunkowe problemy ze swoimi sponsorami mają nie tylko instytucje, ale i twórcy. Poeci Alice Oswald i John Kinsella otrzymali nagrodę im. TS Eliota, jednak postanowili się jej zrzec (mieli dostać po piętnaście tysięcy funtów). Wyróżnienie ufundowała bowiem Aurum Funds, firma zajmująca się funduszami hedgingowymi, kojarzonymi ze spekulacjami i uważanymi za jedno ze źródeł kryzysu finansowego. Oswald stwierdził, że poezja powinna kwestionować taką działalność, a nie się pod nią podpisywać. Kilka lat wcześniej nagrodę literacką im. Johna Llewellyna Rhysa odrzucił Hari Kunzru. Brytyjski pisarz stwierdził, że akceptując to wyróżnienie poparłby sponsora, którym była wtedy konserwatywna (a jego zdaniem wprost ksenofobiczna) gazeta „The Mail on Sunday”.

Wbrew obiegowej opinii umowy sponsorskie w ramach CCR (Corporate Cultural Responsibility) generują problemy i ryzyka nie tylko dla tych, którzy wykładają swoje pieniądze. Równie wiele (a może i więcej) do stracenia mają także ci, którzy marką sponsora firmują swoją kulturalną działalność. W niektórych sytuacjach problemy lub błędy donatora przekładają się także na pogorszenie wizerunku sponsorowanej instytucji. Jak pokazują wymienione przykłady, nie tylko firma musi trafnie dobrać beneficjenta, ale także instytucja kultury powinna dobrze wyselekcjonować sponsora. Na dużych pieniądzach może bowiem czasem całkiem sporo stracić.

P.S.

O niebezpiecznych związkach między kulturą i biznesem pisaliśmy już na naszym blogu relacjonując poświęcone im spotkanie z doktorem Mikołajem Iwańskim.

[KP]

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Nienazwany i niewidzialny. Kryzys w kulturze

Skuteczne działania PR-owe często mogą uratować dobre imię marki. Tak było w przypadku operatora telefonów komórkowych – Play. Jeden z popularnych blogerów zbyt długo czekał na przeniesienie swojego numeru do tej właśnie sieci. Nie pomogły telefony, ani zażalenia jakie składał na Facebooku. Zadziałało dopiero zdjęcie przedstawiające blogera z kawałkiem kartonu, na którym widniał napis: „Nie przenoś numeru do Play. Czekam już 4 dni”. Na Facebooku rozpoczął się prawdziwy seans nienawiści skierowany przeciw firmie. Wtedy do akcji wkroczył rzecznik operatora, który skontaktował się z blogerem i tą samą metodą („kartonową”, nazwaną humorystycznie przez komentatorów  „karton-mesydż”) przekazał mu przeprosiny od firmy: „Jakubie, Twój numer jest już w Play. Przepraszamy, że musiałeś czekać”. Reakcje operatora komentowano bardzo pozytywnie. Dziś nikt nie pamięta już o tym, że pracownicy Play’a popełnili błędy. Wszyscy za to kojarzą uśmiechniętą twarz rzecznika i doceniają jego poczucie humoru. Kryzys został obrócony w żart. Dlaczego piszemy o telefonach? Bo w kulturze trudno znaleźć przykłady szybkiej reakcji w sytuacji kryzysowej. Wszystkie problematyczne wizerunkowo sytuacje zazwyczaj kończą się w kulturze źle.

Afera sprzed ośmiu lat. TVN wraz z „Rzeczpospolitą” postanowiły przeprowadzić dziennikarską prowokację w znanym domu aukcyjnym Polswiss Art i udowodnić, że jego pracownicy sprzedają falsyfikaty. Dziennikarze poprosili nieznanego artystę, żeby na podstawie reprodukcji kilku pasteli Franciszka Starowieyskiego stworzył podróbkę obrazu malarza pt. „Zjawa”. Starowieyski zgodził się, żeby wystawić ją na aukcji. Dziennikarz TVN, udając prawnika, przekazał falsyfikat do Polswiss Art. Cena wywoławcza, jaką mu zaproponowano wynosiła 3200 złotych. Domniemany obraz Franciszka Starowieyskiego sprzedany został jako autentyk. Cała operacja została nagrana. Nie można wyobrazić sobie gorszej sytuacji dla domu aukcyjnego. Nikt nie chce wydać majątku na dzieło sztuki, które potem okaże się sfałszowane. Był to ewidentnie kryzys dużo poważniejszy, niż problemy korporacji telekomunikacyjnej przedstawione powyżej.

Potem było jeszcze gorzej. Janusz Miliszkiewicz w felietonie opublikowanym przez  „Art & Business” wyśmiewał brak kompetencji i niechlujstwo eksperta antykwarycznego Polswiss Art, który dopuścił falsyfikat na aukcję. Miliszkiewicz zauważył też, że pracując w domu aukcyjnym ekspert był jednocześnie pracownikiem Muzeum Literatury w Warszawie, a Kodeks etyki Międzynarodowej Rady Muzeów zabrania muzealnikom wydawania ekspertyz. Tekst w „Art&Business” przyniósł autorowi proces sądowy. Przez siedem lat, bo tyle toczyła się sprawa, pracownik Polswiss Art twierdził, że obraz, który przyjął na aukcję był prawdziwy. Proces trwający tak długo budził wiele emocji, a ekspert za całą aferę otrzymał tytuł „chały roku” od tygodnika “Wprost”. Dlaczego dom aukcyjny nie przyznał się do porażki tuż po tym, kiedy cała sprawa wyciekła? Wtedy można było jeszcze ugasić pożar. Brak jakiejkolwiek reakcji, a potem chowanie głowy w piasek i „pójście w zaparte”, to klasyczne błędy z podręczników do zarządzania sytuacjami kryzysowymi.

Siedem lat później, na początku 2012 roku, wybucha inny kryzys dotyczący domu aukcyjnego. Tym razem chodziło o Abbey House. To dom aukcyjny, którego właściciele twierdzą, że „ich model biznesowy jest prosty jak drut, dlatego sprawdzi się nie tylko przy proszkach do prania i gumach do żucia, ale też w sztuce”(tak Maciejowi Samcikowi opowiadali o swoim biznesie właściciele firmy). Okazało się, że nie wszyscy chcieli uwierzyć w to, co mówią. Działania Abbey House krytykowali nie tylko ludzie związani ze sztuką, ale również biznesem. Odpowiedź była szybka i zgodna z zasadą – która w kryzysie się raczej nie sprawdza – najlepszą obroną jest atak. Ze strony Abbey House padały stwierdzenia w stylu: „nieinteligentni nie są naszymi klientami”. Kolejny ruch był jeszcze gorszy. Abbey House zaczął wysłać pisma adwokackie zapowiadające sankcje do dziennikarzy i blogerów, a nawet osób prywatnych wypowiadających się krytycznie o domu aukcyjnym na Facebooku. Listy oczywiście szybko wyciekły do sieci, a do żadnego procesu nie doszło. Mniej więcej w tym samym czasie na jednym z forów można było prześledzić dyskusje na temat najlepszego domu aukcyjnego w Polsce. Wyglądały mniej więcej tak: -„Jaki jest najlepszy dom aukcyjny w Polsce? Bo chciałabym kupić obraz” -„Moja żona kupuje tylko w Abbey House”. Czy to przypadek, czy nieudolne działania sztabu antykryzysowego? Właściciele firmy zamiast stawić czoła problemowi, wziąć udział w dyskusji, zaczęli atakować i jeszcze bardziej zrazili do siebie środowisko sztuki i mediów.

Atak w świecie kultury to zresztą często spotykana forma reakcji na krytykę. Przekonał się o tym Tomasz Raczek, który w zeszłym roku krótko zrecenzował na Facebooku pewien film: „Dawno nie byłem w kinie tak głęboko zażenowany. To nie jest po prostu zły film. Ten film jest jak choroba, jak nowotwór złośliwy: zabija wiarę w kino i szacunek do aktorów”. Te bardzo mocne słowa dotyczyły komedii „Kac Wawa”. Producent tego dzieła poza tym, że groził Raczkowi sądem, twierdził, że stracił on wiarygodność, bo przekroczył granice krytyki filmowej. Takim histerycznym zachowaniem Jacek Samojłowicz być może przysporzył filmowi widzów, ale na pewno nie wzmocnił pozytywnego wizerunku swojemu producenckiemu biznesowi. Podobny problem z krytyką miał twórca innego polskiego filmu. Mowa tutaj o Alessandro Leone, który nie mógł znieść złych recenzji, jakie dostała „Bitwa pod Wiedniem”. Zdzisław Pietrasik pisał: „Dzieło nieznanego szerzej Renzo Martinellego nie broni się nawet jako widowisko, za dużo w nim bowiem komputerowych efektów, do złudzenia przypominających grafikę słabych gier komputerowych.” Wtórowało mu wielu innych krytyków i dziennikarzy. Producent postanowił wkroczyć do akcji i zajął bardzo oficjalne stanowisko w tej sprawie. W swoim oświadczeniu przekonywał: „Każdy film, od najmniejszego do największego, jest wynikiem długiej i ciężkiej pracy setek osób, które zapewne bardziej niż ja, jako producent, mogą się poczuć niesprawiedliwe dotknięte i poniżone przez przesadną krytykę. Mam na myśli w szczególności polskich aktorów grających w filmie.” W dalszej części tekstu było coraz gorzej i groźniej: „Wydaje mi się, że taki stosunek mediów stanowi sygnał trudnej chwili dla Polski, która dzisiaj przeżywa nadal sprzeczności przejścia z komunizmu do kapitalizmu, i ta chwila zachęca dziennikarza pozbawionego pokory do poszukiwania własnego sukcesu, próbując stać się bohaterem spektaklu lub autorem  najbardziej skandalicznego artykułu.” Uderzając w podniosły ton producent filmu przysporzył sobie (i filmowi) jeszcze więcej złych recenzji.

To tylko klika z wielu, nawet kilkudziesięciu kryzysów wizerunkowych, które dotknęły polskie przedsięwzięcia, instytucje i firmy kulturalne w ostatnich latach. Pewne prestiżowe muzeum od miesięcy opisywane jest negatywnie przez jednego z pracowników na dość popularnym blogu. Inne ma anty-fanpage na Facebooku regularnie naśmiewający się z tekstów, które kuratorzy umieszczają pod pracami. Anty-fanpage zresztą być może przysporzył instytucji trochę prawdziwych fanów, ale szkoda, że jej władze nie zdecydowały się wykorzystać tej sytuacji, np. organizując debatę na temat języka, jakim opisuje się sztukę współczesną. Mieliśmy też w Polsce kilka odwołanych festiwali, których organizatorzy nie potrafili w kryzysie porozumieć się z publicznością (np. Ultra Music Festival) lub władzami miast finansujących imprezy (np. Festiwal Dialogu Czterech Kultur). Jak widać kryzys wizerunkowy w kulturze wcale nie jest rzadkością.

Dlaczego jednak właśnie w kulturze tak często podejmuje się złe decyzje dotyczące rozwiązywania kryzysów, albo nie robi się zupełnie nic? Częściowo to wynik braku pieniędzy na profesjonalny sztab antykryzysowy lub agencję PR. Jednak to nie jedyna przyczyna. Przedstawiciele instytucji często ignorują problemy, albo reagują na nie nerwowo i bez namysłu. Firmy czy instytucje działające w kulturze nieporadnie zachowuje się w realiach rynkowych. Po części to efekt przekonania, że jeśli coś jest dobre, obroni się samo. Po części przeświadczenia, że PR to coś mało szlachetnego. W końcu pokutuje teza, że jeśli odbiorcy się nie podoba to jego, a nie instytucji czy firmy problem. Przykłady z przeszłości pokazują, że nie do końca. Nie jeden brak reakcji na kryzys zrzucił ze stanowiska dobrego dyrektora czy zniszczył ciekawą inicjatywę.

[KP]

7 Komentarzy

Filed under Uncategorized

Kultura mobilna – ranking aplikacji dla kultury

Znaleźć dziesięć polskich aplikacji mobilnych poświęconych kulturze to nie lada wyzwanie. Wirtualna rzeczywistość na tym rynku dopiero raczkuje, jednak z AppStore’a, czy Google Play’a można pobrać już kilka ciekawych programów. Najlepsze rozwiązania zarówno pod względem funkcjonalności jak i estetyki zaproponowali twórcy aplikacji dużych festiwali muzycznych. Te dla instytucji kultury czasem trudno nawet nazwać prawdziwymi aplikacjami. Bywają ciekawymi przewodnikami, ale najczęściej nie wykorzystują połowy możliwości jakie dają dziś mobilne technologie.

10. Muzea Warszawy
Windows

MuzeaWarszawy

Twórcy aplikacji już na poziomie tytułu trochę nas zmanipulowali. „Muzea Warszawy” nie prezentują wcale wszystkich instytucji muzealnych stolicy, jak można by się spodziewać. Aplikacja obejmuje jedynie historyczne, biograficzne oraz martyrologiczne muzea. Ale przyznać trzeba, że też nie wszystkie – dziwi brak informacji o Muzeum Wojska Polskiego i Muzeum Narodowym. Aplikacja zawiera informacje dotyczące lokalizacji (wraz z mapą), cen biletów i godzin otwarcia instytucji, z tym, że nie przy każdym muzeum znajdziemy wszystkie dane. Wizualna strona aplikacji jest prosta, czarno-biała, wręcz nudna. Brak aktualizacji sprawia, że aplikacja może okazać się mało wiarygodna.  Zanim wybierzemy się do instytucji, która istnieje w spisie, dla pewności powinniśmy odwiedzić jej stronę internetową, żeby sprawdzić, czy nie zmieniły się np. godziny otwarcia, nie ma remontu itd. „Muzea Warszawy” to po prostu niepełny informator, który równie dobrze mógłby być stroną internetową lub książką. Aplikacji brakuje też wersji w języku angielskim, z której na pewno chętnie skorzystaliby zagraniczni turyści.

9. FN – Filharmonia Narodowa
Android, iOS
FN
Niestety to kolejna mało pomysłowa i mało dynamiczna aplikacja, wyposażona tylko w trzy funkcje. Zapewnia dostęp do programu Filharmonii Narodowej na najbliższe pół roku.  Kalendarium jest opatrzone legendą, która niestety jest dość nieczytelna. Na poziomie graficznym przypomina tabelkę Excela. Kolejna opcja w menu aplikacji to dostęp do podstawowych informacji dotyczących instytucji, takich jak bilety, godziny, adres, czyli wszystko to, co możemy znaleźć na stronie internetowej. Jest jeszcze jedna funkcja – wirtualny spacer po wnętrzach Filharmonii Narodowej. Wędrówka odbywa się przy dźwiękach uwertury do opery „Holender Tułacz” Richarda Wagnera. Wszystko dzięki technologii rozszerzonej rzeczywistości (Augmented Reality), czyli możliwości łączenia świata rzeczywistego z generowanym komputerowo. Jednak żeby odbyć taki spacer, trzeba posiadać – uwaga – wydrukowaną książkę programową. Smartphone’a nakierowujemy na jej okładkę i pobieramy film. Aby zdobyć książkę programową musimy udać się do Filharmonii (lub w najlepszym razie jakiejś warszawskiej kawiarni), a więc cała wędrówka okazuje się mało wirtualna.

8. Off Festival
Android, iOS
OFF
Aplikacja Off Festival to mobilny przewodnik dla festiwalowiczów. Zawiera mapę, informacje o programie, artystach i aktualnościach. Znajdziemy tam też podstawowe fakty o Katowicach, czyli mieście, w którym odbywa się impreza. Brakuje praktycznych rad o tym, co można robić przed koncertami, np. co zjeść, gdzie spać. Korzystając z rozkładu koncertów, użytkownik może zaznaczać te, na które się wybiera i w ten sposób stworzyć swój plan dnia. Aplikacja jest przydatna tylko w trakcie trwania festiwalu, nie służy do utrzymywania kontaktu z publicznością po jego zakończeniu. Nie jest dopracowana technicznie – np. przy opisach artystów nie wyświetlają się polskie znaki. Niestety aplikacja nie jest aktualizowana na bieżąco, nie ma jeszcze informacji o kolejnej edycji OFF’a.

7. My Warsaw-Warszawa jest moja
Android, iOS

Aplikacja powstała w związku z obchodami Roku Korczaka. To wirtualny przewodnik po Warszawie Starego Doktora: dwie trasy (dzieciństwo i młodość oraz czasy wojenne), 49 punktów, sześć godzin spaceru. Użytkownik poznaje opis miejsca, zdjęcia, nagrania cytatów z pism Korczaka. Dodatkową funkcją jest gra miejska. Odpowiedzi na pytania uaktywniają dodatkowe punkty trasy. Rozszerzona rzeczywistość pozwala przybliżyć użytkownikowi stolicę z lat 30. i 40. ubiegłego wieku. Zastosowano nową technologię, ale grafika wygląda jakby została wykonana w latach 90. Za to duży plus należy się twórcom za integrację aplikacji z serwisami społecznościowymi. Użytkownik może logować się na Foursquare w miejscach, które zwiedza, albo publikować informacje o nich na Facebooku lub Twitterze. Szkoda, że nie jest to po prostu uniwersalny przewodnik po całej Warszawie. Rok Korczaka się kończy, a wraz z nim  popularność aplikacji. Zaletą jest dwujęzyczność programu, użytkownik ma do dyspozycji wersję polską i angielską.

6. Warszawa 44’ – Śladami Powstania Warszawskiego
niedostępna

Kolejna aplikacja dla kultury bazująca na technologii rozszerzonej rzeczywistości. Była jedną z pierwszych tego typu dla w Polsce (po PZU Sukiennice), a zarazem jedną z najlepszych. Powstała na 67. rocznicę Powstania Warszawskiego, czyli w 2011. Prezentuje archiwalne fotografie i opisy 73 miejsc związanych z powstaniem. Wśród nich są m.in. siedziba PAST-y, budynek Prudentialu, wejście do kanału przy pl. Krasińskich, Szpital w Kasie Chorych na ul. Mariańskiej i Kościół Wszystkich Świętych na Pl. Grzybowskim. Szkoda, że aplikacja już nie jest dostępna w wirtualnych sklepach.

5. Chopin – audioprzewodnik po Parku i Domu Urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli
Android, iOS
Chopin
Aplikacja ta to po prostu audioprzewodnik z 29 stacjami. Połączony jest z mapą, na której zaznaczono najciekawsze punkty. Warto odnotować, że pomyślano też o osobach poruszających się na wózkach inwalidzkich i wytyczono dla nich trasę na mapie. Opisy i zdjęcia domu oraz parku wzbogacone są o utwory Chopina, których można posłuchać podczas spaceru. W aplikacji znajdziemy też podstawowe informacje dotyczące muzeum, adres, ceny biletów, godziny otwarcia. Konsternację pomieszaną z rozbawieniem budzić może natomiast trwający ponad minutę „artystyczny” film, na którym oglądamy np.  kadry ze zbliżeniami liści.

4. Muzeum Pałac w Wilanowie
Android
unnamed
Kolejny raz rozszerzona rzeczywistość. Ta aplikacja mobilna na smartfony i tablety to interaktywna mapa z funkcją nawigacji. Wyposażona jest w opisy obiektów i zdjęcia oraz skaner fotokodów. Dzięki niemu możemy pobierać informacje zamieszczone na 50 tablicach, umieszczonych w różnych miejscach pałacu. Dodatkową funkcją jest możliwość posłuchania muzyki barokowej. Ciekawe jest Imaginarium Wilanowskie, w którym dzięki dźwiękom przenosimy się do czasów świetności pałacu, słyszymy huk armat, podkuwanie koni, itd. To rozwiązanie sprawia, że rzeczywistość zostaje jeszcze bardziej „poszerzona”. Niestety znowu słaba, nieświeża grafika.

3. T-mobile Nowe Horyzonty
Android, Windows
TMobile
Aplikacja przydatna przed samym festiwalem oraz w trakcie jego trwania. Program posiada opisy wszystkich wyświetlanych produkcji, dane techniczne, informacje o obsadzie oraz ewentualnych nagrodach. Do niektórych filmów dołączono trailery. Informacje możemy wyszukiwać ze względu na różne kategorie: reżyser, tytuł, sekcja, data. Najważniejsza funkcja aplikacji to możliwość rezerwacji biletów na seanse po uprzednim zalogowaniu się. Każdy z użytkowników, które założy sobie konto, może też oceniać filmy, które już obejrzał. Program zawiera również aktualności o tym, co dzieje się na festiwalu oraz podstawowe informacje organizacyjne. Zwraca uwagę ładna grafika, spójna z identyfikacją wizualną całego festiwalu. Twórcy wykorzystali  popularny ostatnio interfejs w stylu metro (znany z telefonów Nokia). Menu aplikacji to nie standardowe ikony, ale kafelki. Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będzie też wersja dla właścicieli iPhone’ów.

2.Woodstock – Najpiękniejszy Festiwal Świata
Android, iOS
woodstock
Przewodnik po festiwalu w Kostrzynie nad Odrą. W aplikacji znajdziemy informacje dotyczące rozkładu koncertów z podziałem na sceny. Każde wydarzenie jest dokładnie opisane. Dzięki wykorzystaniu mechanizmu „push”, użytkownik dostaje powiadomienia z aktualnymi informacjami. Aplikacja jest zintegrowana z Facebookiem. W sekcji „info” można znaleźć podstawowe informacje dotyczące np. dojazdów i pierwszej pomocy. Inna funkcja to mapa obszaru festiwalowego, na której oznaczono najważniejsze miejsca. Logując się w nich zdobywamy odznaki, które potem można wymieniać na nagrody w strefie Play. Strona wizualna aplikacji jest ładna, chociaż za dużo w niej logotypów Playa i kojarzącego się z operatorem koloru fioletowego. Dla porównania w opisywanej wyżej aplikacji Nowych Horyzontów, sponsorowanej przez T-Mobile, nie jest to tak ostentacyjne. Festiwalowi Woodstock zawsze towarzyszyła aura młodzieżowego buntu i antykonsumpcjonizmu. Taka nachalna reklama pewnie nie przypadła do gustu fanom.

1. Open’er Festival
iOS
Opener
Najlepsza z testowanych aplikacji. Jest nie tylko podstawowym przewodnikiem po imprezie z informacjami o rozkładzie koncertów i gwiazdach. Funkcja „Twoje miejsca” umożliwia dodawanie na mapie istotnych dla nas punktów, np. położenie namiotu, miejsca zaparkowania samochodu. Poza tym, przewodnik festiwalowy jest wzbogacony o multimedia, gdzie można posłuchać utworów zespołów występujących na Openerze. Z poziomu programu istnieje opcja dzielenia się wrażeniami z koncertów i zdjęciami na fanpage’ach wykonawców. Co ciekawe, aplikacja jest stale aktualizowana. Już teraz znajdują się tam informacje dotyczące pierwszych gwiazd, które potwierdziły swoje występy w 2013 roku, m.in. Blur i Arctic Monkeys.

[KP]

25 Komentarzy

Filed under Uncategorized

Hasło „czytaj” nie wystarczy

Święta Bożego Narodzenia to dla wydawców najlepszy czas w roku. Książki znajdują się wśród najpopularniejszych gwiazdkowych prezentów – badania zlecone przez Deutsche Bank PBC wskazują, że pod choinkę książki planuje kupić ponad 40 procent Polaków. Prędzej czy później powrócą jednak narzekania, że Polacy nie czytają, a książek kupuje się coraz mniej – i słusznie. Mimo tych narzekań, trudno zauważyć realne wysiłki instytucji kultury i wydawców mające na celu zmianę tej sytuacji. Na pomoc przychodzą społeczne kampanie promujące czytelnictwo – w ciągu ostatnich lat szczególnie dwóm udało się zdobyć szerszy zasięg – „Czytaj! Zobacz więcej” oraz „Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka”. Czy jednak za ich popularnością idzie też realny wpływ na poziom czytelnictwa w Polsce?

Obie kampanie skorzystały z przewrotnych pomysłów. W filmie „Czytaj! Zobacz więcej” utworzonym wspólnie przez Bibliocreatio i Bibliotekę Uniwersytetu Warszawskiego znane postaci ze świata kultury i sztuki mówią mówią: „nie czytaj”, podobnie do hollywoodzkich gwiazd, które w kampanii przed  prezydenckimi wyborami w Stanach Zjednoczonych w 2008 roku mówiły „nie głosuj”. Film na YouTube zdobył ponad 200 tysięcy wyświetleń, a kampania wykroczyła daleko poza media kulturalne, trafiając do programów śniadaniowych i ogólnopolskich dzienników. Akcja „Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka” wprowadziła czytanie w kontekst erotyczny, samo hasło weszło do języka, a twórcy otrzymali tytuł najlepszej kampanii społecznej 2011 roku. Rozgłos, który uzyskały, wskazuje nie tylko na ich pomysłowość, ale także na społeczną potrzebę tego typu akcji. Sęk w tym, że tak, jak nie istnieje „czytelnik ogólny”, nie istnieje również ogólna osoba nieczytająca.

czyt

Metro w Montrealu, fot. Canadapost/CC BY-NC-ND 2.0

Powodów na nieczytanie jest wiele – od braku zwyczaju czytania wyniesionego z domu przez przekonanie, że książki są drogie (choć kosztują tyle co wyjście do multipleksu), aż do tego głównego – że czytanie jest nudne. Warto zrozumieć, że dla wielu Polaków, doświadczenia ze szkolnymi lekturami są ich podstawowym, a czasem – jedynym doświadczeniem czytelniczym. To oczywiste, że nie wszystkich zainteresują „Potop” czy nawet „Zbrodnia i kara” – gorzej jednak, że wielu uczniów wychodzi z gimnazjów i liceów z przekonaniem, że w świecie książek nie istnieje nic poza szkolnymi lekturami. A przecież swoje książki mogą znaleźć i fan motoryzacji, i sportowiec i informatyk – nie tylko polonista i kulturoznawca. Kto jednak im to uświadomi? Hasło „czytaj”, jakkolwiek słuszne i jakkolwiek szeroko przekazane, zniknie, jeśli w ostateczności nie znajdzie się konkretna osoba, którą zainteresujemy konkretnym tytułem. Samo „czytanie” to abstrakcja, szczególnie że przydaje się mu – tak jak całej kulturze – aspekt powinnościowy. Ale kogo przekonamy mówiąc, że czytać wypada albo że czytanie jest modne? Gdyby było, nie trzeba by o tym wspominać.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: bibliotekarze, zamiast u siebie w siedzibach, gdzie najczęściej można usłyszeć o promowaniu czytelnictwa, wybierają się na Stadion Narodowy przed meczem lub na Politechnikę Warszawską. Tam biblioteczni konsultanci na podstawie rozmowy o zainteresowaniach próbują dobrać dla każdego chętnego książkę, która powinna go zainteresować: ambitną lub nieambitną, kryminał, romans, romansidło, biografię, może też komiks, książkę popularnonaukową lub zwierzenia celebryty – w końcu nie dla każdego jest „Finneganów tren”. Z pewnością dla wielu byłby to pierwszy pozaszkolny kontakt z książką. Może i nie ostatni.

Oprócz kampanii społecznych, festiwali literackich i t-shirtów z postaciami pisarzy potrzebny jest nam program, który zachęcałby do czytania i wspierał w czytelniczych wyborach nie poprzez idee, ale poprzez konkrety. Kanon lektur szkolnych, choć często obwiniany o złą prasę czytania, nawet po modyfikacjach nie będzie w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich.  Chodzi o to, by pokazać konkretnym ludziom co mogliby przeczytać, a tak właściwie – jaka książka mogłaby im przynieść osobistą korzyść. Gdy ją zobaczą – dalej będą już szukać sami.

[MM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Nie dotykać eksponatów? Instytucje kultury dla dzieci

„Gold Marilyn Monroe” Andy’ego Warhola? „Nigdy nie widziałem kobiety z tak różową twarzą”, „użyła za dużo cieni do oczu”. „Double Elvis”? „Chce zabijać ludzi. Właściwie chce dźgać ich brokułem”. „One: Number 31” Jacksona Pollocka? „Nie uważam, że to powinno wisieć w galerii sztuki. Każdy może coś takiego namalować”. O co chodzi?

Tak o obrazach najsłynniejszych współczesnych malarzy mówią najmłodsi „przewodnicy” po Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Ich opinie nagrano i zebrano w ramach projektu, który został zrealizowany w sierpniu tego roku. „MoMA unadulterated” to audio przewodnik po nowojorskim muzeum stworzony właśnie przez dzieci. Na nagraniu chłopcy i dziewczynki w wieku od 3 do 10 lat opowiadają, co widzą na danym obrazie i jak rozumieją sztukę współczesną. Dziecięcych interpretacji można posłuchać nie tylko podczas zwiedzania, ale też na internetowej stronie muzeum. To właśnie dzięki takim, nieszablonowym akcjom zagraniczne instytucje kultury kreują swój wizerunek – miejsc otwartych i dostępnych dla wszystkich zwiedzających, w tym również dzieci. Kształcą odbiorcę, który później, już dorosły świadomie do nich wraca. Zwracają uwagę, że dziś najmłodsi do zabawy i nauki używają zupełnie innych narzędzi niż dekadę czy dwie temu. Często w świecie aplikacji mobilnych czy komputerów poruszają się sprawniej, dużo bardziej naturalnie niż ich rodzice.


MoMA unadulterated

MoMA jest tu przykładem sztandarowym, bowiem jej akcje z roku na rok są coraz liczniejsze. „Growing by design MoMA 1900-2000” to wystawa, która trwała od lipca do listopada tego roku, i dzięki której dzieci mogły poznać historię designu. Prezentację w muzeum wzbogaciła atrakcyjna wizualnie strona internetowa ze zdjęciami i opisami projektów. Jest ona symulacją wędrówki po świecie designu. Innym pomysłem MoMA na przyciągnięcie uwagi dzieci była edukacyjna gra „Destination modern art”, której główny bohater, mały kosmita, zapoznaje się z dziełami sztuki prezentowanymi w muzeum. O każdym z nich można posłuchać, ale też ułożyć wierszyk. Lektorka zadaje też użytkownikom pytania, które skłaniają dzieci do refleksji o danym dziele sztuki. Gra jest naprawdę wciągająca, choć trzeba przyznać, że ma kilka mankamentów o ściśle technicznym znaczeniu – np. zbyt długo się uruchamia. Kolejny skierowany do dzieci pomysł Museum of Modern Art to aplikacja Art Lab na iPada. Użytkownicy mogą za jej pomocą tworzyć własne dzieła sztuki, poznawać kształty i kolory, mają też dostęp do informacji o artystach, których  dzieła prezentowane są w muzeum.

Najmłodszych intensywnie edukuje również Tate Modern w Londynie. Na specjalnej stronie dla dzieci znajduje się sporo gier, w ramach których mali goście galerii uczą się rysować, pisać i odkrywają malarstwo znanych artystów. Z kolei w 2010 roku, w ramach Tate Movie Project, galeria udostępniła wirtualne studio, w którym dzieci mogły pisać swoje scenariusze i nagrywać dźwięki. Najciekawsze projekty stworzone przez najmłodszych na stronie zostały potem wykorzystane w filmie „The Itch of the Golden Nit” pokazywanym w BBC i kinach w całej Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, projekt Tate Modern pozwolił pobić rekord Guinnessa w kategorii największej ilości osób zaangażowanych w produkcję pojedynczego filmu. Również Centre Pompidou w Paryżu zachęca najmłodszych do poznawania sztuki nowoczesnej. Na stronie Junior Centre Pompidou dzieci mogą dowiedzieć się, co aktualnie dzieje się w galerii, ale też posłuchać ciekawych nagrań audio, w których lektor interpretuje sztukę. Z kolei Moderna Museet w Sztokholmie w ramach „Family Sunday” zaprasza rodziców z nawet dwuletnimi dziećmi na wycieczki z przewodnikiem. Internetowy sklep muzeum ma zaś w swojej ofercie szeroki asortyment edukacyjnych zabawek i gadżetów przeznaczonych specjalnie dla najmłodszych.

The_Tate_Movie_Project
The Tate Movie Project

W Polsce, pod koniec zeszłego miesiąca zakończyła się siódma już edycja współorganizowanego przez krakowską „Gazetę Wyborczą” konkursu „Miejsce przyjazne maluchom”. Wśród zwycięzców znalazły się m.in. instytucje kultury takie jak: MOCAK, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, czy Galeria Sztuki Współczesnej „Bunkier Sztuki”. Lista laureatów świadczy o tym, że coraz więcej jest instytucji kultury, których zarządzający myślą także o najmłodszych gościach. Jednak gdy przyjrzeć się poszczególnym przykładom można odnieść wrażenie, że nawet liderzy stawiają dopiero pierwsze kroki. Muzeum Narodowe w Warszawie zaprasza rodziców z dziećmi na cykl „Rodzina w akcji”, gdzie najmłodsi wraz z rodzicami uczestniczą w wykładach na temat obrazów prezentowanych w muzeum. Łazienki Królewskie w zeszłym roku stworzyły przewodnik-książkę, z której dzieci poznają historię miejsca. Publikacja dostarcza im też okazji do zabawy i twórczości: rysowania, kolorowania, uzupełniania. Znajdą tam informacje o Ogrodach Łazienkowskich i zabytkach, ciekawostki o królu Stanisławie Auguście i jego czasach oraz „łazienkowskie tajemnice”. Inną propozycją jest możliwość organizacji „Urodzin po królewsku”, podczas których dzieci wezmą udział w warsztatach, stworzą własną  „Księgę Mody” i udadzą się na wycieczkę po Pałacu na Wyspie. Z kolei Zachęta, poza warsztatami rodzinnymi proponuje najmłodszym internetowe gry edukacyjne. Dzieci mogą zagrać w artystyczne memory lub ubrać wirtualną rzeźbę Gladiatora, której oryginał stoi w galerii. W pewnym zakresie działania edukacyjne realizuje też Pałac w Wilanowie oraz warszawskie Centrum Sztuki Współczesnej.

Lazienki_przewodnik
Kto to widział? Przewodnik dla dzieci po Łazienkach Królewskich

Instytucje kultury w Polsce starają się w ostatnich latach zmieniać swój wizerunek. Odchodzą od stricte „muzealnego”, poważnego i trudnego w odbiorze sposobu prezentowania treści. Jednym z kierunków zmian jest próba większego otwarcia się na najmłodszych i zerwania ze stereotypowym wizerunkiem muzeum i galerii jako miejsca, gdzie „nie można niczego dotykać”. Kustosze i kuratorzy słusznie starają się to zmienić, jednak ich próby jak na razie są dość nieśmiałe. Chciałoby się powiedzieć, że zbyt nieśmiałe. Brakuje profesjonalnej wiedzy, marketingowego nastawienia na klienta oraz odpowiadania na prawdziwe potrzeby zwiedzających, także tych najmłodszych. Brakuje nie tyle zrozumienia dziecięcego świata, co rozpoznania narzędzi, które mają przyciągnąć zainteresowanie dzieci. Wzorem do naśladowania dla polskich instytucji kulturalnych powinny być galerie i muzea z Zachodu. Zagraniczne propozycje bardzo często oferowane są w ciekawszej nowoczesnej formie i  cyfrowych technologiach. Czy skorzystają oni z ich przykładu? Czy zaproponują działania, które faktycznie zmienią sposób postrzegania kultury w Polsce?  Na odpowiedź na te pytania poczekać będziemy musieli zapewne poczekać co najmniej kilkanaście lat. Warto jednak już dzisiaj zacząć na tę zmianę pracować.

[KP]

3 Komentarze

Filed under Uncategorized

Wideo dla kultury – jakie powinno być?

Nikt dziś chyba nie wątpi w to, że sfera kultury, tak jak każda inna, potrzebuje dobrych treści wideo by móc promować się skutecznie. Większość instytucji posiadanie kanału na You Tube traktuje już jako zrozumiały obowiązek, problemem pozostaje cały czas produkcja materiałów, które zyskają popularność. Trailery książek czy wystaw cały czas nie radzą sobie w polskim internecie zbyt dobrze. Jakie treści zaserwować więc wirtualnej publiczności, by zechciała przyjść na wystawę, zarezerwować bilet czy przeczytać książkę? Dlaczego tak często treści wideo podmiotów kultury są tak słabe i czy zawsze chodzi tylko o niski budżet? Zwróćmy uwagę na kilka często popełnianych błędów i wskażmy na pozytywne przykłady.

1. Film to nie ruchomy plakat czy katalog. Jego zadaniem nie jest informowanie – od tego są inne środki przekazu. Celem twórców powinno być zwrócenie się do emocji odbiorcy. Filmy, które przypominają prezentacje w power-poincie, słabo się klika, nie dają też żadnych powodów, by odbiorcy udostępniali je dalej. Bez ich zaangażowania materiał szybko przepadnie. O książce, festiwalu muzycznym czy nowej wystawie odbiorca dowiedział się już pewnie z innych źródeł. Otwiera film, bo chce zobaczyć więcej, jeśli tego nie dostanie – szybko się od nas odwróci. Patrząc na rzecz z tej perspektywy, trudno dziwić się że film reklamujący finisaż głośnej wystawy „Wywyższeni. Od faraona do Lady Gagi” w Muzeum Narodowym cieszył się tak niskim zainteresowaniem.

2. Film nie jest wyłącznie narzędziem PR-u produktowego mającego na celu przyciągnięcie większej liczby konsumentów. Dla widzów może stać się on okazją do pogłębienia przeżytych już doświadczeń, dla instytucji – budowania długofalowego zaangażowania odbiorców. Jednymi z najbardziej popularnych filmów na kanale You Tube nowojorskiej MoMA są krótkie rozmowy z Mariną Abramovic z okazji jej retrospektywnej wystawy „The Artist is Present”. Czy filmy mają standardowe cechy virala? Nie. To materiały, które dokumentują dzieło artystki i rozjaśniają jej intencje. Co istotne, nie dezaktualizują się w momencie zakończenia wystawy, stanowią jej przedłużenie.

3. Jeśli twórcy chcą przyciągnąć dużą liczbę odbiorców, powinni opowiedzieć im jakąś historię – niekoniecznie prawdziwą. Przykład dać może londyńskie Tate, które zastosowało klasyczny dla twórców reklamowych chwyt polegający na wizualnej metaforze zmysłowego doświadczenia. Tylko że tym razem nie chodziło o aksamitny smak nowego batonika, a doznanie estetyczne. Prace Johna Martina, XIX-wiecznego twórcy romantycznych pejzaży i obrazów o tematyce apokaliptycznej, nadawały się do tego zabiegu doskonale.

4. Odbiorców bardziej niż cokolwiek, interesują sami artyści. Jeśli możemy ich pokazać, zróbmy to. Przygotowanie materiału, w którym pisarz opowiada o swojej książce, a malarz o obrazach, nie wymaga wielkiego budżetu, a zawsze może okazać się dodatkowym impulsem dla odbiorców do sięgnięcia po produkt. Jak w zapowiedzi „Instytutu” Jakuba Żulczyka.

5. Materiały wideo robione bez przekonania, dla samego „bycia”, stają się częścią wielkiego zalewu spamu ignorowanego przez widzów. Słaby odzew na takie treści staje się często dla instytucji, wydawnictw i festiwali dobrym argumentem na to, że szkoda inwestować czas i pieniądze w tego typu komunikację. Ale to błędne koło. Dopóki nie nauczymy się tworzyć atrakcyjnych treści, faktycznie lepiej się za to nie odbierać. Często nie trzeba jednak wiele, by osiągnąć zadowalający efekt.

[MM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized