Hasztag książka – najciekawsze akcje promocji literatury w social media

W grudniu pisaliśmy o najciekawszych kampaniach w mediach społecznościowych dla popkultury. Tym razem postanowiliśmy przyjrzeć się najskuteczniejszym działaniom w mediach społecznościowych dla literatury w roku 2014.

Napisz książkę razem z Pharrellem

Bez wątpienia najciekawszą kampanią ostatnich dwunastu miesięcy była promocja książki Inspiration popularnego muzyka Pharrella Williamsa. Nawiązano współpracę z wiodącym na rynku europejskim producentem korektorów biurowych i przywrócono do życia Myśliwego i Niedźwiedzia, czyli bohaterów popularnych virali reklamujących kilka lat temu korektory Tippex, w których to internauci decydowali o tym, jakie zakończenie będzie miał filmik-reklama na YouTube. W tym wypadku było podobnie. Wideo The Hunter and the Bear in Pharrell Williams’ book opublikowane w serwisie YouTube w kwietniu 2014 roku w zabawny sposób zachęcało ludzi do wzięcia udziału w społecznym eksperymencie ocalania książki autora hitu Happy i napisaniu jej od nowa, po tym jak ktoś wymazał z niej korektorem Tippex wszystkie słowa. Interaktywny film przekierowywał widzów na stronę www.tippexsocialbook.com, gdzie należało zgadnąć i wpisać brakujące słowa. Początkowo dostępne były tylko cztery pierwsze strony. Kolejne odblokowywano wraz z postępem zabawy, którą nazwano Social Book i udostępniono w pięciu językach: angielskim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim i włoskim. Uczestnicy eksperymentu otrzymywali wskazówki odnośnie brakujących słówek w kanałach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube i Snapchat. Pharrell_Bic_Tipp-ex_Social_Book

Każda osoba, która jako pierwsza odgadła którekolwiek ze słów trafiała na okładkę (i pierwsze strony) papierowego wydania książki, jako współautor. Po wypełnieniu wszystkich luk, w czerwcu 2014 Inspiration została udostępniona na stronie akcji w formacie pdf, natomiast we wrześniu miała swoją premierę w druku. Markingowcy Tippex we współpracy z agencją Buzzman w świetny sposób wykorzystali istniejącą już popularność Myśliwego i Niedźwiedzia, aby przyciągnąć uwagę odbiorców. Dodatkowo zbudowali wokół książki zaangażowaną społeczność, dając uczestnikom eksperymentu poczucie współtworzenia oraz wpływu na przebieg akcji, poprzez odniesienie się do ludzkiej potrzeby pomagania. Cały dochód ze sprzedaży Inspiration został przekazany na rzecz założonej przez Pharrella Williamsa fundacji From One Hand To AnOTHER, która pomaga dzieciom wywodzącym się z trudnych środowisk. W eksperymencie wzięły udział miliony uczestników z 161 krajów. O akcji donosiły media na całym świecie, między innymi The New York Times, The Independent, Huffington Post, MTV, The Rolling Stone. Muzyk zapowiedział już napisanie kolejnej książki. Tym razem będzie to opowieść dla najmłodszych czytelników inspirowana jego hitem Happy.

Gdzie jest James Patterson?

Kolejną spektakularną akcją promocyjną, która w wysokim stopniu zaangażowała użytkowników mediów społecznościowych (w tym wypadku Facebooka) było porwanie Jamesa Pattersona, autora bestsellerowych thrillerów i powieści kryminalnych, który w 2014 roku sprzedał więcej książek niż J.J.K. Rowling. Celem akcji przeprowadzonej przez wydawnictwo Cornerstone Publishing, należące do grupy Random House, było wypromowanie wszystkich serii kryminalnych Pattersona (o detektywach: Crossie, Bennecie, Boxer i Morganie), na które składało się prawie pięćdziesiąt tytułów. Wymagało to kompleksowej strategii, która w prosty sposób przypominałaby o wcześniejszych dziełach autora i zachęcała do zapoznania się z jego twórczością. Aby to osiągnąć postanowiono… porwać pisarza i zjednoczyć w jego poszukiwaniach czterech stworzonych przez niego detektywów. Operacji nadano kryptonim Missing i komunikowano jako globalną interaktywną przygodę online dla fanów Jamesa Pattersona. Wykreowano fikcyjną postać – Jane Doe, która włamała się na fanpage pisarza na Facebooku i ogłosiła, że uprowadziła Pattersona.

Wiadomość od porywaczki ukazała się także na popularnym portalu poświęconemu kryminałom, deadgoodbooks.co.uk. W artykule czytamy, że jeden z twórców portalu otrzymał tajemniczą przesyłkę, a w niej zdjęcia porwanego autora, jedną z jego bestsellerowych powieści oraz list od Jane Doe. W liście Jane pisze: „Pragnę wyzwania. Wyeliminowanie jednego z detektywów Pattersona mnie nie zadowala. Zanim tydzień się skończy pozbędę się Crossa, Benetta, Boxera i Morgana. Nie dorównują mi ani inteligencją ani władzą i siłą. A czy wy dorównujecie? Jesteście w stanie go odnaleźć? Lepiej się pośpieszcie…” Poszukiwania zaczęły się w piątek 21 lutego 2014 roku i trwały przez cały tydzień. Jane Doe codziennie publikowała na Facebooku wskazówki odnośnie miejsca pobytu Pattersona. Prawie czteromilionowa społeczność fanów pisarza próbowała rozwiązać zagadkę i dopaść porywacza. Czwórka detektywów ze wczesnych powieści Pattersona, specjalnie w tym celu „przywrócona do życia”, pomagała uczestnikom zabawy udzielając fachowych porad i podpowiedzi. Każdy dzień akcji był oznaczany unikalnym hasztagiem, składającym się ze słów MissingPattersonDay i numeru dnia poszukiwań.

James_Patterson_clue

Fani, którzy odgadli miejsce uwięzienia Jamesa Pattersona mieli szansę zdobycia nagród, a główną z nich było umieszczenie zwycięzcy, jako kluczowej postaci w nowej powieści pisarza. – Wierzymy, że ten pomysł przyczyni się do ugruntowania statusu Jamesa Pattersona, jako autora światowych bestsellerów oraz twórcy jednych z najbardziej lubianych detektywów na świecie – mówili reprezentanci Cornerstone Publishing. – To również kreatywny i zabawny sposób na zaoferowanie czegoś nowego wiernym fanom Pattersona oraz dotarcie z jego twórczością do nowej publiczności. Kampanię James Patterson is missing można określić mianem „social media thrilleru w czasie rzeczywistym” i jak przystało na dobry thriller gwarantowała mocne przeżycia. Jak wiadomo, w świecie mediów emocje wzbudzają zainteresowanie, a zainteresowanie zaangażowanie. Dowodem tego jest 27 proc. wzrost sprzedaży książek Pattersona.

Podróżuj z Pingwinem

Latem ubiegłego roku Penguin Books UK stworzyło multiplatformową grę, w której użytkownicy Twittera i Pinteresta mogli wybrać się w literacką wyprawę dookoła świata. Cel był bardzo prosty: w ciekawy sposób polecać czytelnikom lektury na wakacje i dłuższe lub krótsze podróże. Wychodząc z założenia, że każda książka jest podróżą, na profilu wydawnictwa na Pintereście stworzono specjalną mapę, na której każdemu zaznaczonemu miastu odpowiadał jedna książka, której akcja toczyła się właśnie w tym miejscu. Co więcej, audiobook trwa dokładnie tyle czasu, ile zajmuje podróż w wybrane miejsce. penguinjourneys_map

Mapę Penguin Journeys zaczęło obserwować blisko 150 tys. użytkowników. W pomysłowy sposób został w nią wpleciony także element promujący książkę Walking Home Clare Balding, która ukazywała się dopiero we wrześniu. Trzem miejscom na mapie zamiast audiobooka przypisane były ciekawostki z nowej książki wraz z informacją o premierze oraz odnośnikiem do wysłuchania fragmentu na kanale wydawnictwa w serwisie Soundcloud. Na zakończenie akcji stworzono specjalną graficzną grę, która umożliwiała czytelnikom dopasowanie najbardziej odpowiedniej książki i wysłuchanie jej fragmentu na Soundcloud: penguinblog.co.uk

Pingwinie literackie podróże nie ograniczały się jedynie do Pinteresta. Specjalna załoga od wakacyjnych rekomendacji była dostępna także w każdy piątek w porze lunchu na Twitterze. Jeśli ktoś miał kłopot z wybraniem lektury na wakacje wystarczyło, że zatweetował do ekipy z Penguin Books UK używając hasztagów #asapenguin i #penguinjourneys. Każdy piątek miał też swój temat przewodni, np. piętnasty sierpnia był dniem kryminału, a dwudziesty drugi dniem gotowania. Penguin journey

Penguin Journeys to ciekawy przykład długotrwałej kampanii real marketingowej. Wykorzystującej to, co w social media liczy się najbardziej, czyli dialog i zabawę. Mapa pozwala odkrywać internautom nieznane miejsca, a piątkowe pogotowie książkowe na Twitterze dowodzi tego, o czym wszyscy wiedzą, ale nieliczni wcielają w życie, że nasi fani w social media nie są z nami po to, żebyśmy im sprzedawali, a po to, żebyśmy im doradzali.

[IK]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Smacznie i niesmacznie – o jedzeniu i promowaniu restauracji

Autorskie restauracje firmowane twarzami celebrity chefów, darmowe obiady dla pięknych ludzi i wysokobudżetowe kampanie sieci fastfoodów. Każdego dnia obserwujemy, jak wdrażane są pomysły na promowanie restauracji i jedzenia, które stało się jednym z najseksowniejszych i najbardziej apetycznych przedmiotów pożądania i wokół którego rozkręcają się gigantyczne marketingowe machiny. Jak gotowanie wygląda dziś od promocyjnej kuchni?

(Nic) za darmo

„Zapłać twarzą! Jesteś ładny, możesz nie płacić za jedzenie”, „Darmowe posiłki dla najpiękniejszych”. Nie mieścisz się w kanonie piękna – płacisz jak za zboże. Na pomysł ciekawej choć mocno kontrowersyjnej promocji wpadli marketingowcy z jednej z chińskich restauracji. Działająca w mieście Zhengzhou serwująca koreańskie specjały knajpka weszła we współpracę z kliniką medycyny estetycznej. Na mocy układu wiążącego obie firmy dziennie aż 50 klientów restauracji mogło się najeść za darmo. Jak działała promocja? Otóż wystarczyło przychodząc do restauracji pozwolić specjalistom od chirurgii plastycznej, którzy poszukiwali idealnych i najbardziej pożądanych typów urody, zeskanować przy pomocy specjalnego urządzenia swoją twarz. Promocja, która działała od 10 stycznia przyciągnęła nie tylko całe rzesze ludzi, którzy wierząc w swoją urodę i przychylność oceniających ją reprezentantów kliniki, liczyli na pyszne gratisowe danie kuchni koreańskiej. Promocja odbiła się w Chinach szerokim echem, ściągnęła wiele negatywnych opinii, a swój komentarz do niej wydał nawet tamtejszy rząd, posądzając restauratorów o nieetyczne praktyki i dyskryminowanie mniej urodziwych klientów. Właściciele nie zrezygnowali jednak z akcji. Zanotowali dzięki niej spore przychody. Dodatkowo kampania pomogła restauracji w nagłośnieniu działalności i przyciągnęła nowych klientów. Większość z nich – nawet jeśli nie została uznana za pięknych i nie otrzymała darmowego poczęstunku – i tak pozytywnie wypowiadała się o inicjatywie. Z akcji skorzystała również klinika, która nie dość, że uzupełniła portfolio modelowych twarzy, do których mogli się upodobnić jej pacjenci, to jeszcze zyskała potencjalnych klientów w postaci tych gości restauracji, dla których kampania okazała się inspiracją do pójścia pod skalpel. Na dość ryzykowną promocję zdecydowały się też w ostatnim czasie polskie serwisy Pyszne.pl i Pizza Portal. „Dzień darmowego jedzenia” był akcją skierowaną do 28 tysięcy odbiorców i polegał na udostępnieniu użytkownikom portali zniżkowych kodów na kwotę 25 zł do zrealizowania w partnerskich restauracjach. Dzięki kodom można było złożyć zamówienie z dowozem – za pośrednictwem portali zamówić pizzę, sushi czy inne popularne dania. Problem w tym, że akcja, która miała przynieść korzyści zarówno restauratorom jak i portalom zakończyła się fiaskiem. Serwery portali padły, zamawiający, którzy skorzystali z kodów nie otrzymali wybranych dań, a współpracujące restauracje nie nadążały z obsługą zamówień. W internecie zawrzało od komentarzy niezadowolonych klientów, a organizatorzy akcji zdawali się nie panować nad sytuacją. Wprawdzie portale zaproponowały klientom rekompensatę i ostatecznie zadeklarowały, że wyszły z kryzysu obronną ręką, ale niesmak pozostał. A cóż może być gorszego niż brak dobrego smaku w gastronomii?

Generation fast foodporn

17 milionów – tyle zdjęć opatrzonych hasztagiem #foodporn wisiało na Instagramie w październiku 2013 roku. Dziś takich zdjęć znajdziemy tam niemal 3 razy więcej – 42 miliony. Tych, które opisano hasztagiem #food jest ponad 140 milionów. Łącznie na Instagramie i Twitterze – więcej niż 600 milionów. Media społecznościowe można więc teraz nazwać wirtualnymi stołami, przy których użytkownicy dzielą się posiłkami z gronem swoich bliższych i dalszych znajomych. O apetycznych zdjęciach potraw, sfotografowanych tak, że na ich widok każdemu cieknie ślinka nie bez powodu mówi się foodporn – połączenie jedzenia i pornografii. Kuszące, działające na zmysły, intrygujące, wywołujące dreszczyk emocji – często traktowane jako substytut seksu. W 2001 roku w eseju zatytułowanym „FoodPorn” Anthony Bourdain – autor słynnego kulinarno-podróżniczego cyklu „Bez rezerwacji”, dawniej chef Brasserie Les Halles w Nowym Jorku – wspominał, że wprawdzie gloryfikacja jedzenia jako substytutu seksu nie jest niczym nowym, ale jednak zaczyna urastać do zadziwiających rozmiarów. A pisał te zdania na 10 lat przed powstaniem Instagrama wraz, z którym #foodporn zyskał zupełnie nowe oblicze. Krótka ale spektakularna kariera #foodporn, #instafood, #foodie i #foodgasmu pokazuje też jak bardzo dziwne bywają nasze nawyki żywieniowe. Opublikowany w listopadzie 2014 raport brytyjskiej sieci supersamów Waitrose wskazuje, że instagramowa jedzeniowa rewolucja odbiła się mocno na kubkach smakowych Wyspiarzy. Mają większą potrzebę nabywania dobrej jakości produktów, skłaniają się ku modnym kulinarnym trendom i dietom, chętniej kupują albo bardzo egzotyczne smakołyki, albo ekologiczne wyroby lokalnych producentów. Często popadają też w skrajności. W wirtualnym świecie lajkują foodpornowe dania z jarmużu i kaszy jaglanej, w realu wciąż wolą hamburgera z podwójnym bekonem i frytkami.

Akcja McDonald’s 

Co ciekawe w erze pornfood i deklarowanego zamiłowania do zdrowego jedzenia to właśnie fastfoody najprężniej działają w social media i to one zgarniają gros restauracyjnej klienteli. A przemyślane w najdrobniejszym szczególe i finansowane milionami dolarów kampanie sieci junk food stają się prawdziwymi hitami. Wystarczy wspomnieć ostatnią walentynkową akcję reklamową sieci McDonald’s w Stanach Zjednoczonych. Akcja ogłoszona w trakcie Super Bowl – w momencie największej oglądalności przy najwyższych reklamowych budżetach jakie notują amerykańskie stacje telewizyjne – polega na tym, że w wybranych restauracjach na terenie USA za złożone zamówienie można zapłacić okazując uczucia bliskim. I to „na żywo” stojąc przy kasie, przez telefon. Promujący akcję spot obejrzało w ciągu tygodnia 14,6 mln osób, a część z nich miała szansę otrzymać darmowy posiłek poproszona przez pracownika obsługi o przytulenie, albo ucałowanie osób, które towarzyszyły im w restauracji, albo też o telefon z wyznaniem miłości do kogoś bliskiego.foodpornindex2You Are What You Tweet – czy przekonamy się, że używanie „zielonych” hasztagów pomoże przesunąć szalę socialmediowej popularności z mięsa na włoszczyznę?

Fastfoodowy rząd dusz i akcje takie, jak promocja McDonald’s skłoniły produkującą warzywa i przetwory firmę Bolthouse Farms do zainicjowania działań pod szyldem The Food Porn Index. Śledząc hasztagowe statystyki na Instagramie specjaliści  doszli do wniosku, że niestety nie marchewki, sałaty i buraczki, ale ociekające tłuszczem, solą i cukrem dania stanowią zdecydowanie większą część zasobów serwisu. Dlatego za pośrednictwem specjalnie stworzonej strony foodpornindex.com zachęcają do popularyzacji owoców i warzyw i tagowania ich w społecznościowych postach. You Are What You Tweet – piszą i przekonują, że używanie „zielonych” hasztagów może pomóc przesunąć szalę socialmediowej popularności z mięsa na włoszczyznę.

Social media chefs

Badania przeprowadzone w październiku 2013 roku na grupie 335 brytyjskich szefów kuchni wykonane na zlecenie Mars Food Service (właściciel takich marek jak Uncle Ben’s czy Dolmio), służyły sprawdzeniu czy, jak i w jakim celu wysoko wykwalifikowani kucharze korzystają z social mediów. W wielkim skrócie wyniki tego szeroko zakrojonego badania można sprowadzić do jednego stwierdzenia – chefowie to prawdziwe gwiazdy wśród używających social mediów przedstawicieli branży gastronomicznej. To grupa, która doskonale rozpoznaje ich potencjał w komunikacji z odbiorcami i ma świadomość tego, jak umiejętne posługiwanie się właściwym contentem przekłada się na budowanie wizerunku i odnoszenie sukcesu w biznesie. I to oni – paradoksalnie – dobrze zdają sobie sprawę z tego, że wszystko co w social media kręci się wokół jedzenia, z samym jedzeniem ma stosunkowo niewiele wspólnego. Bardziej niż o „food” chodzi tu o „experience”, czyli doznawanie i dostarczanie apetycznych bodźców, na które czekają potencjalni odbiorcy, złaknieni estetycznych pornfoodowych wrażeń. Aż 85 procent badanych potwierdziło, że korzysta z social mediów w codziennej pracy. Niezależnie od tego czy używają społecznościówek po to by osiągnąć zamierzony biznesowy cel (np. zapewnić swojej restauracji 100 proc. rezerwacji na każdy weekendowy wieczór), nawiązać zawodowe kontakty czy rozerwać się obserwując komentarze pod zszerowanym zdjęciem smakowicie wystylizowanego dania, mają coraz większą świadomość, że każda z tych czynności przynieść może wymierny dla ich działalności skutek. Twittowanie uchodzi wśród ponad 70 proc. badanych za najbardziej przydatne w budowaniu zawodowych i biznesowych relacji, podążaniu za trendami i podglądaniu konkurencji. Na kolejnych pozycjach plasuje się Facebook, LinkedIn oraz platformy dla profesjonalistów, takie jak Staff Canteen thestaffcanteen.com, czyli największa w Wielkiej Brytanii sieć skupiająca pracowników restauracji.

The_Staff_CanteenNetworking – najważniejsze w pracy chefa jest utrzymywanie kontaktów z innymi profesjonalistami 

Aż 6 na 10 badanych chefów za pomocą social mediów znajduje nowych kontrahentów – wybierając dostawców decydują się na tych, z którymi mają kontakt w społecznościówkach. Kucharze najczęściej followują i „lubią” 5 rodzajów kont – innych kucharzy, profile z branżowymi nowinkami oraz strony z przepisami, profile celebrity chefów i magazyny kateringowe online. Tom Aikens, jeden z najpopularniejszych w Wielkiej Brytanii chefów, właściciel odznaczonej gwiazdką Michelin restauracji Tom Aikens, który także wziął udział w badaniu, podkreśla, że porcja social mediowych newsów i aktywności powinna stać się chlebem powszednim dla każdego chefa. – Jeśli mówicie, że nie macie w ciągu dnia czasu na zrobienie zdjęcia i załadowanie go na swój profil to znaczy, że szukacie wymówek – mówił komentując badania. Niewiele pomylił się Jamie Oliver, który przed laty wieścił, że prawdziwa jedzeniowa rewolucja będzie wiązała się z popularyzacją telefonu komórkowego. Brytyjski kucharz należący do grona światowej sławy celebrity chefów od ponad 15 lat kusi swoich fanów na całym świecie nieprzyzwoicie apetycznymi daniami i przepisami, które prezentuje nie tylko w telewizyjnych programach, autorskich książkach kucharskich, własnym magazynie kulinarnym i sieci restauracji, ale i we wszystkich kanałach social media, w których niezwykle sprawnie się porusza. Łącznie na Instagramie, Twitterze i Facebooku, gdzie najaktywniej się udziela, zebrał już niemal 10 milionów followersów. Jego działania w społecznościówkach są czystym dowodem na prawdziwość hasła „there is no „buy” button in a brain there is a „story” button”. Jamie osiąga sukces, bo za jego działalnością stoją poruszające wyobraźnię odbiorców historie. Oprócz doskonałych zdjęć i filmów – również z udziałem rodziny Oliviera, którą chef chętnie portretuje w swoich programach i na zdjęciach – a także receptur na proste, nie tak znów zdrowe, ale niezwykle smakowite dania, czarującemu uśmiechowi i znakomicie skrojonej strategii social media, odniósł gigantyczny sukces.

Zrzut ekranu 2015-02-15 o 13.58.46Jamie Olivier wieścił, że jedzeniowa rewolucja przyjdzie wraz z popularyzacją telefonów komórkowych 

Jego kariera potoczyła się z impetem śniegowej kuli. Bo przecież aktywność w social media to nie tylko kontakty biznesowe, ale przede wszystkim szansa na to, by stać się widocznym i rozpoznawalnym dla klientów i pokazać z jak wielką pasją wykonuje się swoją pracę. Dlatego istotnym aspektem działalności chefów w społecznościówkach jest ich ustawiczna interakcja z odbiorcami. Przykład Oliviera pokazuje, że sama „bezmyślna” obecność w social mediach to nie wszystko. Że funkcjonowanie w społecznościówkach wymaga reakcji równie szybkich, jak prędkość rozpowszechnianych w nich informacji. A prowadzenie dobrego profilu bywa czasem tak ciężką robotą, jak prowadzenie samej restauracji. I tak jak prowadzenie restauracji wymaga precyzyjnego określenia celów oraz zakresu działań jakie należy podjąć, by osiągnąć sukces. Bo jak mawiają znawcy „jeśli twoja restauracja jest do bani, w social mediach będzie jeszcze bardziej do bani”.

[KSz]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Biznes + kultura – najlepsze projekty z 2014 roku

„Najlepsze firmy w Ameryce wspierają kulturę ponieważ wiedzą, że kultura buduje kreatywność pracowników i silną wspólnotę zarówno pracowników, jak i klientów” – reklama o takiej treści ukazała się pod koniec ubiegłego roku w amerykańskim „Forbesie”. Biznesowe pismo dociera do niemal miliona czytelników. Reklamę wykupiła organizacja Arts in America. Zdanie brzmi banalnie. Ale już wsparcie kultury przez biznes w ubiegłym roku takie nie było. W każdym razie nie jest w przypadku projektów, które w 2014 roku zostały uznane za najlepsze przykłady zaangażowania firm nie tylko w sponsoring, ale i rozwój kultury.

BCA 10

Nagroda BCA 10, czyli Best Business Partnering with the Arts in America, przyznawana jest co roku przez organizację non-profit Americans for the Arts firmom, które w najlepszy sposób wspierają kulturę w Stanach Zjednoczonych. Podczas uroczystej gali, która odbyła się 1 października minionego roku w Nowym Jorku, zostało nagrodzonych dziesięć amerykańskich firm, które wspierały różne projekty kulturalne: AC Entertainment, BBVA Compass, Brookfield, Brooks Resources Corporation, Classical Movements, Inc., Edward Jones, Hallmark Cards, Inc., Milliken & Company, PECO, Thrivent Financial.

Za długofalową współpracę został doceniony BBVA Compass – jeden z czołowych banków amerykańskich (filia hiszpańskiego giganta BBVA). Do nagrody nominowany został przez Houston Symphony Orchestra. W ramach długotrwałego partnerstwa z orkiestrą, od kilku lat BBVA dwa razy do roku finansuje koncerty dla dzieci pochodzących z uboższych rodzin. Działania te wpisują się w misję działalności banku, której celem jest wspieranie osób mających utrudniony dostęp do kultury ze względu na sytuację materialną. Oprócz organizacji koncertów BBVA Compass wspiera finansowo Houston Symphony Orchestra. Jest głównym sponsorem Pops Season – cyklu koncertów prezentujących muzykę popularną w klasycznych aranżacjach. Klasyczny sponsoring to jednak to nie jedyne wsparcie okazane orkiestrze. Manolo Sanchez, prezes BBVA Compass osobiście zaangażował się w rozwój instytucji, współtworząc radę przyjaciół HSO pochodzenia hiszpańskiego i latynoamerykańskiego. Efektem tych działań było nie tylko zaproszenie wielu osób do udziału w koncertach, lecz przede wszystkim organizacja nowych przedsięwzięć związanych z kulturą latynoamerykańską. O sukcesie projektu świadczy fakt, że BBVA Compass przeniosła model tej współpracy na inne instytucje kulturalne.

BBBV

fot. houstonsymphony.org

Bank zresztą od lat wspiera różne projekty kulturalne. Stara się zaznaczać przy tym swoje pochodzenie. Jednym z większych przedsięwzięć firmy było zorganizowanie w 2012 roku w Museum of Fine Arts w Houston wystawy prac z kolekcji madryckiego Museo del Prado. Wystawa „Portait of Spain: Masterpieces from the Prado” była pierwszą i największą tego typu ekspozycją, która prezentowała kolekcję madryckiego muzeum poza terenem Hiszpanii. Wystawę odwiedziło w sumie prawie 53 tysiące zwiedzających. Kolejnym przykładem współpracy z muzealnej była wystawa prac Marca Chagalla w Dallas Museum of Art. BBVA Compass został sponsorem ekspozycji, ale też – zgodnie ze wspomnianą misją wyrównywania szans w dostępie do kultury – biletów dla widzów, którzy przez miesiąc mogli wchodzić na wystawę za darmo. W 2013 roku bank ogłosił wsparcie m.in. dla Alabama Symphony Orchestra w ramach projektu „Symphony in the summer” – trzydniowego i bezpłatnego spotkania z muzyką klasyczną w przestrzeni parku miejskiego w Birmingham.

Od 2009 roku BBVA Compass przekazał w sumie 5 milionów dolarów na wsparcie projektów kulturalnych. Firma opracowała również specjalny program dla swoich pracowników, w ramach którego mogą oni wspierać charytatywnie przedsięwzięcia – w samym 2013 roku kwota datków przekroczyła 1,3 miliona dolarów. Oprócz pieniędzy, ponad 1600 pracowników firmy poświęciło również swój czas w ramach wolontariatu.

Allianz Business to Arts Awards

Business to Arts jest największą w Irlandii, jak również jedną z wiodących w Europie, organizacji wspierających i pomagających rozwijać kreatywną współpracę biznesu z instytucjami kultury. Business to Arts co roku nagradza najbardziej udane przykłady współpracy pomiędzy biznesem a kulturą w Irlandii. Wyróżnienia są przyznawane w kilku kategoriach, m.in. sponsoringu, długoterminowej współpracy i kreatywnego zaangażowania pracowników. W ubiegłym roku, podczas 23. edycji Allianz Business to Arts Awards, wśród wielu nominowanych firm znalazły się m.in. PwC, Coca-Cola, KBC Bank Ireland. Cztery firmy zdobyły więcej niż jedną nominację: producent alkoholi Diageo Ireland, firma prawnicza Mason Hayes&Curran, studio animacji Brown Bag Films oraz Google Ireland.

Google Ireland wraz z Science Gallery w Dublinie zostali nominowani w kategorii Best Large Sponsorship oraz Best Long Term Partnership. Współpraca Google Ireland z Science Gallery rozpoczęła się w 2008 roku, kiedy galeria zainicjowała swoją działalność. Wybór tej galerii przez giganta informatycznego był nieprzypadkowy – Science Gallery działa przy Trinity College, jednym z najważniejszych irlandzkich uniwersytetów techniczno-innowacyjnych. Google zdecydowało się na wsparcie instytucji, która w założeniu łączy sztukę z nauką. Umowa o współpracy została podpisana na 5 lat, a w 2013 roku nastąpiło jej przedłużenie do 2015 roku. W 2011 roku Google podarował galerii milion dolarów na rozpoczęcie projektu Global Science Gallery Network, którego celem jest stworzenie 8 galerii promujących nauki ścisłe oraz sztukę. Pierwsza tego typu galeria ma zostać otwarta w przyszłym roku w Londynie.

google

fot. dublin.sciencegallery.com

Dobra współpraca nie jest jednak oparta jedynie na hojności Google’a, lecz przede wszystkim na zaangażowaniu pracowników firmy, co również zostało dostrzeżone i docenione przez jury konkursu. Pracownicy Google’a chętnie odwiedzają wystawy jako zwykli zwiedzający – ponad 250 z nich posiada specjale członkostwo galerii. Nie tylko wspierają więc instytucję finansowo, lecz przede wszystkim aktywnie uczestniczą w wystawach, warsztatach oraz innych wydarzeniach organizowanych przez Science Gallery.

Długoletnie partnerstwo pozwoliło na rozwinięcie współpracy na wielu polach. Google jako sponsor instytucji regularnie korzysta z przestrzeni Science Gallery w celu organizowania spotkań, wydarzeń oraz warsztatów dla swoich pracowników. Science Gallery korzysta z doświadczenia i wiedzy pracowników firmy – galeria prosiła o wsparcie pracowników Google’a m.in. w celu rozwinięcia własnego kanału na platformie YouTube.

Od początku swojej działalności Science Gallery zorganizowała 31 wystaw, odwiedziło ją ponad 1,7 mln zwiedzających. W samym 2013 roku Science Gallery odwiedziło 339 tysięcy zwiedzających, podczas gdy w 2008 roku do galerii trafiło tylko 120 tysięcy osób. Obecnie Science Gallery zalicza się do dziesięciu najchętniej i najczęściej odwiedzanych miejsc w Irlandii.

Arts&Business Awards

W 2014 roku po raz 35. odbyła się w Londynie gala Arts&Business Awards. Impreza zorganizowana przy wsparciu koncernu Jaguar Land Rover, miała wyłonić laureatów konkursu w kilku kategoriach dotyczących współpracy biznesu oraz kultury, m.in. sponsoringu, kooperacji i społecznej odpowiedzialności biznesu. Wśród nagrodzonych firm znalazły się m.in. Deutsche Bank, Fellows Auctioneers, Hornby PLC, Sennheiser, Hull 2017 Angels Business Consortium.

Nagrodę BP A&B Longterm Partnership za wzorową długotrwałą współpracę otrzymał Samsung oraz British Museum. Początek współpracy pomiędzy firmą a muzeum sięga 2009 roku, kiedy został rozpoczęty pięcioletni projekt partnerski. W ramach przedsięwzięcia Samsung Discovery Digital Center wykorzystując własne produkty – smartfony, tablety, laptopy – zorganizował serię warsztatów dedykowanych dla rodzin oraz młodzieży. W kilka lat projekt Samsunga i British Museum osiągnął imponujące rozmiary: stworzono 11 programów edukacyjnych, poświęcono 50 weekendów na warsztaty dla rodzin, a przez 4 lata w bezpłatnych wydarzeniach wzięło udział ponad 40 tysięcy uczestników.

samsung

fot. britishmuseum.org

Dodatkowo Samsung zaopatrzył muzeum w 20 wyświetlaczy elektronicznych, które w ciągu roku przekazują informację o aktualnościach w muzeum do ponad 6 milionów zwiedzających. W 2013 roku Samsung przedłużył współpracę z muzeum, w ramach której planowane są kolejne nowatorskie przedsięwzięcia. Przykład Samsunga pokazuje, jak nowoczesna firma przy wykorzystaniu, a tym samym promocji własnych produktów, może w sposób innowacyjny wspierać tradycyjną instytucję kultury, jaką jest British Museum.

[HM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Liban – między wojną, sztuką i biznesem

Pogrążony w wojnie domowej do początku lat 90., okupowany przez syryjskie wojska jeszcze dekadę temu, cały czas pozostający miejscem, gdzie ścierają się sunniccy i szyiccy radykałowie. Liban mimo swojej burzliwej historii, skomplikowanej teraźniejszości i niepewnej przyszłości jest dziś najciekawszym miejscem na kulturalnej mapie Bliskiego Wschodu. W dużej mierze dzięki współpracy biznesu z sektorem kultury. Państwo, przed którym cały czas stoi wyzwanie modernizacji kraju i jego obrony, nie traktuje kultury priorytetowo. Liban nie ma petrodolarów jak Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, które może inwestować w szybki rozwój nowych instytucji, czy edukacji kulturalnej. Posiada za to odpowiedzialnych milionerów.

beirutExhibition

Beirut Exhibition Center, fot. Business & Culture

Sztandarowym przykładem może być sposób, w jaki zrealizowano odbudowę zniszczonego podczas wojny domowej, a także późniejszego konfliktu z Izraelem, centrum Bejrutu. Odpowiedzialną za odbudowę uczyniono spółkę Solidere. Została założona w 1994 roku przez ówczesnego premiera, a zarazem głowę jednej z najbogatszych rodzin Libanu, Rafika Haririego (rok później zginął w zamachu bombowym). Solidere planując budowę nowego centrum miasta postawiło nie tylko na budynki biurowe, handlowe i mieszkalne, ale także na sztukę. Z inicjatywy Solidere powstało Beirut Exhibition Center. Pierwsza duża przestrzeń wystawiennicza w centrum miasta, która w dalszym ciągu jest utrzymywana ze środków spółki oraz innych komercyjnych sponsorów. Aktualnie w BEC trwa wystawa włoskiego malarza, rzeźbiarza i akcjonisty Michelangelo Pistoletto. Prywatni donatorzy wyłożyli na nią 150 tys. dolarów. Beirut Exhibition Center chętnie współpracuje z mniejszymi, lokalnymi galeriami. Jest nie tylko przestrzenią, lecz także prężnie działającą instytucją. Niejako konkurencją dla BEC jest Beirut Art Center. Prywatna, lecz misyjna galeria sztuki. Także BAC utrzymuje się dzięki środkom od libańskich przedsiębiorców. Od kilku lat nie było w BAC wystawy, która nie miałaby kilku prywatnych, lokalnych sponsorów. To m.in. ubezpieczyciel Libano-Suisse, sieć centrów handlowych ABC, Bank Audi i firma Aïshti.

aisti

Makieta muzeum Aïshti Foundation, fot. Aïshti Foundation

Ta ostatnia jest zresztą bodaj najciekawszym przykładem rozwoju kultury przez biznes w Libanie. Nie tylko w zakresie sponsoringu wydarzeń związanych z kulturą i sztuką. Aïshti to istniejące od 1989 roku dom handlowy i sieć butików oferujące produkty ekskluzywnych marek, takich jak Miu Miu, Prada, Yves Saint Laurent, Dior czy Burberry. Aïshti posiada również SPA, salon fryzjerski, restauracje, własny magazyn o modzie „A” oraz fundację. I to właśnie ta ostatnia związana jest ze sztuką. The Aïshti Foundation została powołana do życia przez właściciela brandu, Tony’ego Salame w 2005 roku. Jej celem od samego początku istnienia było definiowanie sztuki współczesnej, od designu poprzez performance do architektury. Za zadanie stawia sobie też wspieranie kultury libańskiej i prezentowanie jej nie tylko w kraju, ale na całym świecie. The Aïshti Foundation posiada stale powiększającą się kolekcję, którą tworzy osobiście Tony Salame. To około 1200 prac – obrazów, grafik, rysunków, rzeźb, sztuki video i nowych mediów artystów lokalnych oraz zagranicznych, m.in. Pawła Althamera czy Marii Lassnig. O wartości kolekcji Aïshti Foundation świadczą nie tylko nazwiska czy jej rozmiar, ale również lista muzeów i galerii, które wypożyczały jej obiekty. Znajdziemy na niej nowojorskie MoMA, Muzeum Guggenheima, wiedeński MUMOK, a także Luwr czy Ermitaż. Aïshti Foundation buduje właśnie miejsce dla swojej kolekcji. Będzie to największe muzeum sztuki współczesnej w Libanie i zapewne jedno z ciekawszych na całym Bliskim Wschodzie. Autorem projektu muzeum Fundacji Aïshti w Bejrucie jest utytułowany brytyjski architekt David Adjaye.

AUB Byblos Bank art gallery opening-20052013 (11)_015504

Otwarcie  AUB Byblos Bank Art Gallery, fot. Byblos Bank

W Libanie istnieje również silny trend angażowania się w sztukę lokalnych banków. Co nietypowe konkurencyjne instytucje finansowe potrafią wspierać to samo wydarzenie. Najlepiej widać to na Beirut Art Fair, targach sztuki, które istnieją wyłącznie dzięki prywatnemu sponsoringowi. Od pierwszej edycji targi sponsoruje BankMed. Diala Choucair, dyrektor sprzedaży banku, podkreśla: „To coś więcej niż sponsoring, to narodowe działanie”. Z kolei BLC Bank we współpracy z Beirut Art Fair stworzył platformę do promocji libańskiego dizajnu. Byblos Bank wraz z Beirut Art Fair powołał do życia Byblos Bank Award Photography. Nagroda jest tylko jednym z elementów misyjnej działalności banku. W 2013 roku powstała AUB Byblos Bank Art Gallery. W galerii położonej na terenie kampusu Uniwersytetu Amerykańskiego w Bejrucie prezentuje się wystawy stałe i czasowe poświęcone przede wszystkim sztuce współczesnej. Byblos Bank był jednym z pierwszych, który wsparł Uniwersytet w realizacji tej wizji angażując się w tworzenie instytucji już na początku, w 2009 roku. Widać zatem, że nie było to spontaniczne, jednorazowe działanie, a długoterminowy proces doskonale wpisujący się w wizję banku. Semaan Bassil, wiceprezes i dyrektor generalny Grupy Byblos Banku podkreślał: „To eksperymentalne działanie ma być wsparciem dla libańskich artystów i wzmocnić sztukę w jej różnych formach. Widzimy, że ludzka kreatywność i innowacyjność jest bardzo niedocenianym zasobem gospodarczym, który tworzy miejsca pracy, przynosi przychody zarówno bezpośrednie i pośrednie, a przede wszystkim zachowuje wyjątkowość naszej kultury dla przyszłych pokoleń”. Podczas Beirut Art Fair można także zauważyć logotyp Banku Audi, największej krajowej instytucji finansowej. Wspiera on wybrane prywatne galerie. Posiada także własną kolekcję dzieł sztuki, którą można oglądać w wybranych oddziałach. To prace m.in. Édouarda Vuillarda, Bernarda Buffeta, Jacquesa Villona, Lucasa Cranacha Starszego, Jana van Goyena i Pietera Brueghela. Targom towarzyszy jeszcze jedno wydarzenie organizowane dzięki lokalnemu biznesowi – Beirut Art Week. To seria wystaw, spotkań, pokazów i debat rozgrywająca się w przestrzeni publicznej i galeriach Bejrutu. Sponsorowane zresztą przez wspomnianą już firmę Solidere i organizowane przy udziale Aïshti Foundation.

To tylko kilka z wielu obszarów, na których w Libanie spotyka się biznes z kulturą. W końcu także koncerty muzyczne, multidyscyplinarne festiwale oraz przedstawienia teatralne odbywają się dzięki wielkiej skali zaangażowania prywatnych sponsorów i filantropów. Najważniejsze jest jednak, że libański model znacząco różni się od zachodniego. Tu nie chodzi o korzyści promocyjne – zbyt mało osób uczestniczy nadal w kulturze w Libanie. Banki, firmy ubezpieczeniowe, właściciele ekskluzywnych marek wydają się zdawać sobie sprawę, że inwestując w rozwój kultury, inwestują w rozwój społeczeństwa. I wiedzą, że jeśli oni tego nie zrobią, to nie znajdzie się nikt, kto ich zastąpi.

[AM]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Od kominów do gwarowych memów – krótka historia promocji Śląska

Absolutna wiara w moc globalizacji minęła wraz z XX wiekiem. Dziś Europa stawia na regiony. Sama regionalizacja bywa postrzegana dwojako: jako dowód na nierealność idei integracji lub jako jej najistotniejszy warunek – przy założeniu, że siła struktury tkwić musi w jej zróżnicowaniu. Przez kilka ostatnich lat głównym zadaniem samorządów było poszukiwanie cech dystynktywnych regionów oraz ukazanie ich bezsprzecznej atrakcyjności zarówno pod względem gospodarczym, jak i turystycznym. Do osiągnięcia tego celu używano całego arsenału narzędzi marketingowych, a same miasta traktowano jak każdy inny produkt, który trzeba sprzedać. Na tym polu wybija się jednak Górny Śląsk, region o skomplikowanej historii i tożsamości. W jego przypadku chodzi bowiem o coś więcej niż ukazanie dobrych stron. Promocja Górnego Śląska to również próba określenia sposobu jego funkcjonowania w obrębie całego kraju. O miano najatrakcyjniejszego regionu dla inwestorów, mieszkańców i turystów rywalizują w Polsce wszystkie województwa. Zgodnie z zeszłorocznym raportem z badania przeprowadzonego przez Europejski Instytut Marketingu Miejsc od kilku lat liderem, jeśli chodzi o promocję, jest Poznań. Województwo śląskie plasuje się na miejscu piątym. Jest to miejsce mocne, uwarunkowane intensywnymi działaniami, jakie prowadził w latach 2009-2011 Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego. Starania te zostały nagrodzone trzecim miejscem w piątej edycji konkursu „Złote Formaty”.

industriada (2)

Industriada

W ciągu ostatnich kilka lat województwo śląskie promowało się za pomocą ponad dwudziestu różnych kampanii. Ich celem było zwrócenie uwagi na atuty regionu oraz obalenie mitu przemysłowego, zanieczyszczonego Śląska. Przełomową była kampania z 2008 roku zrealizowana przez Grupę Eskadra – „Śląskie. Pozytywna energia”. Jej główną grupą docelową byli mieszkańcy regionu, których chciano przekonać, że ich miejsce zamieszkania jest powodem do dumy. Chodziło również o zniesienie wzajemnej niechęci między mieszkańcami poszczególnych miast. Twórcy kampanii wyszli z założenia, że o atrakcyjności Śląska najpierw trzeba przekonać jego mieszkańców, a dopiero potem pozostałych Polaków. Nie mylili się. Kampania kosztowała prawie 900 tysięcy złotych, wykorzystano różnorodne nośniki reklamowe, marketing bezpośredni, zaangażowano znane osoby pochodzące z regionu, zorganizowano akcje specjalne. Pojawiło się także nowe logo – składające się z czterech „S” w różnych kolorach (każdy z nich oznacza inny rodzaj atrakcji, jakie można znaleźć na Śląsku: sakralne, aktywne, kulturowe i industrialne). Kampania wzbudziła ogromne zainteresowanie. Spotkała się również z ostrą krytyką. Cel jednak został osiągnięty – o Śląsku zaczęto mówić. W 2010 roku po raz pierwszy zorganizowano Industriadę. Wydarzenie określone jako Święto Szlaku Zabytków Techniki miało promować nie tylko sam szlak, ale cały region. Coroczna impreza obejmuje koncerty, wykłady, szkolenia, pokazy, specjalne ekspozycje i szereg innych atrakcji aktywizujących wszystkie grupy wiekowe. Na popularność Szlaku Zabytków Techniki oraz sukces każdej kolejnej Industriady składa się kilka czynników: przede wszystkim nie są to działania, za pomocą których próbuje się regionowi przypisać nowe walory, a raczej ekspozycja i przewartościowanie tego, co nierozerwalnie ze Śląskiem jest związane – techniki, przemysłu, kopalnianego krajobrazu, osiedli ceglanych familoków. Różnorodność proponowanych wydarzeń (od spektakli teatralnych przez koncerty rockowe, naukowe wykłady, po zwiedzanie trudno dostępnych zakamarków kopalń i naukę gry w golfa) gwarantuje, że akcja nie zostanie zignorowana przez osoby uwzględnione w szerokiej grupie docelowej. Zadaniem trudnym, lecz zrealizowanym z powodzeniem, jest dobra organizacja logistyczna przedsięwzięcia, które rozlokowane zostało w wielu miejscach na Śląsku. Pozwala to nie tylko uwypuklić różnorodność regionu, ale także wpływa na integrację mieszkańców. szlak-zabytkow-techniki (2)

Szlak Zabytków Techniki 

Podobny cel miała kampania z 2009 roku przeprowadzona pod hasłem „Śląskie. Na wyciągnięcie ręki”, polegająca na promowaniu turystyki lokalnej. Wykorzystano w niej grę komputerową, co było ciekawym, choć niestety, niezbyt udanym pomysłem (słaby rozgłos, stosunkowo mała liczba uczestników). W latach 2013 i 2014 województwo zdecydowanie zwróciło się ku kampaniom mającym uświadomić mieszkańcom pozytywne zmiany zachodzące na Śląsku („Śląskie sprawdza się!” czy „Tworzymy Śląskie”). Twórcom kampanii zależało na stworzeniu wizerunku województwa jako obszaru propagującego nowoczesne technologie, a nawet będącego technologicznym (już nie tylko przemysłowym) liderem. Komunikowano, że to na Śląsku właśnie powstało pierwsze sztuczne serce i najszybszy na świecie procesor. Powyższe przykłady obrazują zmiany, jakie zaszły w kwestii promowania wizerunku Śląska. Zaczęto od rzeczy bardzo podstawowej (komunikat: „Śląsk nie jest brudny, a wręcz może być miejscem o pozytywnej energii”, cel: uświadomienie mieszkańcom, że nie są poszkodowani z racji życia w tej części Polski), następnie zaprezentowano region jako teren atrakcyjny turystycznie (komunikat: tak, mamy kopalnie i familoki, ale to właśnie jest najlepsze i najbardziej ciekawe, cel: przyciągnięcie turystów lokalnych i z pozostałych części Polski), by przejść do etapu reklamowania Śląska jako miejsca, gdzie dokonuje się technologiczna rewolucja (komunikat: to region, w którym nie brakuje wybitnych specjalistów, stwarzający specjalne warunki do rozwoju techniki, cel: przyciągnięcie inwestorów, wywołanie w mieszkańcach poczucia, że Śląsk to miejsce z przyszłością). kadr_film_promo_muzeum (2)

Kadr z filmu promocyjnego Muzeum Śląskiego w Katowicach 

W ideę tych działań wpisują się też aktywności promocyjne stolicy województwa – Katowic. W 2015 roku Katowice będą obchodziły 150. rocznicę nadania praw miejskich. Miasto przygotowuje się do tego wydarzenia, zmieniając stopniowo swój wizerunek. W 2010 Katowice wystartowały w konkursie na Europejską Stolicę Kultury 2016. Powstała przy tej okazji Instytucja Kultury Katowice – Miasto Ogrodów, za sprawą której odbyło się wiele wydarzeń kulturalnych (m.in. Katowice Street Art Festival czy Katowice Jazz Art Festival). Nowe, kulturalne i artystyczne oblicze Katowic ma budować także uruchomione w 2007 roku Rondo Sztuki. Z kolei OFF Festival każdego roku przyciąga tysiące fanów muzyki alternatywnej z całej Polski. Omawiając kampanie promocyjne prowadzące do zmiany wizerunku Śląska, trudno nie wspomnieć o działaniach podejmowanych prywatnie, często w internecie. O spektakularnym sukcesie można mówić w przypadku portalu Gryfnie, których profil na Facebooku zrzesza 70 000 fanów. Ideą twórców Gryfnie było stworzenie nowoczesnej pod względem organizacji treści i rozwiązań graficznych strony o gwarze i kulturze śląskiej. Trafnym pomysłem okazało się połączenie portalu ze sklepem oferującym designerskie ubrania i gadżety ze śląskimi słowami. Zabawne, ładne i oryginalne – więcej do sukcesu nie było trzeba. Strona promuje gwarę śląską jako wyjątkowy element polskiej kultury. „Wsłuchujymy sie w bicie syrca dzisiyjszego pokolynio i podug tego łonaczymy ślonski projekt Gryfnie” – piszą jej założyciele. Grfynie szybko znalazły naśladowców, powstały m.in. strony godosz.pl czy achimgodej.pl. Twórcy tej ostatniej wydali ostatnio przewodnik po śląskiej gwarze dla „goroli”. Wypromowanie, a w efekcie popularność, gwary śląskiej jest interesujące z jeszcze jednego powodu – do niedawna gwara była w szkołach zajadle tępiona. Dziś lekcje „slonski godki” stały się modne i realizuje je wiele szkół na terenie całego województwa.

gryfnie (2)

Strona Gryfnie.com

Wszystkie te działania przyniosły niewątpliwy efekt, Śląsk ma dużo lepsze notowania w powszechnej opinii niż kiedyś, a sama „śląskość” stała się marką, która zwiększa atrakcyjność innych marek i produktów. Co więcej zaczęto już tej śląskiej etykietki nadużywać – wystarczy jedno zdjęcie familoków na wystawie fotografii młodej katowickiej artystki, by została opisana, jako podejmująca tematy tożsamości śląskiej. Szczepan Twardoch odwołał spotkanie z czytelnikami, po tym, jak organizator próbował reklamować je, pisząc „o zagorzałym Ślązaku”. „Nie toleruję używania określenia Ślązak jakby był to jeden z moich tytułów zawodowych” – napisał na swoim profilu autor „Morfiny”. Jego nowa powieść, której akcja toczy się na Śląsku, komunikowana jest jako „saga z ziemi przeklętej”, choć sam autor podziela przekonanie Wita Szostaka, że „Drach” jest o Śląsku w takim samym stopniu, jak „Czarodziejska góra” o sanatorium. Podobnych przykładów można znaleźć w aktualnych wydarzeniach społeczno-kulturalnych dużo więcej. Ilustrują one pewną zmianę, która zachodzi w społeczeństwie. Zabawnie mówiący, trochę nieokrzesani ludzie z południa, opcja niemiecka, szaleni zapaleńcy z Ruchu Autonomii Śląska – wszystkie te dość pejoratywne sposoby postrzegania mieszkańców GOP’u były przyczyną wzajemnej niechęci walczących o uwagę Ślązaków i przyglądających się temu mieszkańców innych regionów. Strategie promocji regionu podejmowane przez instytucje oraz samych Ślązaków, również tych, którzy pragną widzieć kulturę swego regionu jako nowoczesną, wręcz „hipsterską”, walczą z tymi stereotypami. Każdy, kto pamięta tylko Śląsk sprzed lat, z ledwością nie pozna go dzisiaj, a już na pewno nie rozpozna za kilka lat. I będzie to w dużej mierze zasługa świadomie i mądrze planowanej promocji. [DB]

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Z kulturą do Millenialsów czyli Tinder, Snapchat i Kik Messenger

Facebook traci młodych użytkowników. Pokolenie Y, tak zwani Millenialsi, korzystają z internetu inaczej niż osoby urodzone dekadę wcześniej. Chętniej wysyłają do siebie snapy, flirtują na Tinderze, czatują na Kiku, niż uaktualniają statusy na Facebooku. Ten ostatni zresztą jest dla marek narzędziem coraz droższym. Dlatego komunikacja w mediach społecznościowych z młodym odbiorcą – powoli, ale już zauważalnie – zaczyna omijać Facebooka. Także w kulturze. Czy – mówiąc ściślej – głównie w popkulturze.

Tinder czyli randka z prawnikiem, panią doktor i zombie

W Stanach Zjednoczonych Tinder stał się ostatnio ulubionym narzędziem w rękach dużych stacji telewizyjnych, używanym do promocji kolejnych odsłon popularnych seriali. Jego potencjał, jako pierwsza wykorzystała USA Network, emitująca serial „Suits” („W garniturach”). W lipcu 2013 roku, tuż przed premierą trzeciego sezonu serii o prawnikach z Nowego Jorku, użytkownikom Tindera po wejściu do aplikacji od razu ukazywały się profile bohaterów prawniczej opowieści: odnoszący sukcesy Harvey Specter, przystojny Mike Ross lub atrakcyjna Rachel Zane. Po polubieniu profilu, użytkownicy otrzymywali dostęp do ekskluzywnych materiałów związanych z serialem, takich jak zapowiedzi oraz nagrania audio i video z pozdrowieniami od aktorów. Dzięki kampanii USA Network udało się zwiększyć rozpoznawalność „Suits” wśród osób, które na co dzień nie oglądają telewizji i nie miały wcześniej styczności z serialem. Głównie pośród mężczyzn w wieku 18-34 lata, będących trudną do pozyskania widownią.

SUITS

Inną fikcyjną flirciarą na Tinderze była Mindy Lahiri z „The Mindy Project” („Świat według Mindy”). Mindy to młoda ginekolog wciąż poszukująca miłości. Dlaczego nie szukać jej przez służącą do tego aplikację? Na Tinderze powstał profil młodej pani doktor. Osoba, która go polubiła automatycznie dostawała wiadomość zachęcającą do oglądania zbliżającego się odcinka serialu, w którym, Mindy wypróbowuje właśnie Tindera w poszukiwaniach swojego księcia z bajki. Producenci ze stacji FOX i twórcy aplikacji nie ujawnili zasad współpracy, ale zapewne opierała się na opłacalnym dla obu stron barterze – product placement w zamian za reklamę natywną. Kampania nie została jednak dobrze przyjęta przez użytkowników aplikacji – nikt chyba nie lubi rozmawiać z internetowym botem. Zebrała także sporo negatywnych komentarzy w mediach. Za przykład może posłużyć BuzzFeed, który na swojej stronie napisał: „Obecność na Tinderze »Świata według Mindy« może oznaczać jedną z najbardziej znanych randkowych motywacji: desperację”.

MINDYdobry

Użycie Tindera, jako narzędzia promocji bodaj najlepiej udało się stacji TVNZ emitującej serial „The Walking Dead”. Głównie dzięki stworzeniu autentycznych profili osób, zaskakującemu zakończeniu oraz utrzymaniu kampanii w zabawnej konwencji. TVNZ we współpracy z agencją kreatywną Young & Shand przywróciło do życia kilka seksownych zombie w Auckland w Nowej Zelandii. W rzeczywistości były to pracownice agencji, którym udało się zebrać 500 „matchy” wśród młodych mężczyzn, z którymi następnie nawiązały dialog. Nagle podczas rozmowy zaczynały dziać się dziwne rzeczy. Piękne dziewczyny zamieniały się w straszne zombie. „Jedną z rzeczy, która szczególnie była dla nas ekscytująca, to minimalny poziom negatywnych reakcji” – powiedział Chris Hooper, kierownik marketingu stacji TVNZ. Jedynie trzech rozmówców wyraziło swoją dezaprobatę. W wyniku kampanii TVNZ zwiększyła prawie o połowę oglądalność „The Walking Dead” wśród mężczyzn w wieku 18-25 lat, przejmując tym samym część widowni konkurencyjnego kanału TV3.

Tinder to aplikacja randkowa, umożliwiająca wyszukiwanie osób interesującej nas płci oraz wieku, znajdujących się w pobliżu naszej lokalizacji. Odkrywanie kolejnych profili następuje po przesunięciu: w prawo, co oznacza „tak” lub w lewo na „nie”. W ten sposób zbieramy tzw. „matche”, czyli dobrane pary. Tylko wtedy możemy rozpocząć konwersację z potencjalnie nową znajomością.

Snapchat – rządzą „Dziewczyny”

Serial „Girls” („Dziewczyny”) produkowany przez HBO jest wyjątkowo mocno promowany za pomocą mediów społecznościowych – Twittera, Facebooka, Pinteresta, Instagrama i Tumblra. Kilka dni przed premierą trzeciej serii powstał także profil na Snapchacie, o czym regularnie informowano w innych kanałach, głównie na Twitterze serialu. Tweety zachęcały do dodania „Girls” do swoich kontaktów na Snapchacie. Fani mogli poczuć się jak prawdziwi kumple przyjaciółek z Nowego Jorku – uzyskali dostęp do znacznie bardziej osobistych treści, niż te udostępniane na Twitterze lub Instagramie. Jako pierwsi zobaczyli zdjęcia z premiery trzeciej odsłony serialu, zrobione osobiście przez aktorki i wysłane prosto z czerwonego dywanu. Później, w każdą niedzielę otrzymywali przypomnienia o zbliżających się odcinkach, w postaci zabawnych grafik, które jednocześnie były wskazówkami na temat tego, co się wydarzy w danym odcinku. „Snapchat fantastycznie wpasowuje się w demografię widzów, dla których kierowany jest serial »Girls«” – tłumaczył Lindsey Pearl, kierownik ds. social media i marketingu HBO. Pearl dodaje, że konto „Girls” jest jednym z najchętniej obserwowanych na Snapchacie, a jego sukces tkwi w założeniu, aby komunikować się z fanami w ich własnym języku, myśleć jak oni oraz dawać im poczucie tej unikalnej bliskości „jeden na jednego”. W styczniu 2015 „Dziewczyny” powracają na ekrany telewizorów, o czym już przypominają swoim fanom na Snapchacie.

GIRLS

Biorąc pod uwagę wiek użytkowników Snapchata, nie mogło tam również zabraknąć jednej z najbardziej popularnej wśród nastolatków stacji telewizyjnej. MTV UK dołączyło do aplikacji wraz ze swoim reality show „Geordie Shore” („Ekipa z Newcastle”). O swojej obecności w tym medium społecznościowym MTV informowało widzów na Twitterze „Geordie Shore” oraz w reklamie telewizyjnej, przedstawiającej ekipę na fotkach z wakacji. Tweet zachęcający do znalezienia „Ekipy z Newcastle” na Snapchacie został podany dalej 281 razy, 140 użytkowników dodało go do ulubionych, a 11 odpowiedziało. W jednym z komentarzy czytamy: „Właśnie dodałem @mtvgeordieshore na Snapchacie! Chyba uzależnię się teraz od telefonu!”. Fani, którzy dodali do swoich kontaktów na Snapchacie profil „Geordie Shore” otrzymywali ekskluzywne zdjęcia uczestników programu w niecodziennych stylizacjach, nagrania wideo zapowiadające premierę szóstej odsłony reality show oraz materiały zdradzające pojawienie się nowych osób w ekipie. „Snapchat w pełni nadaje się do działań kreatywnych przy promocji szóstego sezonu »Geordie Shore«, torując nam drogę bezpośrednio do naszych fanów poprzez ich ukochane urządzenia. Ponadto zapewnia im natychmiastowy dostęp do wszystkich niezbędnych informacji na temat programu, a nam pozwala na kontakt z widzami w czasie rzeczywistym, zwłaszcza że oglądalność telewizji cały czas ulega zmianie” – tłumaczył wybór tej platformy Jo Bacon, zastępca kierownika ds. marketingu i komunikacji MTV UK.

GEORGIESHORE

Snapchat jest mobilną platformą do dzielenia się zdjęciami, popularną głównie wśród nastoletnich użytkowników smarfonów. Znakiem rozpoznawczym tej aplikacji jest to, że otrzymane zdjęcie tzw. „snap” możemy oglądać tylko przez dziesięć sekund, później ulega autodestrukcji. Jakiś czas temu Snachat stał się bohaterem głośnej afery, kiedy do sieci wyciekło setki tysięcy nagich zdjęć jego użytkowników. Nie wszystkim jednak aplikacja służy do przesyłania erotycznych fotek, czy zdjęć z mocno zakrapianych imprez.

Kik Messenger czyli pocztówki dla nowego pokolenia

Pierwszą kampanią przy użyciu tej platformy była promocja nowego albumu zespołu One Direction w 2013 roku. Brytyjski boys band cieszy się ogromną popularnością wśród nastolatek na całym świecie i posiada stale powiększające się grono „wyznawczyń” tzw. „Directionders”. Użytkownicy Kika, w szczególności nastolatki, idealnie wpasowują się w grupę odbiorców takich zespołów jak One Direction. Kampanię prowadziła agencja IPG Media Lab, której ideą było stworzenie platformy, zapewniającej fanom zespołu interaktywną zabawę i ułatwiającej im wspólne dzielenie się treścią na temat One Direction. Treścią tą była 1D Kik Card, unikalna kartka zespołu dostępna tylko dla użytkowników Kika. Dzięki specjalnym naklejkom można było ją indywidualnie ozdabiać i przesyłać do innych fanów poprzez aplikację. Co więcej, fani mogli również odblokować ekskluzywną zawartość dla całej społeczności Kika, kupując promowany album „Midnight Memories”. Kiedy 5 tysięcy sztuk zostało sprzedanych użytkownikom platformy, zespół udostępnił treść w postaci specjalnych nagrań wideo, zdjęć oraz wpisów zespołu na Twitterze. „Mamy nadzieję, że inne marki dostrzegą wartość kampanii One Direction na naszej platformie i uznają, że to taka sama wartość dla nich. To sposób na wzbudzenie emocji i zaangażowania dla wielu różnych kategorii” – mówił rzecznik prasowy Kika, Heather Galt. Za tę kampanię Kik Messenger otrzymał w 2014 roku nagrodę Smarties przyznawaną przez Mobile Marketing Association za najbardziej efektywne kampanie marketingowe na świecie z wykorzystaniem aplikacji mobilnych.

ONEDIRECTION

W następnym roku tę wartość dostrzegła agencja Adaptly przy okazji promowania filmu dla młodzieży „The Giver” („Dawca Pamięci”) produkcji The Weinstein Company. Była to pierwsza w historii tego typu kampania promująca film. Reklama „The Giver” na Kiku zawierała kartkę – plakat filmu, zwiastun, pytania ciekawostki i filmowe naklejki, którymi użytkownicy ozdabiali plakat, a następnie udostępniali w rozmowach z innymi użytkownikami. Grupą docelową filmu byli młodzi ludzie, a 185 milionów użytkowników Kika to w szczególności osoby w wieku 18-24 lat. Według prezesa Adaptly Nikhila Sethi „największą potęgą Kika jest to, że pomaga markom tworzyć niezwykle intymne porozumienie ze swoimi odbiorcami. Bo cóż może być bardziej intymne, niż dostarczanie przeżyć prosto do telefonu w czyjeś kieszeni?”

GIVER

Kik to aplikacja na smartfony służąca do komunikacji, w której wystarczy jedynie znać nazwę użytkownika, aby wysłać mu wiadomość. Oficjalnie: „Kik pozwoli ci połączyć się z każdym, z kim chcesz rozmawiać. Nieważne jak się poznaliście – w szkole, na ulubionym portalu społecznościowym, czy grze online. Wystarczy, że zapytasz: »Jaki jest twój Kik?«”. Aplikacja nie wymaga dzielenia się numerem telefonu, co uważane jest za jej największą zaletę. Według badań Distimo, zajmującej się analizą aplikacji mobilnych, Kik był trzecią z kolei wśród najczęściej pobieranych aplikacji na Androida i iOS’a.

Trudno powiedzieć, czy aplikacje mobilne takie jak Tinder, Snapchat i Kik zrewolucjonizują marketing internetowy i doprowadzą do klęski promocji na Facebooku oraz innych „standardowych” portalach społecznościowych. Jedno natomiast jest pewne: w świecie Millenialsów musisz być tam, gdzie są oni – w ich telefonie. Muszą mieć cię zawsze w swojej kieszeni lub torebce. Póki co, jedynie kultura komercyjna dostrzegła szansę zaistnienia wśród użytkowników opisanych aplikacji. Jednak i ta bardziej poważna prędzej czy później będzie musiała zacząć z nich korzystać.

[IK]

2 komentarze

Filed under Uncategorized

Boski PR – jak promować wiarę

Pierwszy raz od 30 lat odsetek osób uczestniczących w niedzielnych mszach świętych spadł poniżej 40 procent – podał w lipcu Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego. We wrześniu CBOS opublikował badania, z których wynika, że w porównaniu do 2013 roku o 5 procent zwiększył się odsetek Polaków krytycznie oceniających działalność kościoła (teraz wynosi 34 proc.). Powszechnie uważa się, że postępująca laicyzacja Polaków to efekt bogacącego się społeczeństwa i globalizacji. Z podobnymi problemami muszą mierzyć się organizacje religijne na całym świecie. Niektóre z nich, by zatrzymać odpływ wiernych i przyciągnąć nowych, sięgają po narzędzia PR-owe i reklamowe. W końcu – sugerując się książką Bruno Ballardiniego – to Kościół wymyślił marketing*.

Najciekawszy i najbardziej dynamiczny pod tym względem jest rynek amerykański. Strony internetowe ze Stanów Zjednoczonych przepełnione są instrukcjami dotyczącymi boskiego marketingu – od wzorów parafialnych newsletterów, do porad sugerujących w jakiej rubryce lokalnej gazety umieścić reklamę niedzielnego nabożeństwa. „Po co umieszczać reklamę w dziale »wiara«, do którego zaglądają ludzie, którzy już przychodzą na twoje nabożeństwa? Wykup moduł w dziale »rozrywka« i powtórz go czterokrotnie. Sprawdź jaki przyniósł efekt” – radzi portal churchmarketingsucks.com. „Reklama nie zmienia rzeczywistości. Reklama nie nawraca ludzi. Reklama nie doprowadza do rozwoju osobistego i nie zastąpi relacji międzyludzkich. Ale może tworzyć klimat do wzrostu, budować morale, przyciągać nowych odwiedzających i kształtować podejście społeczności do twojego kościoła” – głosi thegoodbookblog.com. W kraju, w którym Kościół Scjentologiczny za jednominutową reklamę w czasie Super Bowl płaci 6 milionów dolarów, tego typu porady nie dziwią. Swoją drogą, reklamy Kościoła Scjentologicznego nie należą do najbardziej subtelnych czy oryginalnych. Są jednak organizacje religijne, które stawiają na bardziej niestandardowe narzędzia i kampanie.

Spot Kościoła Scjentologicznego wyemitowany w trakcie SuperBowl 2014, czyli finału rozgrywek futbolu amerykańskiego z najdroższym pasmem reklamowym w roku

„Jeśli nie rozpoznasz problemu, nie możesz go rozwiązać. Jeśli nikt nie powie ci, że masz szpinak między zębami, jak możesz go usunąć?” – tłumaczył w jednym z wywiadów Stephen B. Allen, dyrektor zarządzający ds. nawróceń odpowiedzialny za jedną z największych religijnych kampanii wizerunkowych w historii. W 2009 roku wysocy przedstawiciele Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (potocznie nazywani mormonami) uznali, że warto walczyć z czymś, co nazwali „problemem percepcyjnym”. Do rozwiązania wizerunkowego problemu mormonów zostały zatrudnione dwie prestiżowe agencje – Ogilvy & Mather oraz Hall & Partners. Badania potwierdziły to, co oczywiste: główne skojarzenia amerykańskiego społeczeństwa z mormonami są negatywne. Kościół uznawany był w 2009 roku za: sekciarski (39 proc. badanych), kontrolujący (38 proc.), konserwatywny (38 proc.), tajemniczy i skryty (28 proc.), antygejowski, seksistowski i dziwny (odpowiednio 24 proc., 20 proc. i 20 proc.). Okazało się również, że respondenci nie byli zainteresowani zmianą swoich poglądów – jedynie 3 procent badanych chciało dowiedzieć się czegoś więcej o Kościele Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, co plasowało mormonów na drugim od końca miejscu (gorzej w badaniu wypadli tylko Świadkowie Jehowy). Autorzy kampanii postawili na komunikowanie trzech głównych wartości – indywidualizmu (respondenci mieli przekonanie, że doktryna kościoła jest mu przeciwna), rodziny (rodzinność to jedyna pozytywna cecha, z którą kojarzyli się mormoni – jako rodzinnych określiło ich 44 procent badanych) oraz służby. Zadecydowano, że strona mormon.org będzie komunikowała pierwszą z nich, w trakcie gdy pozostałe dwie zostaną obsłużone przez osobne projekty.

Jeden z niemal dwustu filmów zrealizowanych w ramach kampanii „I am Mormon”

Kampania „I’m Mormon” rozpoczęła się w 2011 roku i trwa do dzisiaj. Strategia polega na – cytując oficjalne dokumenty kampanii – „utworzeniu jak największej ilości materiałów wideo wysokiej jakości prezentujących życiorysy poszczególnych wiernych”. Oprócz filmów strona mormon.org jest ciągle wzbogacana przez profile wiernych, którzy opisują swoje życie i odpowiadają na pytania. Również wierni z osobna odpowiadają na pytania w sekcji FAQ. „Jestem mormonem, doktorem i ojcem”, „jestem mormonką, nauczycielką i matką”, „jestem mormonką, architektką i uczę się cierpliwości”, „jestem mormonem, piłkarzem i człowiekiem, który dostał drugą szansę” – głoszą tytuły filmów. To, co szczególnie imponuje w przedsięwzięciu mormonów, to skala. Po pierwsze, w ramach kampanii powstało już ponad 175 filmów. Po drugie, kampania osiągnęła ogromny zasięg dzięki budżetowi, który na dziś liczony jest już w dziesiątkach milionów dolarów. Kampania objęła telewizje, przystanki autobusowe i taksówki, a także najważniejszy reklamowy punkt Stanów Zjednoczonych – Times Square.

Efekty? W ciągu dwunastu miesięcy na mormon.org ponad milion użytkowników skorzystało z indywidualnego czatu z wiernymi, po dwóch latach trwania kampanii procent osób chcących dowiedzieć się czegoś więcej o mormonach w grupie najbardziej nieufnych wzrósł z 3 do 13 procent, a pozytywna ocena religii wzrosła o 10 punktów. Specjaliści chwalili konsekwencję twórców, a jednocześnie umiejętność dostosowania się do bieżących wydarzeń. Kiedy na Broadway’u z wielkim sukcesem zadebiutował napisany przez twórców „South Parku” musical „Book of Mormon”, kościół wykupił stałe reklamy w okolicach teatru z podpisem „Spodobał ci się musical? Dowiedz się o nas więcej!” (to samo zrobił też w Londynie, gdy musical doczekał się swojej brytyjskiej wersji). Gdy w 2012 Mitt Romney kandydował na prezydenta (jest mormonem), na mormon.org została uruchomiona specjalna podstrona odpowiadająca na pytania odnośnie wpływu wiary kandydata na przebieg ewentualnej prezydentury. Eksperci od mediów społecznościowych zachwycili się za to szczególną cierpliwością wiernych w odpisywaniu nawet na najbardziej absurdalne pytania zadawane w trakcie czatów – szczególnie w momencie gdy strona przeżyła atak użytkowników artoftrolling.com. „Niektóre z tych dzieciaków to naprawdę niezłe żartownisie. A my lubimy dobre żarty” – komentował ataki dyrektor kampanii, przekonując, że sporo rozmów przechodzi w dyskusje o wierze, kiedy pomysły na trolling się kończą. „I’m Mormon” trwa w najlepsze, twórcy – w związku z efektami – nie planują jak na razie końca. Ostatnio ogłosili, że w nowych filmach z serii nacisk będzie przesuwany z historii jednostek w stronę dylematów egzystencjalnych i dogmatów wiary.

Mormon-ad-billboard

Kampania „I’m Mormon” na Times Square w Nowym Jorku

Co jednak gdy kościół nie ma wielomilionowego budżetu na długofalowe działania? I tutaj znajdą się interesujące przykłady. „Kościół NorthRidge jest dla HIPOKRYTÓW”, „Kościół NorthRdige jest dla KŁAMCÓW”, „Kościół NorthRidge jest dla PRZEGRANYCH” – takie billboardy mogli w 2010 roku zobaczyć mieszkańcy południowego Michigan. Kampania to nic innego jak inicjatywa samego kościoła, a tak właściwie – jego charyzmatycznego pastora, Brada Powella, autora branżowego bestsellera „Change Your Church for Good”. Billboardowa akcja – jak można było się domyślać – wzbudziła kontrowersje w lokalnych mediach, a także w samej społeczności NorthRidge. „Kiedy zajmujesz się posługą, zaczynasz rozumieć że istnieje fałszywy obraz kościoła. Wydaje się, że kościół jest przepełniony ludźmi, którzy uważają, że są lepsi niż inni. Wydaje się, że ludzie uczęszczający do kościoła sądzą, że niepraktykujący są gorsi. Prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy tacy sami. I ci wewnątrz, i ci na zewnątrz, my też jesteśmy przegranymi, kłamcami, hipokrytami” – komentował kampanię Powell.

northridge-church-ad

Jeden z billboardów kampanii kościoła NorthRidge

Kampania odsyłała do specjalnej strony, z której odwiedzający mogli dowiedzieć się więcej o kościele i odwiedzić bezpośrednio stronę NorthRidge. Oprócz 9 billboardów, kampania była przedłużona również na media społecznościowe i reklamy w komunikacji miejskiej. Sam Powell przez ponad dwa tygodnie zajmował się wyłącznie odbieraniem telefonów i odpisywaniem na maile. Wierni NorthRidge zasypali komentarzami stronę kościoła – „jeszcze nigdy tylu znajomych nie zapytało mnie o kościół, do którego chodzę”, „mój syn zapytał mnie dlaczego chodzimy do kościoła dla kłamców, dosyć długo musiałam się zastanawiać jak mu to wytłumaczyć, ale dziękuję, było warto” – pisali. Nie zabrakło też negatywnych opinii, również wśród wiernych. W ostateczności Powell przyznał, że jest zadowolony z efektów. „Chodziło o to, by spowodować dialog. I to się udało” – mówił. Kampania wygenerowała ponad 100 publikacji w mediach prasowych, radiowych i telewizyjnych. W kolejne setki szły posty w mediach społecznościowych, w tym całe artykuły poświęcone refleksjom dotyczących kampanii na blogach. NorhtRidge kontynuuje działalność dla „nowoczesnych chrześcijan”. Kościół odwiedza tygodniowo około 20 tysięcy wiernych.

„Tak naprawdę wiara to lifestyle oparty na bardzo silnych fundamentach” – czytamy na blogu Mateusza Ochmana, autora strony zatytułowanej „Bóg, honor & rock ‚n’ roll”. No właśnie, a gdyby tak promować wiarę i kościół bardziej… lifestylowo?Niekwestionowanym mistrzem tego typu promocji jest Hillsong Church czyli australijski megakościół, który na dzień dzisiejszy posiada już placówki między innymi w Los Angeles, Londynie, Moskwie, Kijowie, Nowym Jorku, Paryżu, Barcelonie i Kopenhadze. „Msza to impreza, na którą jesteś zawsze zaproszony” – głosi powitanie na stronie głównej kościoła w RPA. „Nasze serca lśnią światłem Jezusa mocniej niż jakiekolwiek wielkie światła tego miasta” – czytamy na stronie filii w Los Angeles. „Kościół powinien być jak dom. Chcemy żebyś czuł się u nas jak wśród najbliższej rodziny i został z nami na lunch i kawę po nabożeństwie” – głosi strona świątyni hiszpańskiej. Oto właśnie mistrzowie kościelnego marketingu, dostosowujący przekaz do odbiorcy.

HillSong1

Wybrane ilustracje i zdjęcia z mediów społecznościowych kościoła Hillsong

Na czym polega fenomen Hillsong? W jego działaniach imponuje absolutnie wszystko. Po pierwsze – estetyka stron internetowych i wszelkich możliwych kanałów społecznościowych. Na zdjęciach widzimy uśmiechniętych ludzi spowitych obowiązkowo instagramowym filtrem, młodych brodaczy-hipsterów, modne babcie, jowialnych dziadków. Wchodząc po raz pierwszy na stronę londyńskiego oddziału Hillsong – hillsong.com/london, trudno nawet domyślić się, że chodzi o kościół. W tle imponująca panorama Londynu, następne zdjęcie przedstawia dzieci praktycznie wyjęte z katalogu marki odzieżowej, jako ostatnich widzimy rodziców ubranych według najnowszych nonszalanckich trendów. Idźmy dalej. Okazuje się, że Hillsong operuje trzema zespołami muzycznymi – Hillsong Worship, Hillsong Young and Free i Hillsong United, z czego ten trzeci ma na koncie czternaście albumów, kilkanaście piosenek na australijskich listach przebojów, pierwsze miejsce na liście American Billboard Christian Songs chart, ponad 300 tysięcy osób followujących zespół na Instagramie i 5 milionów polubień na Facebooku.

HillSong2

Wybrane ilustracje i zdjęcia z mediów społecznościowych kościoła Hillsong

Jeśli raz wejdzie się w świat Hillsong, na kilka godzin można zagłębić się w niezwykłą ilość produkowanego przez kościół contentu – oczywiście dostosowanego do współczesnego odbiorcy. Na blogu jednego z członków zespołu znajdziemy np. „99 powodów, żebyś w tym tygodniu poszedł do kościoła” czy „10 rzeczy, jakich nauczyłam się o kierowaniu nabożeństwem” (składnia doskonale znana młodym ludziom z opiniotwórczego portalu BuzzFeed). Najciekawsze artykuły z blogów wszystkich prominentnych członków kościoła można znaleźć na specjalnej stronie Hillsong Colected, a także zamówić miesięcznego newslettera z najciekawszymi artykułami. Memy i cytaty z Biblii i pastorów Hillsong opatrzone są klimatycznymi zdjęciami zachodów słońca w wielkich metropoliach, a ostatnio w związku z nowym albumem Hillsong United została uruchomiona kampania hashtagowa #noothername, która pojawiła się również – tak jak kampania mormonów – na Times Square.

Także w polskim Kościele możemy zauważyć próby lifestylowego podejścia do wiary. Boskie memy produkuje np. fanpage „Bez imprimatur”, a Opactwo Tynieckie proponuje do sprzedawanych książek zakładki z napisem „Keep calm and Ora et labora”. Choć lifestylowcy nie rzadko krytykowani są za spłycanie wiary, trudno nie przypomnieć sobie, że misją kościoła zawsze było i pozostanie docieranie ze swoją dobrą nowiną tam, gdzie to tylko możliwe. Organizacje religijne i kościoły biorą w końcu udział w tym samym wyścigu o uwagę ludzi co komercyjne marki. Widać, że ci, którzy wkładają pracę w promocję, zbierają plony. Czy to etyczne lub czy to wypada – każdy kościół i każdy wierny odpowie na to pytanie sam.

[MM]

*Bruno Ballardini, „Jezus – i biel stanie się jeszcze bielsza. Jak Kościół wymyślił marketing”

2 komentarze

Filed under Uncategorized